Doskonale pamiętam mój pierwszy wyjazd za zachodnią granicę. Działo się to niedługo po znaczącym roku 1989. Byłam młodą studentką i oto spełniałam swoje wielkie marzenie, żywcem wyjęte z socrealistycznej ojczyzny. Chodziło o podróż do Paryża, stolicy wszelkich ach i och.
Rozklekotany autobus, oczywiście bez klimatyzacji, o której tylko w bajkach grzecznym dzieciom wówczas opowiadano, wiózł mnie ku lepszemu, ciekawszemu i bardzo kolorowemu światu. Na średnio wygodne fotele i zasłonki nie pierwszej młodości nikt nie narzekał. Gburowaty kierowca dający nieustająco wyraz temu, że do wyższych celów jest stworzony i totalnie lekceważący wycieczkowiczów także humoru żadnemu z pasażerów nie psuł.
Byłam dumna jak paw z wychodzonego i wystanego w tasiemcowej kolejce paszportu leżącego sobie wygodnie w moim podręcznym plecaku. Pieniędzy w portfelu miałam tyle, co kot napłakał. Obowiązkową sumę pozwalającą na przekroczenie granicy i to wszystko. W Paryżu był wykupiony hotel ze śniadaniem i doskonałe a tanie jak barszcz zapiekanki na pysznych francuskich bagietkach.
To i mała czarna kawa w ulicznym bistro pozwoliły spokojnie przeżyć całe dziesięć dni w, jak mi się wówczas zdawało, mieście cudów. Z wypiekami na twarzy i zapartym tchem biegałam od jednego muzeum do drugiego. Byłam przekonana, że stoję całą wieczność przed «Myślicielem» Rodina, «Tancerkami» Degasa czy «Nike z Samotraki». Do dziś pamiętam swój ówczesny zachwyt.
Emocje, wzruszenia, zachłanność. Metafizyczny wręcz strach przed uronieniem czegokolwiek z bogactw, jakie stolica Francji rzucała mi pod nogi. Nic tylko brać pełnymi garściami. Trasę z placu Vandome pod wieżę Eiffla przemierzyłam pieszo, mimo że nasz autokar przebijając się przez korki, dzielnie wszystkich tam podwoził. Chciałam to wszystko, na co czekałam latami, wchłonąć i cieszyć się każdą chwilą.
Jak dziecko, które wreszcie dostało upragnione cukierki i pragnęłoby je zjeść, a jednocześnie zachować jak najdłużej w stanie nienaruszonym. Ponadto, jakby doznań kulturalnych było mało, dodatkową wisienką na torcie były sklepy. Wielkie, jasne markety pełne barwnych, małych i dużych opakowań wszystkiego. Do dziś pamiętam cudowne, jaskrawożółte kalosze stojące na półkach z napisem: wyprzedaż (oczywiście po francusku, ale od czego był podręczny słowniczek, taki translator końca XX wieku).
Mimo że cena dla normalnego człowieka była pewnie śmiesznie mała, dla mnie stanowiła nieosiągalny wówczas pułap. Od tamtego czasu znosiłam wiele par nie tylko cudownie żółtych kaloszy. Zwiedziłam wiele zakątków świata nie licząc się specjalnie z pieniędzmi i nie musiałam podczas wyjazdów żywić się tylko bułkami i kawą. Jednak są takie chwile, w których tęsknię do tamtych niepowtarzalnych emocji pierwszego razu i chciałabym przeżyć je tak, jak dawniej.
Coś wyjęte żywcem, a więc identyczne z pierwowzorem, takie samo, bez zmian.
Ktoś do wyższych celów jest stworzony – ten frazeologizm, użyty w sensie ironicznym, oznacza, że osoba ma bardzo wysokie, jednak najczęściej niczym nieuzasadnione, mniemanie o sobie..
Tyle, co kot napłakał, czyli niewiele, bardzo mało.
Tanie jak barszcz, a więc za niezwykle niską cenę, prawie za darmo.
Z wypiekami na twarzy i zapartym tchem – czyli z ogromnymi emocjami.
Wisienka na torcie – to dodatek do czegoś pysznego, co sprawia, że jest jeszcze lepsze.
Coś nie pierwszej młodości, więc zwyczajnie stare, nieświeże.
Gabriela Woźniak-Kowalik,
nauczycielka skierowana do Łucka przez ORPEG