«Sport to zdrowie» – jedno z powiedzeń, które powtarzamy jak mantrę. Z przekonaniem często godnym lepszej sprawy. Kto jest jego autorem? Któż wymyślił jakże popularny w dzisiejszych czasach slogan? Pojęcia bladego nie mam.
Może był to lekarz mający po dziurki w nosie pacjentów poruszających się jak muchy w smole i wiecznie narzekających na problemy zdrowotne wynikające z siedzącego trybu życia. A może jakiś producent odzieży sportowej wpadł na genialny w swej prostocie pomysł. Więcej sportu w każdej postaci i odmianie, więc i większe zyski, od których portfel pęka w szwach.
Tak czy owak żyjemy w czasach, w których bieganie stało się prawie religią, a siłownia miejscem, w którym trzeba być. Łatwo wymienić oczywiste plusy wynikające z uprawiania sportu. Ruch reguluje ciśnienie, wzmacnia serce i pracę naszych narządów. Po treningu w ciele jak zwariowane krążą endorfiny – hormony szczęścia, które powodują, że nawet po godzinie morderczego wysiłku człowiek czuje się wybrańcem losu.
Przynajmniej dzieje się tak do chwili, w której, u tych mniej wytrenowanych, do głosu dojdą zakwasy i ból dający znać o sobie nawet w korzonkach włosów. Nie bez znaczenia, w obszarze pozytywów oddziaływania sportu na ludzi, jest także aspekt korzyści społecznych. Wspólne bieganie, granie w gry zespołowe, ćwiczenia gimnastyczne, joga, jazda na rowerze – integrują ludzi lepiej niż najlepsze spoiwo.
To w sporcie wyindywidualizowany człowiek, odgrodzony płotem, kamerami i ochroniarzami od świata, odnajduje jeden z ostatnich bastionów wspólnoty. Nieważne, czy to wspólne bieganie o szóstej rano, czy joga na trawie. Razem cierpieliśmy, razem się pociliśmy, wszyscy nie czujemy rąk i nóg. To już prawie brzmi jak hymn braci złączonych przy wspólnym ołtarzu, na którym wyryto: biceps, triceps, sześciopak.
Każdy centymetr mniej w pasie traktujemy jak zwycięstwo nad kanapą, pilotem i chipsami. Jednakże jak to w życiu bywa i ten medal ma druga stronę. Siłownie pełne są entuzjastów, którzy weszli tam ze zdrowym kręgosłupem, a wywlekli się z ciężkim urazem. Wzięty ortopeda będzie z nim walczył przez długie miesiące. Im z większym zapałem i zaangażowaniem, ale z pustą głową, staramy się być fit, tym szybciej lądujemy u fizjoterapeuty.
Granica między pasją a obsesją jest jak włos. Taki sportowiec – amator zaczyna często od niewinnego biegania po pracy lub przed śniadaniem, a kończy na planach treningowych rozpisanych w arkuszu Excel. Sport staje się religią, w której każdy dzień bez treningu to grzech śmiertelny, a smartwatch zaczyna pełnić rolę powiernika, żeby nie powiedzieć konfesjonału.
Taki człowiek fit rezygnuje z legendarnego ciasta u babci, chociaż język ucieka mu tam, gdzie oczy nie sięgają. Waży poranną owsiankę z dokładnością aptekarską do najmniejszej cząstki, a witaminy i mikroelementy liczy jak pracownik NASA. Jeśli takie zabiegi prowadzą do zdrowia to pół biedy. Można tylko zastanawiać się nad stanem umysłu, ale jeśli delikatne popuszczenie cugli w kwestii żywieniowej bądź treningowej wyzwala poczucie winy, to już powinien włączyć się alarm ostrzegawczy.
Do tego wszystkiego dochodzi presja społeczna. Sport zaczyna określać tożsamość. Każdy bieg, trening, każda kropla wylanego potu musi być udokumentowana i udostępniona w mediach społecznościowych. Nie ćwiczysz? Nie pokazujesz tego wszystkim wokoło? Nie masz miernika takiego i siakiego? Niewłaściwe, nieprofesjonalne ciuszki? Jak ty w ogóle żyjesz?! Zgroza!
A przecież sport i jego uprawianie miało z założenia stać się wolnością i przyjemnością. Nie obowiązkiem czy pracą wykonywaną w pocie czoła z ogromnymi nakładami finansowymi na stroje, trenerów, siłownie, sparingi itp. Może warto przypomnieć, że ruch to frajda, nie rywalizacja. Zamiast bić za wszelką cenę, kosztem własnego zdrowia, chore rekordy, lepiej wybrać się na zwyczajny spacer. Zamiast porównywać się ze znajomymi z Instagrama można zastosować własną ścieżkę rozwoju fizycznego.
Sport to zdrowie – tak będzie zawsze, ale tylko wtedy, gdy wysiłek fizyczny nie stanie się celem samym w sobie, a dobry trening zrealizujemy nie dla wyniku, lecz dla siebie. Po wszystkim szklanka wody i może nawet, jeśli lubimy, kawałeczek ciastka. W końcu zdrowie to też umiar.
***
Nie mieć bladego pojęcia oznacza, że nic nie wiemy na dany temat.
Wlec się jak mucha w smole, czyli przemieszczać się bardzo powoli.
Sześciopak u człowieka oznacza bardzo wyraźne, dobrze widoczne i wytrenowane mięśnie brzucha.
Mieć czegoś lub kogoś po dziurki w nosie, a więc być zmęczonym jakimś tematem lub człowiekiem.
Grzech śmiertelny to bardzo poważne przewinienie, którego nie sposób wybaczyć.
Coś pęka w szwach, a więc szybko się powiększa.
Gabriela Woźniak-Kowalik,
nauczycielka skierowana do Łucka przez ORPEG