Istnieje w języku polskim związek frazeologiczny tak pojemny, że można by w nim przechowywać budżet państwa, kilka nietrafionych inwestycji i jeden bardzo drogi ekspres do kawy. Kupiony, bo był na promocji, a później okazało się, że tą decyzją trafiliśmy jak kulą w płot. Mowa oczywiście o klasyce gatunku: pieniądze wyrzucone w błoto.
Wyrażenie to budzi w nas emocje, bo każdy choć raz stał nad symboliczną dziurą z błotem, patrząc jak jego ciężko zarobione złotówki toną bez godnego pożegnania. Błoto w tym przypadku jest metaforyczne, choć czasem bywa zaskakująco dosłowne. Przykład? Nowe buty, takie, że klękajcie narody, które miały odmienić nasze życie i sprawić, że weekendy będziemy spędzać na szlakach, a nie na kanapie.
Po pierwszym spacerze do osiedlowego sklepu po kostkę masła okazało się, że jedyną ich funkcją jest zajmowanie miejsca w szafie. Inwestycja poszła w błoto, a buty dołączyły do kolekcji rzeczy, które miały być przełomowe, a stały się pomnikiem impulsywnych i kompletnie nieprzemyślanych decyzji. Ekonomiści powiedzą, że to drobiazg.
Prawdziwe pieniądze wyrzucone w błoto zaczynają się tam, gdzie projekty zmieniają się w studnię bez dna. Wystarczy jeden remont. Plan był prosty: odświeżyć łazienkę. Skończyło się na wymianie wszystkiego, łącznie z rurami. Po miesiącu okazało się, że te nowiutkie rury fachowcy coś jednak położyli nie tak jak powinni. Spod ślicznych kafelków zaczęła wyglądać jakaś dziwna, ciemna plama niewiadomego pochodzenia.
Wszystko stało się jasne jak słońce, gdy pierwsza płytka z hukiem spadła na podłogę, a sąsiad przyszedł z informacją, że oto przez nieszczelne rury zalewamy mu mieszkanie. Portfel schudł, a my byliśmy w punkcie wyjścia lżejsi o kilkanaście tysięcy. Czasem jednak błoto nie wynika z wielkich ambicji, lecz z małych zaniedbań.
Kupujemy coś taniego, co psuje się po tygodniu, a potem kolejne coś, żeby łatać dziury po pierwszym zakupie. Efekt? Wydajemy trzy razy więcej, niż gdybyśmy od razu kupili porządnie. To trochę jak próba oszczędzania na parasolu podczas ulewy – teoretycznie sensowne, praktycznie mokre i głupie.
Najzabawniejsze jest to, że gdy ktoś próbuje nas ostrzec, zwykle reagujemy alergicznie. Rady spływają po nas, jak woda po kaczce, a tłumaczenie, że to się nie opłaca i co tanie to drogie, bywa jak rzucanie grochem o ścianę. Bo my przecież wiemy lepiej. Reklama była przekonująca, sprzedawca miły, a opinie w internecie – pisane na pewno przez zazdrosnych konkurentów.
Kulminacją tej finansowej farsy jest moment, gdy orientujemy się, że znowu kupiliśmy kota w worku. Subskrypcja, z której nie korzystamy. Kurs online, którego nie otworzyliśmy. Gadżet kuchenny, który wymaga instrukcji grubszej niż «Pan Tadeusz». Wtedy stoimy nad tym metaforycznym błotem, wzdychamy i obiecujemy sobie poprawę.
Felietonowa prawda jest jednak brutalna: pieniądze wyrzucone w błoto są nieodłączną częścią życia, jak oddychanie. To frycowe, które musi zapłacić każdy za doświadczenie, opłata za lekcję zdrowego rozsądku. Ważne tylko, by nie robić z błota stałego adresu zameldowania. Bo jeśli już mamy gdzieś topić pieniądze, to lepiej w wakacyjnym morzu, wartym wspaniałych wspomnień, a nie w kałuży nieprzemyślanych decyzji.
***
Pieniądze wyrzucone w błoto, czyli zmarnowane, roztrwonione na coś niepotrzebnego, bezwartościowego.
Trafić jak kulą w płot, a więc zrobić coś niewłaściwego, podjąć nietrafną, złą decyzję.
Studnia bez dna to coś, co pochłania ogromne środki (czas, pieniądze, wysiłek) bez wyraźnego końca i z niewielkim efektem.
Portfel chudnie wtedy, gdy często wydajemy pieniądze.
Coś spływa, jak woda po kaczce, czyli nie robi na kimś żadnego wrażenia.
Rzucanie grochem o ścianę to bezskuteczne próby przekonania kogoś, tłumaczenia, upominania lub nakłaniania do czegoś, co nie przynosi żadnego efektu.
Kupić kota w worku, a więc dokonać zakupu, podjąć decyzję lub zaakceptować coś w ciemno, bez dokładnego sprawdzenia, oglądania lub upewnienia się co do jakości czy zawartości.
Płacić frycowe to ponosić straty, uczyć się na błędach.
Gabriela Woźniak-Kowalik,
nauczycielka skierowana do Łucka przez ORPEG