Zadziwiające, że ludzkość osiągnęła etap lotów w kosmos, inteligentnych domów i urządzeń, które są jak wielkie gumowe ucho i potrafią podsłuchiwać nasze rozmowy, by potem ni z gruszki ni z pietruszki proponować nam «idealny odkurzacz w promocji». Jednocześnie nie potrafi ujarzmić jednej, wyjątkowo prymitywnej siły natury: umiejętności narzekania.
Narzekanie jest bowiem jak deszcz – niby wiesz, że spadnie, ale zawsze przychodzi w najmniej oczekiwanym momencie i na ogół bardziej intensywnie, niż przewidywałeś.
Weźmy taki przykład: ludzie narzekają na pogodę. Kiedy jest zimno: «za zimno, zmarzłem na kość, przecież tak się nie da żyć». Gdy jest ciepło: «Upał jak w piekle, człowiek by się roztopił, komu to potrzebne?» A gdy pogoda jest średnia, umiarkowana, taka, że meteorolog z nudów zasypia na konferencji prasowej? Wtedy ludzie narzekają, że jest zbyt nijako. «Taka pogoda, że ani się cieszyć, ani płakać. Nic się nie dzieje. Flaki z olejem». Pogoda nie ma z nami szans – bez względu na to, co zrobi, zawsze przegra.
Kolejna sprawa: ceny. Jeśli coś jest tanie, to znaczy, że «na pewno jest podejrzane, pewnie Chińczycy z byle czego robią to w piwnicy». Jeśli jest drogie, «to złodzieje, oszuści, jak tak można ludzi w butelkę nabijać?».
Nawet jeśli coś jest w średniej cenie, ludzie natychmiast dochodzą do wniosku, że to celowe działanie, by wyglądało uczciwie, ale wiadomo, że ktoś tu musi zarabiać na człowieczej naiwności. Handel detaliczny to w istocie jedno wielkie pole minowe emocji, przy czym miny, co ciekawe, układają właśnie ci, którzy, wcześniej czy później na nie wchodzą.
Narzekanie w komunikacji miejskiej zasługuje na osobny doktorat. Homo sapiens narzekają, że autobus przyjeżdża za późno – ale jeśli przyjedzie za wcześnie, to jeszcze gorzej. «Jak to, o 7:08? Zawsze jest o 7:10! Ja nie zdążę! Co to za dziki kraj!». Jeśli autobus zatrzyma się za blisko krawężnika, niedobrze. Za daleko – masakra po prostu.
A jeśli ma klimatyzację, to albo za mocno dmucha («przewieje mnie na śmierć»), albo za słabo («co to za klimatyzacja, tylko napis mają na drzwiach»). Jedno jest pewne: najdoskonalszy autobus świata, prowadzony przez archanioła Gabriela, jadący po tęczowych torach, z wnętrzem pachnącym fiołkami i tak spotkałby się z opinią «mogłoby być lepiej».
Internet wyniósł narzekanie na poziom olimpijski. Dawniej człowiek narzekał do sąsiada, do ciotki albo do psa, który udawał, że śpi, by uniknąć rozmowy. Dziś można narzekać globalnie, całodobowo i bez ograniczeń (chyba że dana platforma akurat wprowadziła limit znaków, żeby ludzie narzekali krócej – co oczywiście powoduje falę narzekań).
Wystarczy, że ktoś opublikuje zdjęcie swojej jajecznicy, a natychmiast pojawią się komentarze: «Za sucha», «Za mokra», «Za małe jajka», «Za duże jajka», «Kura na pewno była nieszczęśliwa». Najpiękniejsze w narzekaniu jest to, że nie potrzebujemy ku temu żadnych specjalnych kompetencji. Nie ma kursów, egzaminu państwowego ani certyfikatu mistrzowskiego.
Nawet nie trzeba zaliczać drobnych praktyk w tej materii. Narzekać może każdy. Nie trzeba nawet dobrych argumentów – wystarczy poczucie humoru i nabyta bądź wrodzona inteligencja niżej punktu zamarzania wody. To umiejętność demokratyczna, powszechna, łącząca ludzi ponad wszelkimi podziałami. Kłócimy się o wszystko i kłótnie ludzi dzielą, ale narzekanie ma moc jednoczenia.
Narzeka prawica i lewica, młodzi i starzy, kobiety, mężczyźni i dzieci. Weganie i entuzjaści kotleta schabowego. Zmotoryzowani i wyznawcy «świętego roweru». Narzeka ten, kto ma za dużo pracy, i ten, kto ma jej tyle, co kot napłakał. Narzeka samotny singiel, ale i osoba w związku, bo singiel czuje się samotny, a osoba w związku – zmęczona i przytłoczona. Nikt nie wygra.
A jednak, choć narzekanie bywa męczące, ma w sobie coś rozbrajającego. Może jest narodowym sportem rasy ludzkiej, może formą kontaktu towarzyskiego: na pytanie «jak leci?» ze skwaszoną miną odpowiadamy jak karabin maszynowy «lepiej nie pytaj…». A narzekanie ma drugie dno. Może ma głębszy sens psychologiczny. Może to po prostu najprostszy sposób, by poczuć, że mamy nad czymś kontrolę – choćby nad własnym niezadowoleniem.
Bo, paradoksalnie, kiedy nie ma na co narzekać, ludzie zaczynają dopiero marudzić naprawdę: «Nuda. Cisza. Spokój… i co ja mam z tym zrobić?». Takie narzekanie to dopiero może być groźne i prowadzić do wielkich rewolucji, które nigdy nie kończą się dobrze. Więc już lepiej bezpiecznie dla samego siebie i całego świata ponarzekać na żonę, męża, psa lub pogodę.
***
Mieć nos na kwintę oznacza utratę dobrego humoru, zniechęcenie.
Gumowe ucho to osoba, która lubi podsłuchiwać innych.
Coś wydarzyło się ni z gruszki ni z pietruszki, a więc nastąpiła nagła, nieoczekiwana sytuacja.
Zmarznąć na kość, a więc bardzo mocno się wychłodzić.
Flaki z olejem, czyli straszna nuda.
Tyle co kot napłakał, a więc bardzo mało.
Gabriela Woźniak-Kowalik,
nauczycielka skierowana do Łucka przez ORPEG