Polska pisarka i literaturoznawczyni Julia Fiedorczuk w wywiadzie udzielonym ukraińskiemu poecie i wydawcy Jurijowi Zawadskiemu opowiedziała o swoim dorobku literackim i kontekstach, w których powstają jej teksty.
Rozmowa odbyła się z w czasie IV Międzynarodowego Festiwalu Literackiego «Frontera» w Łucku, do udziału w którym Julia została zaproszona.
Poezja
Właśnie złożyłam nową książkę w wydawnictwie «Warstwy». Będzie to mój pierwszy utwór poetycki po «Psalmach», które wyszły 2017 r. Czyli nie wiadomo kiedy minęło siedem lat, nie mam pojęcia jak to się stało. Lata mają to do siebie, że znikają (śmiech). Tak czy inaczej, po siedmiu latach będzie nowa książka – myślę, że już mogę to ujawnić – w październiku. Będzie nosiła tytuł «Glif». To jest nieduży tomik.
«Glif» ma dwa sensy. Jeden odnosi się do znaku, jak w typografii. I ten sens na pewno jest wygrywany w książce, która dotyczy, najogólniej mówiąc, tworzenia znaczeń, a także różnych rodzajów pisma. Znaczenie, pismo pojawiają się również w kontekście pozaludzkim: całą przyrodę przenikają rozmaite komunikaty. To jest jeden sens.
Drugie znaczenie «glifu» jest architektoniczne, to prześwit. Myślę, że obecność tego drugiego sensu jest bardziej dyskretna, ale równie ważna. Te teksty przynajmniej próbowały sięgnąć głęboko, do sfery, którą z braku lepszego słowa określamy jako intuicyjną. Ciekawią mnie inne szlaki czy inne sposoby wchodzenia w kontakt ze światem i poznawania świata, niż tylko rozum instrumentalny. Moje wiersze próbują to eksplorować. Książka jest cicha, intymna, nieduża i myślę o niej jako o twórczości przejściowej.

Rozmowa o wierszach na scenie «Frontery». Julia Fiedorczuk i Ija Kiwa. Fot. Mykoła Cymbaluk
Na moim biurku leżą większe projekty – nie lubię słowa «projekt», ale w tym momencie inne nie przychodzi mi do głowy. Planuję kontynuować «Psalmy», doprowadzić do powstania kolejnego, obszerniejszego zbioru, powiedzmy, «Psalmy 2024–2026».
Pisze mi się powoli większa książka poetycka bardziej koncepcyjna o sezonach i sezonowości, o pogodzie w kontekście zmiany klimatu. Pisze mi się powoli większa książka poetycka bardziej koncepcyjna o sezonach i sezonowości, o pogodzie w kontekście zmiany klimatu. Chodzi mi o to, żeby spróbować zastanowić się nad zmysłowym wymiarem zmiany zachodzącej w świecie. W tym roku w Polsce niektóre wiosenne kwiaty zakwitły o miesiąc wcześniej niż zwykle. Był taki moment, kiedy bez już kwitł, a jeszcze nie przyleciały migrujące ptaki, które przeważnie są już w czasie kwitnienia bzów obecne. To powoduje swoisty dysonans zmysłowy. Ktoś, kto ma adekwatną wiedzę, potrafi to nazwać: to co widać, nie zgadza się z doświadczeniem audialnym. Ale nawet jeśli nie masz pojęcia, co się dzieje, to i tak odczuwasz pewien dyskomfort
Interesuje mnie właśnie ten wymiar aktualnego kryzysu. Oczywiście dużo mówimy o konsekwencjach politycznych, społecznych i gospodarczych katastrofy klimatycznej. Moim zdaniem ma ona także wymiar emocjonalno-duchowy. I ta książka, która będzie się nazywała «Sezony», tego dotyczy.
Nie przepadam za tą etykietą krytycznoliteracką, choć sama dawniej często używałam pojęcia «ekopoetyka». Używałam go głównie w celu wyznaczenia pewnego obszaru namysłu krytycznego – w kontekście myśli krytycznej! Nigdy nie dzieliłam wierszy na «eko» i nie «eko», zresztą prawie nikt z twórców i twórczyń, o których przez lata myślałam i pisałam, nie chce ani tej, ani żadnej innej etykiety.
Poza tym, przedrostek «eko» jest nadużywany, został już przemielony w tylu różnych kontekstach, że przestaje cokolwiek znaczyć. Ja sama stopniowo odchodzę od mojego dawnego języka krytycznoliterackiego, bo uważam, że się zużył. «Eko» tematy zostały przechwycone przez mainstream, stały się formą marketingu. Jest ich bardzo dużo w poezji. Nie odcinam się od tych nowych zjawisk poetyckich, bo zdaję sobie sprawę, że jestem za nie sama współodpowiedzialna, jednak idę już gdzie indziej.

Julia Fiedorczuk. Fot. Mykoła Cymbaluk
Droga i dom
To nie jest moja pierwsza wizyta w Ukrainie, ale pierwsza od początku pełnoskalowej inwazji. Poprzednim razem byłam we Lwowie przed pandemią, chwilę potem wszystko zaczęło się turlać w dół. Dwukrotnie odwiedziłam Kijów w kontekstach literackich, pierwszy raz jeszcze w 2013 r. Przez pewien czas Iryna Wikyrczak organizowała festiwal w Winnicy, w 2013 r. byłam gościnią tej imprezy.
Książka «Недалекі краї» (pol. «Bliskie kraje») wydana została w Ukrainie w 2019 r. przez Wydawnictwo 21. Chyba nie było żadnego odbioru tej książki w Ukrainie. To mogło wynikać po prostu z kontekstu: akurat zaczynała się pandemia. Przyjechałam tylko na targi książki we Lwowie, potem już nic więcej się nie działo. Mam tylko tę jedyną książkę wydaną w Ukrainie. Z okazji festiwali pojawiały się tłumaczenia pojedynczych wierszy i kawałków mojej prozy.
Czy w ogóle istnieje pisanie, które nie byłoby jakimś poszukiwaniem czy badaniem? W moim przypadku na pewno tak jest.
Jakiś czas temu miałam spotkanie autorskie na Podlasiu. Ostatnie moje dwie książki są związane z Podlasiem, Puszczą Białowieską i tamtymi okolicami. Stamtąd pochodzi moja rodzina, połowa tej rodziny wcześniej przyszła z Wołynia. Moje dwie ostatnie powieści dotyczyły tamtej wschodniej części Polski, a już całkiem ostatnia, czyli «Dom Oriona» w jakimś sensie wyrasta z kryzysu migracyjnego na granicy polsko-białoruskiej. Tu droga pojawia się dosłownie: to droga uchodźcy, wędrowca, który w dosłownym sensie szuka jakiegoś miejsca do życia – bezpiecznego lub tylko lepszego.

Julia Fiedorczuk z wolontariuszką Festiwalu Marianą Misiac. Fot. Mark Volkoff
Pewnego razu podczas spotkania autorskiego na Podlasiu jedna czytelniczka uświadomiła mi, że wszystkie moje książki są rozpięte pomiędzy biegunami domu i drogi, że wszystko, co piszę, rozgrywa się pomiędzy nimi. W tomie poetyckim «Psalmy» pojawia się motyw budowania kruchego domu – to jakaś moja obsesja.
W ogóle tego nie widziałam, dopiero czytelniczka mi to powiedziała, i rzeczywiście tak jest, że moje teksty prozatorskie i wiersze rozgrywają się pomiędzy tymi biegunami domu i drogi. To odkrycie było dla mnie zupełnie oszałamiające i pozwoliło mi zrozumieć coś o moim własnym pisaniu, a może też o mnie samej.
Doświadczenie drogi czy uchodźstwa, które ja mam z kolei we krwi z uwagi na historię mojej rodziny, to jest bieżeństwo. Był to moment, kiedy «ruscy» wychodzili z wschodniej Polski do Rosji pod koniec I wojny światowej. Moja babcia urodziła się w tej drodze. Czy to możliwe, abym miała w sobie pamięć tamtej drogi? Może to tylko mój prywatny mit, tak czy inaczej, pomaga mi lepiej rozumieć własne życie.
Dom w moich książkach to często dom w powietrzu, chwilowy, sklecony ze słów. Dużo rzeczywiście jestem w drodze: takie trochę jest życie pisarki, jeździ się po spotkaniach autorskich, festiwalach, rezydencjach i jestem bez ustanku w jakiejś podróży. Widocznie na jakimś poziomie muszę to wybierać. Nawet jeśli z pozoru to świat narzuca takie a nie inne wybory, sądzę, że w pewnym momencie zdecydowałam się na tę nomadyczność. Swoją drogą, przekraczając wczoraj polsko-ukraińską granicę (rozmowa z Jilią Fiedorczuk odbyła się 28 lipca – red.) uświadomiłam sobie, że wielki powrót granicy definiuje pewien aspekt naszego momentu. Mam na myśli także granica polsko-białoruską i wszystko, co tam się teraz dzieje.
Najbardziej autobiograficzny wymiar mojego pisania polega na odtwarzaniu właśnie tego zmysłowego doświadczenia. A już wydarzenia, które się rozgrywają, są zmyślone, choć okazuje się, że nie do końca. Ostatecznie, kogo interesuje twoja historia choroby? Sądzę, że przekaz bardziej uniwersalny osiąga się poprzez szczegół. Ważny jest namacalny konkret, ale tekst musi się ode mnie oderwać na tyle, żeby inni ludzie mogli sobie go przywłaszczyć. «Uniwersalne» nie znaczy wysokie, chodziło mi o to, że najzwyklejsze rzeczy działają w literaturze wtedy, kiedy ludzie mogą je wziąć w jakimś sensie za swoje. Nie chodzi o ogólne prawdy.

Julia Fiedorczuk. Fot. Mykoła Cymbaluk
Polska
O Polsce nie powiem czegoś bardzo ciekawego. Moim zdaniem, władza w Polsce nie nadąża za Polakami. Jestem o tym przekonana. Nie mamy reprezentacji politycznej, który byłaby adekwatna do tego, jak społeczeństwo się zmienia. W polskim społeczeństwie dzieją się beznadziejne rzeczy, jak i wszędzie teraz: i ksenofobia, i rozmaite lęki i paranoje. Ale też dzieje się dużo wspaniałych rzeczy, to znaczy, ludzie stali się dużo bardziej otwarci na kwestie światopoglądowe, obyczajowe.
Trudno powiedzieć, czym jest społeczeństwo polskie w tej chwili. Jesteśmy w specyficznym, bardzo dynamicznym momencie. Zamknął się etap transformacji, pojawiło się nowe pokolenie. Interesują mnie młodzi dorośli. Kiedy patrzę na pokolenie mojej córki, na moich studentów, widzę wyraźnie, że są to ludzie, którzy wyrastali już bez walki o awans społeczny. To moje pokolenie miało silne parcie na awans. Ja jeszcze mam chłopskie korzenie, moi dziadkowie z obu stron były rolnikami ze wsi. Moi rodzice to było pierwsze pokolenie, które pokończyło szkoły, byli nauczycielami. Teraz ja jestem profesorką w Warszawie. Jestem zwieńczeniem tego etosu. To bardzo typowy los, nie tylko moja indywidualna historia. Moja córka wyrosła już poza tym, w świecie, w którym nie ma kompleksów wobec Zachodu, na przykład. Ona jako warszawianka jest Europejką po prostu. Ja nadal jeżdżę na zachód profilaktycznie nieco najeżona.

Julia Fiedorczuk i Ija Kiwa. Fot. Mykoła Cymbaluk
Mam tę wschodnioeuropejskość, o której dużo mówił Czesław Miłosz. Twierdził, że w USA czy na zachodzie Europy nikt nas nie rozumie. Może coś jest na rzeczy, w kontekście wojny znowu to widzimy. Niemniej jednak polska młodzież jest zdecydowanie bardziej europejska. Ciekawi mnie także nowe upolitycznienie młodych ludzi. Brakowało tego przez ostatnie lata, co mnie martwiło. A teraz moi studenci zaczęli protestować, brać udział w akcjach klimatycznych czy demonstracjach politycznych. Fakt, że Uniwersytet Warszawski ponownie stał się sceną sporu politycznego, wydaje mi się interesujący. Co mnie niepokoiło w ciągu ostatniej dekady, poprzedzającej ten kryzys, to tryumf narracji neoliberalnej jako ogólnie obowiązującego sposobu myślenia i mówienia. To się wyczerpało i młodzi ludzie są znowu zbuntowani. Dzieją się ciekawe rzeczy, natomiast klasa polityczna jest raczej do niczego. Moment październikowy był oczywiście wspaniały, zapanował wielki entuzjazm, ale myślę, że teraz jesteśmy rozczarowani.
Nastroje są teraz bardziej złożone, ale nawet dziś widać, że Warszawa zmieniła się w ciągu ostatnich kilku lat. Jest po prostu dwujęzycznym miastem. Żyjemy w tym mieście razem. Owszem, skończył się «miesiąc miodowy» z 2022 r., to było niestety nieuchronne, ale nastąpiła zmiana składu osobowego i żyjemy razem z Ukraińcami (i przybyszami z innych stron świata też). Właściwie to jest coraz bardziej wielojęzyczne miasto. Automaty biletowe, bankomaty, wszędzie znajdziesz instrukcje po ukraińsku. Wszyscy to po prostu przyjęli. Jest więcej narzekania, ale życie idzie do przodu i działa, dzień po dniu. Przybysze z Ukrainy są niezwykle dzielni i zaradni, i Polska ich potrzebuje. Poszczególne historie różnie się układają, sądzę jednak, że najogólniej nie jest źle. To pokazuje, że jest nadzieja.

Ostap Sływynski, Julia Fiedorczuk i Jurij Zawadski. Fot. Mark Volkoff
Rozmawiał i opracował Jurij Zawadski
Zdjęcia udostępnione przez Platformę Literacką «Frontera»