Kontynuujemy opowieść o wsi Kortelisy. W numerze 6–7 «Ziemi Wołyńskiej» z 1939 r. uczeń gimnazjum w Kowlu Mikołaj Borowski podzielił się swoimi spostrzeżeniami na temat tej miejscowości.
Tekst ukazał się pod tym samym tytułem, co opublikowany w numerze 2 z 1939 esej innego młodego krajoznawcy, Zdzisława Wattego: «Kortelisy – zagubione sioło». Artykuł Mikołaja Borowskiego zamieszczono w numerze 6–7 «Ziemi Wołyńskiej» jako ostatni. Ten numer też był ostatni w dziejach czasopisma, ponieważ miesiąc później wybuchła II wojna światowa.
Poniżej publikujemy pierwszą część artykułu Mikołaja Borowskiego o Kortelisach, bez redagowania. Być może autor nie zawsze jest obiektywny, ale zostawmy to ocenie czytelnika.
***
Zdrowotność
Pomimo swej dzikości, braku kultury, mieszkańcy Kortelis nie wierzą już znachorom. Jest wprawdzie we wsi jakiś «zamawiacz», ale gdy ktoś ciekawy zapyta któregoś z gospodarzy, czy w Kortelisach jest znachor, a jeżeli jest, to gdzie, to najpewniej zobaczy lekceważące machnięcie ręką i usłyszy, że «deś to tam je, ałe nykto jeho ne znaje». I tu pewnie zacznie się śmiać i pokpiwać z jego umiejętności i opowiadać, jak to było dawniej, «za ruskich czasów», gdy wszyscy chodzili do przemądrego jeszcze wtedy znachora i wierzyli w skuteczność jego leków.
Nie bano się go jednak, bo wierzono, że tym, z którymi źle żyje, którzy są jego nieprzyjaciółmi, nie może zaszkodzić, a krzywdę mógł wyrządzić tylko swoim bliskim. Trochę dziwne wierzenie.
A jednak mimo tego braku wiary w znachora, bądź co bądź pewnego objawu kultury, z drugiej strony widzimy, w jak pierwotnie strasznym stanie znajdują się: higiena, opieka nad dzieckiem, pożywienie, w ogóle całe życie. Niejednemu mogłoby się wydać, że niewiara w znachora nie wypływa ze świadomości jego niewiedzy, ale z braku zainteresowania się własnym zdrowiem i zdrowiem dziecka, a co zatym idzie własnym bytem. Nie widać u ludności zapału, tej woli walki o lepszą przyszłość. Nic dziwnego, że takie nastawienie nie wydaje ludzi zdrowych, silnych, odpornych moralnie i fizycznie.
Przypatrzmy się teraz ich życiu. Pożywienie składa się prawie tylko z pieczonych ziemniaków i niewypieczonego, brudnego chleba. Mleka prawie nie znają, bowiem krowy, pasione na kwaśnej trawie, nic go prawie nie dają. Przy takim «głodnym» jadle nie wytrzyma nawet zdrowy, dorosły człowiek, a cóż dopiero małe dziecko. Do pożywienia dodać jeszcze należy fatalny stan higieny. Zagadnienie higieny, czystości, nie są rzecz oczywista jeszcze tu znane, są jednak i chaty porządne, jasne, ładne. Wesołą, ozdobioną wycinankami z papieru izbę można zobaczyć i u Bazylego Dutkiewicza, i u podsołtysa Paliwody i u wielu innych gospodarzy. Ogólnie jednak chaty nie są czyste. Oglądając je, odnosi zwiedzający niezbyt miłe wrażenie. Brud jest nie tylko na podwórzu i w całym obejściu, ale co najgorsze w izbie, gdzie często grasują półdzikie prosięta. Zakopcony komin, pod ścianami brudne ławy, dwa, trzy okna również brudne, nie przekraczające rozmiarami 25x50 cm, obok pieca barłóg – na deskach stare, brudne szmaty. Wrażenia dopełnia nieznośny, nie do opisania wprost zaduch. I w tych izbach wyrastają dzieci słabe, chorowite, często niezdolne do późniejszego samodzielnego życia przez kalectwo, wypływające najczęściej z dziedzicznych chorób, lub rzadziej z nabytych.

Chaty w Kortelisach. Zdjęcie Bolesława Glodta z «Ziemi Wołyńskiej»
Wieś przy tylu chorobach i chorych nie ma ani lekarza, ani nawet felczera, bez którego nie można marzyć o poprawie stanu zdrowia mieszkańców. Opieka rodzicielska jest niewystarczająca. Rodzice nie troszczą się o swoje dzieci. Wolą wydać pieniądze na wódkę, zamiast dać potomstwu odpowiednie pożywienie, książki, lekarstwa i t. d.
A pijaństwo w Kortelisach kwitnie! Nikt może tak nie zarabia jak Żyd-szynkarz. Sami wieśniacy przyznają, że to jest wieś, w której najwięcej piją. Piją, chociaż wiedzą i mówią, że byłoby dla nich o wiele lepiej, gdyby nie pili wódki. Do pijaństwa dołącza się karciarstwo, które na wielką skalę rozwinęło się w futorze Sytiamgi. Zdarzają się wypadki, że zapaleni, o niczym już nie pamiętający gracze, przegrywają cały majątek, a nawet żony.
Nieszczęśliwe kaleki, chore niedołężne dzieci, oto skutek pijaństwa, karciarstwa, a często niemoralnego, rozwiązłego trybu życia rodziców. Takie potomstwo jest bardzo podatnym gruntem dla gruźlicy, na którą wielu mieszkańców choruje. Prócz gruźlicy trapi ludzi na wiosnę febra, zwana tu «lichoratką», sam klimat jest bowiem niezdrowy, sprzyjający rozwojowi różnych chorób. Szczególnie jesienią i na wiosnę daje się on dobrze we znaki, kiedy to dziennie umiera 5–6 osób. Prócz chorób poważnych, występuje tu także kołtun, którego, zgodnie z tradycją i zwyczajem, nikt sobie nie da uciąć. Wieśniacy nie umieją radzić sobie z chorobami, nie znają żadnych leków, żadnych środków zapobiegawczych. Wszystko zostawiają na łasce Bożej. Śmiertelność we wsi jest bardzo duża. W 1938 roku na 60 męskich urodzin umarło 30, na 66 żeńskich 36. Najwięcej umiera dzieci do siedmiu lat. Ale już po trzydziestym roku życia śmiertelność znowu się zwiększa. Starszych ludzi, powyżej sześćdziesięciu, siedemdziesięciu lat prawie nie ma. Mała ilość mężczyzn, którzy służyli w wojsku, to skutek stanu zdrowotnego wsi. Komisje poborowe odrzucają większą część młodzieży jako niezdolną do służby wojskowej. No, bo rzeczywiście nie widać tu ani wśród młodzieży, ani wśród ludzi starszych osobników naprawdę zdrowych, silnych. Tę słabość zdrowia widać doskonale w tańcu. Młody parobek po półgodzinnym bawieniu się spokojnymi, bo właściwie chodzonymi tańcami, jest spocony, zmęczony. To samo widać w czasie pracy. Ludzie tu skarleli, zdegenerowali się wskutek złych warunków i dziedzicznych, przekazywanych dzieciom przez rodziców, chorób.
Nie można oczywiście w ten sposób mówić o całej wsi, o wszystkich mieszkańcach, bo tam gdzie były lepsze warunki, tam stan zdrowotny przedstawia się znacznie lepiej, ale fakt zawsze pozostanie faktem, że ludzi naprawdę zdrowych jest we wsi bardzo mało.
Język i literatura
Język, jaki jest w powszechnym użyciu w Kortelisach, nie ma w sobie prawie nic specjalnego, czy odrębnego, bo takim, a przynajmniej bardzo zbliżonym, nie wiele się różniącym, mówią mieszkańcy prawie całego północnego Wołynia. Język ten jest zlepkiem zniekształconych zresztą wyrazów polskich, ruskich i rosyjskich. Kortelisanie sami nie wiedzą dobrze, jak trzeba mówić, czy dany wyraz tak wymawiać, czy inaczej.
Rosyjskie wpływy językowe są przeważnie «urzędowe», bo tak to tylko można nazwać. A więc rosyjskie są nazwy miesięcy, dni, miar, wag i t. p, Ale i tu nie ma zgodności, bo np. marzec nazywają z rosyjska «mart», z ruska «mareć», a niektórzy mówią już i «marzec». Tak, że właściwie trudno coś pewnego o tym języku mówić. Bardzo ciekawym zjawiskiem jest wyraz «ała, ała», co oznacza: «no tak, no tak». Tuż obok, w Górnikach to samo oznacza «mulafte». I w tym to właśnie języku istnieje twórczość ludowa nie spisana, ale ustnie przekazywana z ojca na syna, z pokolenia na pokolenie. Na literaturę tę składają się bajki, zagadki, pieśni i opowiadania.
Bajki opowiadają przeważnie o biednym, nieszczęśliwym człowieku, na którego głowę walą się najprzeróżniejsze nieszczęścia. Ale jednak ten pechowy człowiek dzięki swojemu sprytowi i mądrości otrząsa się z biedy, przełamuje nieprzyjazny los i staje się bogaty i szczęśliwy. Taka jest w ogólniejszych zarysach treść bajek. Jest to treść umoralniająca, potępiająca i niszcząca zło, a pochwalająca dobro. Te bajki i opowiastki gędzą z wielką chęcią i starzy i młodzi. Oto np. bajka młodego Jana Paliwody:
«Młody «kawalir» ożenił się z «dziwczyną».
Pewnego dnia żona jego poszła po wodę i spotkała jakąś panią, która jej się zapytała, coby ona wolała: przeżyć biedę teraz, czy potem, na starość. Przestraszona powiedziała, że woli teraz i poszła czym prędzej do domu, by mężowi wszystko opowiedzieć. Wkrótce potem przyszło pierwsze nieszczęście – piorun spalił chatę i prawie cały ich dobytek zginął w ogniu. Przyszło i drugie nieszczęście – krowa zdechła. Widzi zrozpaczony mąż, że źle. Sprzedał resztę swego majątku i z nie wielką sumką pieniędzy ruszył z żoną w świat. Uszli już kawał drogi, gdy spotkali jadącego w kolasie pana. Pan wysiadł z powozu i zagadnął ich, gdzie i po co idą. Opowiedzieli mu o swoim nieszczęściu. Ale jemu podobała się młoda żona. Pchnął więc jej męża, schwycił żonę i odjechał powozem. Lecz wierna żona nie zapomniała o swym nieszczęśliwym mężu. Rzuciła mu część pieniędzy i połowę pierścionka. O dopędzeniu kolasy nie było co marzyć. Nie mając nic innego do roboty, przystał w majątku za pastucha. Chude krowy pod jego nadzorem stały się grube. Pan majątku był z niego bardzo zadowolony. Pewnego razu, gdy pasł świnie, wrona porwała mu pieniądze, które schował w czapce. Pan tak się chwalił swoim sługą, że jeden z jego gości zapragnął mieć takiego parobka. Był to właśnie ów nieuczciwy pan. Pastuch zgodził się pójść do niego na służbę. W biednym nędzarzu nie poznano prawego męża porwanej. On również nie poznał sprawcy swojego nieszczęścia.
Ale nowy pan nie cieszył się długo dobrym zdrowiem, zachorował i kazał wezwać do siebie baby «szeptuchy». Te mu poradziły tak: niech parobek weźmie siekierę i zetnie topolę. Gdy zetnie, sam umrze, a pan wyzdrowieje. Był tylko ten warunek, że ścinający musiał wiedzieć o tym, co go czeka. Trapił się bardzo pan, bo nikt nie chciał się na to zgodzić, ale nowo przyjęty pastuch, któremu nie zależało na życiu, zgodził się. Poszedł do ogrodu i ze śpiewem (nie bardzo mu widać chciało się żyć) ścina topolę. Dorąbał już do połowy, ale widzi dziupla, a w dziupli, o dziwo! jego czapka, jego pieniądze i jeszcze coś, — na samym dnie leżała siekiera, a w niej połowa pierścionka. Wyjął z odnalezionej swojej siekierki drugą połowę i gdy zobaczył, że dwie połowy przystają do siebie rzucił siekierę i pobiegł do domu, gdzie pan już umierał. Teraz już wiedział, że jego żona jest tutaj i wolał już nie umierać. Żona go nie poznała, dopiero, gdy pokazał jej pierścienie domyśliła się, że przecież to jej mąż. Tymczasem pan umarł. Małżonkowie żyli już odtąd szczęśliwie».
Tak wygląda najciekawsza może z tych bajek. Inna mówi o trzech braciach, którym ojciec umierając zostawił do podziału majątek i jak dwaj starsi pozbawili najmłodszego spadku. I ta bajka dobrze się kończy. Pokrzywdzony zdobywa majątek i wraca do swych braci, którym już źle się powodzi. Druga opowiada o człowieku, który nie zaznał biedy i poszedł w świat by jej doświadczyć. Często w tych bajkach jako główny temat występuje niewierność małżeństwa i zwłaszcza te ostatnie cechuje duży realizm.
(Ciąg dalszy nastąpi).
***
Inne teksty z cyklu «Ziemia Wołyńska» można przeczytać tu.
Opracował Anatol Olich