Nazwisko Ignacego Radlińskiego (1843–1920), pochodzącego z Dubna, znane jest jedynie wąskiemu kręgowi badaczy zarówno w Polsce, jak i na Ukrainie. Jest on jednak autorem kilkudziesięciu prac, które wniosły znaczący wkład do nauki. Zajmował się historią, filologią, religioznawstwem i studiami biblijnymi.
Ignacy Radliński pochodził z zubożałej rodziny szlacheckiej, która nie była w stanie zapewnić mu dobrego wykształcenia, dlatego też sukcesy na polu nauki osiągnął wyłącznie dzięki własnym zdolnościom i uporczywości. Po ukończeniu Uniwersytetu Świętego Włodzimierza w Kijowie (który, nawiasem mówiąc, powstał na bazie Liceum Krzemienieckiego, zlikwidowanego przez władze carskie), nauczał języków klasycznych w Gimnazjum Warszawskim i zajmował się m.in. studiowaniem starożytnych języków semickich.
W 1938 r. Wołyńskie Towarzystwo Przyjaciół Nauk wydało wspomnienia Ignacego Radlińskiego «Mój żywot». Pierwszy rozdział tej książki nosi tytuł «Lata dziecięce i chłopięce (1843–1859)» i jest poświęcony dzieciństwu i młodości spędzonym przez przyszłego naukowca na Wołyniu. W numerze 2 «Ziemi Wołyńskiej» z 1938 r. opublikowane zostały fragmenty tego pierwszego rozdziału wspomnień, rzucających ciekawe światło na stosunki panujące ówcześnie w tym regionie. Oddajemy w Państwa ręce wspomnienia Ignacego Radlińskiego.
***
W kwietniu b. r. ukażą się nakładem Wołyńskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk Pamiętniki Ignacego Radlińskiego, znakomitego uczonego i myśliciela, urodzonego na Wołyniu, gdzie spędził całą swoją wczesną młodość. Poniżej zamieszczamy kilka fragmentów wspomnień z tego okresu, na Wołyniu.

Książka «Mój żywot» Ignacego Radlińskiego. 1938 r. Public domain
Urodziłem się na Wołyniu, w m. Dubnie, 1 (13) grudnia 1843 r. Miasteczko to powiatowe miało podówczas wygląd zupełnie polski. Wątpię nawet czy dwie, trzy rodziny rosyjskie, w pojęciu wyrobionym później, w nim zamieszkiwały. Należało ono wówczas do ks. Lubomirskich. Właściciel jego, nie pamiętam imienia, czy nie Marcelin, już nie żył. Syn, Józef, lat moich, przebywał w Petersburgu, w Korpusie Paziów. Żona, Jadwiga, z ks. Jabłonowskich, głównie za granicą. Oficjaliści – wszyscy Polacy. Wspaniały, starożytny zamek był przez nich zamieszkały. Fara – we środku miasta, dwa klasztory na jego krańcach: bernardynów i karmelitanek, murowane, obszerne i stare, wobec dwóch nikłych cerkwi drewnianych nadawały mu pozór katolickiego. Trzecia cerkiew na wyspie, jedyna tylko murowana, była dawniej kościołem unickim. Nawet żydzi mówili głownie po polsku.
Mój ojciec, Adam Radliński, syn Ignacego, urodzony w 1794 r. po skończeniu szkoły łuckiej powiatowej i Liceum w Krzemieńcu, był pisarzem a następnie podsędkiem w sądzie powiatowym, który jedynie w całej guberni pozostawał obieralny. Sąd ten stanowili: sędzia i dwaj podsędziowie, obierani na trzy lata ze szlachty miejscowej. Trzeciego mianował rząd. I ten zwykłe bywał Polakiem. Sędzią był wuj mojej matki, Ignacy Dubiski. Ten sędzia wraz z kasjerem powiatowym, Ignacym Bernatowiczem, byli moimi chrzestnymi ojcami. A ponieważ i dziad mój miał imię Ignacy, ja to imię otrzymałem na chrzcie, uzupełnione przez dwa inne: Józef i Eligiusz. Ostatnie przyniosłem sobie, rodząc się 1 grudnia.
Ojciec mój był dwa razy żonaty. Matka pierwszej żony mojego ojca była z domu Rutkowska z Łysina, wsi kościelnej nad Styrem, której część posiadał jej brat, Jan Rutkowski. Miała trzech mężów. Nazwiska pierwszego zapomniałem (czy nie Domaniewski?). Właśnie z tego jej małżeństwa córka była pierwszą żoną mojego ojca. Drugi – nazywał się Piątkowski. Z nim miała trzech synów: Józefa, Alojzego i Floriana. Za trzecim mężem była – Skrzyneckim. Z tym dzieci nie miała. Ponieważ była ona babką, Piątkowscy zaś wujami rodzeństwa mojego z pierwszej żony mojego ojca, to z rodzeństwem tym stale podtrzymywali stosunki. Umarła ona, kiedym był jeszcze dzieckiem. Mieszkała przy najmłodszym synie Florianie, w Rusinowym Beresteczku, wiosce też nad Styrem, na przeciwległym niż Łysin jego brzegu leżącej. Parafia należała do Złoczówki. To świadczy o znacznej ludności katolickiej. Od Łysina do tego Beresteczka było zaledwie wiorst kilka.
Druga żona mojego ojca była z domu Kozłowska, córka Leona i Ludwiki z Dubiskich, siostry stryjecznej wzmiankowanego sędziego Dubiskiego. Była to kobieta dzielna, energiczna, sprawująca mądrze i szlachetnie rządy w rodzinie. Pamięcią sięgała chyba jeszcze XVIII stulecia, podpisując się więc, do nazwiska dodawała zawsze obywatelka i jak rozumna, godna i samodzielna obywatelka zawsze postępowała. Rodzina Kozłowskich była dość liczna. Matka moja, Aniela, była najstarszą z pięciu córek. Syn Ludwik, przedostatnie dziecko, był, a przynajmniej uchodził za najulubieńsze. Zasługiwał też na to zupełnie. Wszyscy go kochali. Dziad mój sprawował rozmaite miejskie urzędy z wyborów. Posiadał przy tym w sąsiedniej od Dubna wiosce, Młodawie, jakieś dziedzictwa. Utrzymywał w mieście konie. Były to czasy pańszczyźniane. Pamiętam starego sługę, Marcina, stosownie do potrzeby lokaja lub woźnicę.
Mieszkając w jednym mieście rodzice moi z rodzicami mojej matki i to w najbliższym, nawet na miasteczko, sąsiedztwie, a częstokroć na jednym podwórzu, stanowili jakby jedną rodzinę, której faktyczną głową była moja babka, co nie uwłaczało powadze mojego ojca. Potrafili się oboje utrzymywać w granicach właściwych. Podziwiać dzisiaj muszę tę sztukę. Mając matkę swoją za świętą, a więc czcząc ją odpowiednio, wzrastałem nadto w kulcie dla babki. Z nią częste wycieczki do tej Młodawy znajomiły mnie ze wsią.
Chociaż w 1848 r. miałem zaledwie piąty rok, lecz już czytać umiałem i zapamiętałem kilka wypadków. Przyjazd do Dubna biskupa Borowskiego z Żytomierza. Przyjęcie było uroczyste, przez rząd nakazane. Następnie – cholerę, na którą zapadli wuj Ludwik i ciotka Justyna, najstarsza z sióstr mojej matki. Dalej rozmowy o wojnie węgierskiej i oglądanie wołów, pędzonych przez powracające wojska. W późnej jesieni dziadostwo z moją matką i ze mną, odbyli wycieczkę do cudownego obrazu Pana Jezusa do Dederkał dla podziękowania za wyzdrowienie ciotki i wuja. Podróż ta wryła się bardziej niż inne wypadki w mej pamięci. Klasztor, kościół, mnisi, popasy, zajazdy do znajomych po drodze jak w kinematografie przesuwają się i dziś przed moimi oczyma.
W roku 1849 pamiętam przyjście na świat brata Ludwika. Ojciec mój miał dwóch braci: starszego od siebie Józefa i młodszego Stanisława. Józefa nigdy nie widziałem, choć mieszkał w rówieńskim powiecie, we wsi Szpanowie, więc – niedaleko od Dubna. Ne pamiętam, by go i mój ojciec kiedy odwiedzał. Stanisław mieszkał w Dubnie, był żonaty z Ewą Zembrzuską. Nazywano go rejentem. Stryjenka była dzielną kobietą. Prowadzenie, a nawet poniekąd utrzymanie domu na jej zapobiegliwości polegało. Lecz między rodzinami braci nie było tak bliskich, ciągłych i serdecznych stosunków jak na przykład między rodziną matki […].

Portret Ignacego Radlińskiego. Public domain
W roku 1852, na początku jego, wysłuchałem rozmowy ojca z matką. Ojciec mówił, że z Żytomierza ma nadjechać do Dubna urzędnik specjalnie na to wysłany, dla zrewidowania Sądu Powiatowego, który się utrzymał wyjątkowo w całej guberni w składzie wybieralnych sędziów. Ojciec przewidywał fatalne skutki tej rewizji […].
Obawy ojca się sprawdziły. W marcu trzej członkowie Sądu z wyborów otrzymali dymisję. Nasłani nowi byli Polacy, lub za Polaków mogący uchodzić, ale już nie wybrani z miejscowej szlachty, tylko biurokraci, wprawdzie wszyscy trzej rodem z Wołynia. Przypominam sobie nazwisko sędziego: Oratowski. Rodzice moi narazie zmienić musieli mieszkanie na mniejsze i gorsze […].
Rozpoczęła się troska o chleb powszedni. Rodziny szlacheckie wskutek obszernych koligacyi zawsze oczekiwać mogą spadków z rozmaitych stron, w linii ojca i matki. Spadki te były z góry przewidywane i na nie też zawsze liczono. Nie inaczej też było i z moją, też ze stron obu, matki i ojca, można było ich oczekiwać – ze strony ojca, W pamięci mojej pozostało nazwisko niejakiej Dziusinej. Miała to być bliska krewna mojego ojca (a może nawet macocha), której mąż umierając zapisał dożywocie na wiosce. Owdowiawszy wyszła za jakiegoś Dziusia.
Z dawnych, bardzo dawnych czasów, pozostali na Wołyniu adwokaci. Z miejscowej szlachty, a nawet obywateli, przez prawa obowiązujące nie mieli określonego i uznanego, jak następnie przysięgli stanowiska. W sprawach, których prowadzenia podejmowali się, występowali jako prywatni plenipotenci procesujących się stron, czego to prawo zabronić nie mogło. W każdym powiecie przebywał jeden (lub dwóch nawet) taki obrońca. Głośniejsi na parę powiatów rozciągali swą praktykę. Na łucki i dubieński w owe czasy (1840–1855) słynął Antoni Peretiatkowicz. Otóż w ręku i we władaniu jego znalazło się owo dożywocie Dziusinej. On urządził spłatę jego i otworzył swą kieszeń dla spadkobierców. Korzystali z tego trzej bracia, ojciec mój i dwaj stryjowie, i za gotówkę, otrzymywaną w każdej większej potrzebie, zrzekali się częściowo swych praw do całości spadku.
Często słyszałem o podróży ojca do Peretiatkowicza i o jego przybyciu do Dubna. Pamiętam smutną scenę w roku 1853 czy 4-tym, gdy się okazało, że z całego spadku po Dziusinie pozostało zaledwie paręset rubli. Otrzymawszy je ojciec złożył u jednego Żyda, właściciela zajezdnego domu, od którego już nie setkami, tylko dziesiątkami rubli wybierał, aż wybrał. Tak poszedł i przeszedł jeden spadek...
Powracam do wypadków, które wpływały na mój rozwój umysłowy na tle życia rodzinnego i w zależności od losu rodziców. Pomiędzy 1852–1856 ciężkie były te losy. Ojciec stałego zajęcia nie znalazł. Dorywcze, jak działy majątkowe łub inne przygodne, utrzymania nie zapewniały. Praca i oszczędność matki zapobiegały zaledwie ostatecznemu niedostatkowi. Lecz sprawy szły coraz gorzej. Mieszkania coraz na gorsze zmieniać należało... Kwestia szkoły dla mnie wcale przez rodziców nie była podejmowana. W Dubnie żadnej nie było. Niejaki Wilczyński uczył u siebie prywatnie przedmiotów szkolnych, pobierając po dwa ruble na miesiąc za całodzienną naukę, lecz by mnie do niego posyłać, ani ojcu, ani matce do głowy nie przychodziło. I dobrze się stało. Zresztą, czegóż bym się u niego mógł nauczyć. Francuskiego i arytmetyki uczyła mnie sama matka. O rosyjskim – nie myślano wcale. Szkoła powiatowa w Łucku i gimnazjum w Równem za rodzaj Syberii w wyobraźni wszystkich uchodziły. Nawet, pomijając już względy kosztu, nie oddaliby mię do nich rodzice […].
Wcześniej się nauczył sługiwać do mszy (chyba już w 10-tym roku życia), – nauczywszy się brałem czynny udział w życiu kościelnym. Byłem znany księżom miejscowym i – nawet przyjezdnym. Na procesjach, czy to w kościele odbywanych, czy z jednego kościoła do drugiego, nosiłem krzyże, błagając Boga o polepszenie bytu moich rodziców. Te praktyki kościelne zastępowały wykształcenie religijne, ograniczone jak zwykle Katechizmem i Historią Świętą. Więcej one wpływały na rozwój uczucia niż umysłowy. Ten odbywał się w inny sposób.
W domu dziadostwa wuj Ludwik wprowadził był zwyczaj czytania wieczornego. Miejscowa księgarenka dostarczała nowości, głównie literackich W literaturze panował Kraszewski. Jego też powieści były przeważnie odczytywane na owych posiedzeniach. Tą drogą poznawałem celniejsze: «Powieść bez tytułu», «Dwa światy», «Interesa familijne», «Jermolę». Wysłuchanie pierwszej zwłaszcza wywarło wpływ na całe życie. Nie mając pojęcia o uniwersytecie i naukach w nim wykładanych, jako całości, rozczulałem się losem Szarskiego, głównego jej bohatera, aczkolwiek nic mnie z nim wspólnego nie łączyło. Myśl wstąpienia na fakultet przez niego wybrany już mnie wówczas opanowała, chociaż nie zdawałem sobie sprawy, jakby to się stać mogło. Z możności dostawania książek skwapliwie korzystałem i je z zapałem chłonąłem.
Opracował Anatol Olich