Patriotyzm jest pojęciem ciężkim jak stary, trochę pęknięty dzwon, który rozbrzmiewa tylko wtedy, gdy ktoś naprawdę ma odwagę go poruszyć. W teorii to miłość do Ojczyzny, troska o wspólnotę, gotowość do poświęceń. W praktyce coraz częściej przypomina starannie wyreżyserowany spektakl, w którym więcej jest gestów niż treści, więcej deklaracji niż czynów, więcej pustych słów niż konkretów.
Patriotyzm na pokaz stał się prawie modą, a jak każda moda bywa powierzchowny, sezonowy i podatny na sugestie. W przestrzeni publicznej mnożą się symbole: flagi na balkonach, kotyliony przypinane od święta, wzniosłe hasła publikowane w mediach społecznościowych, banery w barwach narodowych. Wszystko wygląda godnie, wzorcowo, podręcznikowo.
Problem zaczyna się wtedy, gdy za tą dekoracją nie stoi nic poza potrzebą autoprezentacji i zwykłym populizmem. Łatwo jest mówić o miłości do kraju, trudniej płacić uczciwie podatki, segregować śmieci, dbać o słabszych i zwierzęta, szanować prawo czy dbać o dobro wspólne i nie wyrzucać śmieci do lasu.
W takich chwilach patriotyzm bywa jedynie wygodną maską, pod którą można spokojnie mydlić oczy innym i sobie samemu. Niektórzy potrafią godzinami rozprawiać o historii, honorze i tradycji, skutecznie lejąc wodę w przemówieniach, które brzmią dumnie i doniośle, lecz niewiele znaczą. Słowa unoszą się w powietrzu. Ulatują jak puste, nadmuchane baloniki, by pęknąć gdzieś w przestworzach niezauważone przez nikogo. Na początku tworząc aurę wzniosłości, by później pozostawić po sobie smętny, poszarpany strzępek.
A przecież prawdziwy patriotyzm nie potrzebuje wielkich dekoracji. Objawia się w drobnych, codziennych decyzjach. W sposobie, w jaki traktujemy innych ludzi, w odpowiedzialności za słowo, w gotowości do pracy dla dobra wspólnego, nawet gdy nikt nie patrzy lub właśnie wtedy.
Bywa i tak, że patriotyzm na pokaz staje się narzędziem wygodnym jak stare kapcie, w których czujemy się jak w drugiej skórze. Pozwala uniknąć refleksji, zwalnia z krytycznego myślenia, daje poczucie moralnej wyższości. Można wtedy głośno potępiać innych, grzmieć z trybuny o wartościach jedynie słusznych, samemu nie robiąc nic szczególnego. A gdy rzeczywistość nie przystaje do wzniosłych haseł, zawsze można robić dobrą minę do złej gry tłumacząc, że przecież chodziło o szlachetne idee.
Najbardziej paradoksalne jest to, że prawdziwi patrioci rzadko krzyczą o swoim patriotyzmie. Często to ludzie pozornie wycofani, spokojni, którzy nie potrzebują transparentów ani patetycznych przemówień. To oni dbają o lokalną społeczność, angażują się w wolontariat, uczciwie wykonują swoją pracę. Nie pozują, nie puszą się, nie budują wizerunku ani tzw. zaplecza, nie próbują nikogo przekonywać na siłę. W świecie głośnych deklaracji potrafią nawet iść pod prąd, wybierając mało popularne i nieefektowne działanie.
Ten patriotyzm na pokaz lubi wielkie gesty, ale dostaje czkawki na myśl o ewentualnych konsekwencjach. Łatwo wzruszyć się podczas uroczystości, uronić łezkę nad czyjąś niedolą, ale trudniej utrzymać zainteresowanie sprawą przez kolejne dni, zwłaszcza gdy zabraknie kamer i świadków ewentualnego działania.
Nie brakuje też tych, którzy patriotyzm traktują jak zestaw gotowych haseł, powtarzanych przy każdej okazji. Słowa o Ojczyźnie padają często i gęsto, odmieniane przez wszystkie przypadki i czasy, lecz rzadko idą za nimi czyny.
Obietnice poprawy, troski i zaangażowania znikają równie szybko, jak się pojawiły. Kolejne deklaracje rzucane na wiatr. A przecież miłość do kraju nie polega na mówieniu, lecz na robieniu, czasem mozolnym i niewdzięcznym. Często budzącym sprzeciw.
Ironia całej sytuacji polega na tym, że patriotyzm na pokaz jest jednocześnie bardzo widoczny i zupełnie niewidzialny. Widać flagi, słychać hasła, czuć podniosłą atmosferę, ale trudno dostrzec realną zmianę.
To trochę jak teatr, w którym scenografia jest imponująca, rzucająca na kolana, aktorzy zaangażowani, lecz scenariusz pozostawia wiele do życzenia. Kurtyna opada, publiczność trochę poklaszcze, czasem zagwiżdże, ale i tak życie potoczy się dalej swoją drogą, często bez związku z odegranym przedstawieniem.
Może więc warto czasem uderzyć się w pierś i zapytać samego siebie, czym naprawdę jest patriotyzm. Czy potrzebuje widowni, czy raczej sumienia? Czy wymaga wielkich słów, czy raczej małych czynów? Bo prawdziwa miłość do Ojczyzny nie potrzebuje świateł wielkiej sceny. Jest cicha, rzetelna, uparta, pracowita i konsekwentna. I choć nie robi wielkiego wrażenia, to właśnie ona, ale nie ta na pokaz, buduje wspólnotę, która potrafi przetrwać wszystko. Nawet 123 lata zaborów.
***
Wsadzenie kija w mrowisko oznacza sprowokowanie nagłego, burzliwego zamieszania, wywołanie gwałtownych reakcji.
Puste gesty lub słowa to nieszczere obietnice lub działania.
Mydlenie komuś oczu oznacza celowe wprowadzanie go w błąd, oszukiwanie, ukrywanie prawdy lub odwracanie uwagi od istotnych spraw.
Lanie wody w przemówieniu to mówienie lub pisanie dużo, płynnie, ale nie na temat, mało treściwie i omijając sedno sprawy.
Iść pod prąd, czyli postępować w sposób sprzeczny z ogólnie przyjętymi zasadami, modą.
Rzucać słowa na wiatr, a więc składać obietnice bez pokrycia.
Gabriela Woźniak-Kowalik,
nauczycielka skierowana do Łucka przez ORPEG