Jedzenie, mimo że temat wydaje się nad wyraz przyjemny, to z jakichś tajemniczych, na pewno pozaziemskich przyczyn, dzieli ludzi. Bardziej, choć może to wyglądać na herezję, niż polityka. Przykładem jest pytanie, czy rosół powinien być z makaronem czy z ziemniakami.
Przy stole bowiem spotykają się charaktery, temperamenty i traumy z dzieciństwa, jak legendarna kaszka manna z sokiem malinowym. Zawsze królują tam dwie legendarne postacie: Tadek niejadek i Kokoszka smakoszka.
Tadek niejadek to człowiek, który na widok obiadu, lub innego, zwykłego posiłku blednie niczym bohater taniego horroru. Już jako dziecko potrafił godzinami kontemplować jedną marchewkę i pól ziemniaczka na talerzu, aż te, ze starości, same traciły wszelkie walory smakowe, o zdrowotnych nie wspominając. Dla Tadka każdy posiłek był negocjacją na szczycie, na miarę rozmów w ONZ, a każde «zjedz jeszcze łyżeczkę» brzmiało jak groźba karalna.
Tadek nie tyle jadł, co wybrzydzał jak niejadek, analizując wszystko, co mogło analizie podlegać. Fakturę, kolor i potencjalne zagrożenia płynące z kontaktu z brokułem czy innym szpinakiem.
Zupełnie inaczej Kokoszka smakoszka. Ona nie jadła po to, żeby żyć. Ona żyła po to, żeby jeść. Pysznie i w miarę obficie. Gdy wchodziła do kuchni, lodówka cichła z szacunku.
Kokoszka przy śniadaniu myślami była już przy obiedzie. Pałaszując deser zastanawiała się, co by tu smacznego zjeść na kolację. W jej przypadku powiedzenie, że apetyt rośnie w miarę jedzenia, nie było metaforą, lecz instrukcją obsługi. Im więcej próbowała, tym bardziej była głodna. Światowych smaków i rozkoszy, jakie dawało jedzenie.
Spotkanie tych dwojga przy jednym stole było wydarzeniem towarzyskim godnym transmisji na żywo w paśmie największej oglądalności. Tadek siedział spięty, przesuwając jedzenie po talerzu, jakby liczył, że pod wpływem jego woli samo zniknie. Jadł symbolicznie, dosłownie jak ptaszek, trzy ziarenka ryżu okraszając głośnym a wymownym westchnieniem.
Kokoszka tymczasem nakładała sobie kolejną porcję, bo przecież szkoda, żeby się zmarnowało, twierdząc przy tym, że to tylko degustacja. Najzabawniejsze było to, że Tadek nigdy nie był głodny, a Kokoszka zawsze. Twierdziła tylko, że ma wilczy apetyt. On twierdził, że samo patrzenie na jedzenie już go syci. Tadek bowiem potrafił jeść oczami, a po takiej uczcie wizualnej uznawał sprawę za zakończoną.
Żołądek, według niego, powinien brać przykład z oczu i też się nasycić samym widokiem. A jednak los bywa przewrotny. Pewnego dnia, w dniu swoich urodzin, Kokoszka ugotowała obiad. Taki prawdziwy, domowy, pachnący. Taki, że sąsiedzi nagle poczuli, iż muszą wpaść na chwilkę z życzeniami. W tak uroczystym dniu niejadek pojawił się także. Jak zwykle spojrzał nieufnie, powąchał ostrożnie i… spróbował. Raz. Drugi. Trzeci.
Na jego twarzy pojawił się wyraz zdumienia, jakby odkrył świat równoległy. To naprawdę dobre, powiedział cicho. Wszyscy zamarli z wrażenia. Okazało się, że danie było po prostu palce lizać. Od tamtej pory Tadek nadal był niejadkiem, a Kokoszka smakoszką, ale nauczyli się jednego: jedzenie nie jest tylko paliwem ani sportem wyczynowym.
To pretekst do rozmowy, śmiechu i zdziwienia, że ktoś może mieć zupełnie inne podejście do tej samej zupy pomidorowej. I choć przy jednym stole zawsze będzie ktoś, kto zostawi połowę, i ktoś, kto poprosi o dokładkę, to właśnie dzięki tej różnorodności posiłki smakują najlepiej. Bo życie jest właśnie takie. Różnorodne. Na szczęście.
***
Jeść jak ptaszek, czyli bardzo mało, wręcz symbolicznie.
Palce lizać powiemy wówczas, gdy nam coś bardzo smakuje, jesteśmy zachwyceni posiłkiem.
Apetyt rośnie w miarę jedzenia oznacza, że wraz ze zdobywaniem większych sukcesów lub dóbr materialnych, nasze oczekiwania, potrzeby i wymagania stają się coraz większe.
Mieć wilczy apetyt to odczuwać bardzo silny, nagły i trudny do zaspokojenia głód.
Jeść oczami oznacza, że zanim posiłek trafi do ust, oceniamy go wzrokiem i zwykle wydaje nam się wtedy, że zjedlibyśmy wszystko, co jest na stole.
Gabriela B. Woźniak-Kowalik,
nauczycielka skierowana do Łucka przez ORPEG