Istnieje w języku polskim związek frazeologiczny tak pojemny, że można by w nim przechowywać budżet państwa, kilka nietrafionych inwestycji i jeden bardzo drogi ekspres do kawy. Kupiony, bo był na promocji, a później okazało się, że tą decyzją trafiliśmy jak kulą w płot. Mowa oczywiście o klasyce gatunku: pieniądze wyrzucone w błoto.
Otwieram lodówkę, a tam… breakfast time. Wychodzę na spacer i słyszę, jak sąsiadka woła do psa: Come in, Lucy, idziemy na chatę! Włączam telewizor – a tam cały polski język próbuje desperacko przypomnieć sobie, kim właściwie jest. I nie winię go.
Zadziwiające, że ludzkość osiągnęła etap lotów w kosmos, inteligentnych domów i urządzeń, które są jak wielkie gumowe ucho i potrafią podsłuchiwać nasze rozmowy, by potem ni z gruszki ni z pietruszki proponować nam «idealny odkurzacz w promocji». Jednocześnie nie potrafi ujarzmić jednej, wyjątkowo prymitywnej siły natury: umiejętności narzekania.
«Pożycz mi stówkę, jak babcię kocham oddam jutro» – to z pozoru niewinne zdanie i prośba w nim zawarta w historii ludzkości zapoczątkowały więcej tragedii niż wojny trojańskie, nieudane randki i wszystkie remonty razem wzięte.
Od czasu do czasu w każdym człowieku odzywa się, częstokroć bardzo głęboko ukryty, gen odpowiedzialny za robienie zapasów. Nie ma to najmniejszego znaczenia, czy chodzi o wypełnienie po brzegi domowej spiżarni, ponieważ zima zbliża się nieubłaganie, czy właśnie trafiliśmy na promocję makaronu albo paprykarza szczecińskiego.
«Sport to zdrowie» – jedno z powiedzeń, które powtarzamy jak mantrę. Z przekonaniem często godnym lepszej sprawy. Kto jest jego autorem? Któż wymyślił jakże popularny w dzisiejszych czasach slogan? Pojęcia bladego nie mam.
Ludzie są jak puzzle – każdy z innej beczki, każdy z innymi wypustkami albo wcięciami. Jak się tak jednak dłużej przypatrzymy i oko zawiesimy na tym czy owym, to dojdziemy do wniosku, że tak jak w układance, wbrew pozorom i zdrowemu rozsądkowi, pasują do siebie tworząc spójny obraz.
Któż z nas choć raz w życiu nie śnił o tym, aby cały świat omijał go szerokim łukiem i nie zawracał serca, duszy i umysłu sprawami ważnymi lub całkiem błahymi? Takie marzenie ściętej głowy, w jakimś dziwnym momencie życia, gdzieś na kolejnym ostrym zakręcie, zagościło pod niejedną czaszką należącą do zabieganego, często zestresowanego do granic możliwości dorosłego człowieka.
Pamiętam pierwsze kafejki internetowe. To było coś. Wielkie ach i och. Dzisiejsze dzieci i młodzież zielonego pojęcia nie mają, jaką radość sprawiała nam wykupiona godzina w takim miejscu, sam na sam z magicznym internetem.
Jest taki wiersz Marii Konopnickiej «A jak poszedł król na wojnę…», którego treść, mimo że wiele wody upłynęło od czasu, gdy został napisany, wydaje się być niestety niezwykle aktualna.