Jest taki moment w życiu, kiedy człowiek wchodzi w okres swojej ziemskiej wędrówki powszechnie zwany cielęcymi latami, kiedy to jeszcze pstro i zielono ma w głowie, a różne i bardzo dziwne pomysły przychodzą mu na myśl. Pojawiają się wówczas takie marzenia i wyobrażenia na temat dorosłego już funkcjonowania, o których najwięksi filozofowie nie śmieliby myśleć.
Niezwykle często w owym okresie szczenięcego wieku młodzi ludzie śnią o tym, że zostaną gwiazdą estrady, kina lub sportu. Staną się gwiazdami pławiącymi się w luksusie, a wielka sława i powszechna zazdrość temu towarzysząca będzie obecna przez całe długie życie, oczywiście różami usłane.
W czasach mojej bardzo wczesnej młodości, czyli jeszcze wtedy, gdy dinozaury spokojnie paradowały po planecie, a kolorowe, papierowe czasopisma dostępne w tzw. kiosku Ruchu były jedynym łącznikiem ze światem, niektórzy z moich rówieśników, a zwłaszcza rówieśnic, posuwali się do pewnego rodzaju szaleństwa.
Otóż z owych barwnych gazet wycinali zdjęcia swoich idoli i wklejali do specjalnie prowadzonych w tym celu zeszytów. Ewentualnie wieszali nad łóżkiem. Tworzyli swego rodzaju kapliczki gwiazd znanych na całym świecie ze swego talentu, umiejętności, mistrzowskich tytułów, a także niezapomnianych kreacji filmowych.
W rzeczy samej były to zbiory najprawdziwszych diamentów błyszczących na niebie kultury czy sportu. Takie nazwiska jak: Kondrat, Kora (pseudonim, właściwie Olga Sipowicz, z domu Ostrowska, po pierwszym mężu Jackowska), Lubański, Kapuściński, Kobuszewski, Wiśniewska, Łomnicki, Deyna, Osiecka itd. znała cała Polska i nikomu nie trzeba było tłumaczyć, co ci ludzie potrafią i dlaczego są gwiazdami.
Tak było drzewiej. Teraz czasy się zmieniły, dawne odeszło, a to nowe jakby cokolwiek pachnie mi mizerią i niejaką żenadą. Może ktoś mądry jak sowa wytłumaczy mi, jak czteroletniemu dziecku, jakim cudem można nazywać kogoś gwiazdą tylko dlatego, że zrobił sobie operację biustu tudzież ust i dał się sfotografować w nieco bardziej rozpiętej bluzce oraz w pozie na tzw. sympatyczną rybkę zwaną glonojadem.
Smutno mi bardzo, bo może sprawiam komuś przykrość zastanawiając się, dlaczego używa się określenia gwiazdy w stosunku do ludzi, których całym zawodowym dorobkiem są filmiki z ich prywatnego życia wrzucane na społecznościowe kanały. Filmiki mające miliony wejść, lajków, polubień, komentarzy itp.
Co jest fascynującego w gapieniu się na taką produkcję i śledzeniu z wypiekami na twarzy, czy rzeczeni bohaterowie, czyli gwiazdy, ustawią swoją szafę przy oknie albo gdzie indziej? Jaką gwiazdą jest pani, która w mediach społecznościowych ogłasza, że schudła 30 kg?
Tylko co ja mam z tą wiedzą teraz zrobić? Jestem, widać, tuman nie z tej ziemi, bo nie ogarniam tematu! Powiem jednak w zaufaniu, że dobrze mi z tym. Tylko na Boga, kochani ludzie, nie nazywajcie gwiazdą kogoś, kto znalazł sobie prosty sposób na zarabianie pieniędzy. Ma do tego święte prawo, ale gwiazdą na pewno nie jest, bo one są jedyne, niepowtarzalne, wspaniałe, a ich blask pochodzi od ciężkiej pracy i wyjątkowego talentu, jakim natura je obdarzyła.
Cielęce lub szczenięce lata dotyczą bardzo wczesnego okresu w życiu człowieka.
Mieć pstro lub zielono w głowie, czyli myśleć i zachowywać się niedojrzale.
Życie usłane różami, czyli bardzo szczęśliwe i pełne sukcesów.
Mądry jak sowa – tak mówią o inteligentnej osobie z dużym doświadczeniem życiowym.
Śledzić coś z wypiekami na twarzy, a więc z wielkim zainteresowaniem.
Tuman nie z tej ziemi – osoba niezbyt inteligentna i rozgarnięta.
Gabriela Woźniak-Kowalik,
nauczycielka skierowana do Łucka i Kowla przez ORPEG