Nasza rozmówczyni Halina Hrypycz urodziła się we wsi Niżnij Burłuk w Kazachstanie, gdzie jej rodzice Marian i Józefa Greniowie zostali wywiezieni wraz z krewnymi w 1936 r. W ojczyste strony w obwodzie chmielnickim powrócili dopiero po 12 latach.
Chociaż rodzice nadali córce imię Helena, w akcie urodzenia zapisano je po rosyjsku jako Elena (ros. Елена), a imię Halina pojawiło się dopiero w późniejszych dokumentach. Nasza rozmówczyni przypuszcza, że taka pomyłka mogła powstać dlatego, że w domu nazywano ją «Hela», co w języku ukraińskim przypominało skróconą wersję imienia «Halina», czyli «Hala». Zauważa: «Sama mówię o sobie, że mam dwa imiona. Rodzice nazywali mnie «Hela», ale w dowodzie osobistym mam wpisane imię Halina».
Obecnie Halina Hrypycz mieszka w Kostopolu w obwodzie rówieńskim. Poniżej «Monitor Wołyński» przedstawia jej rodzinną historię.
Niżnij Burłuk
Józefa (z domu Musiewicz, 1907–1995) i Marian (1907–1990) Greniowie wychowywali troje dzieci: Feliksa (ur. 1934 r.), Halinę (nasza rozmówczyni, ur. 1942 r.) i Annę (ur. 1951 r.).
«Moi rodzice mieszkali w obwodzie chmielnickim, we wsi Worobijiwka (obecnie Hromada Jampol w rejonie szepetowskim – aut.). Mieszkali tam również dziadkowie: Benedykt i Adela Musiewiczowie oraz Jan i Maria Greniowie. Moja mama miała brata Jana i siostrę Marię. W rodzinie ojca, oprócz niego, było jeszcze czworo dzieci: Piotr, Bronisław, Janina i Maria.

Józefa Greń, z domu Musiewicz

Marian Greń
W 1936 r. rodzice zostali zesłani z Worobijiwki do Kazachstanu. Wywieziono wówczas ze wsi wielu Polaków, pozostało tylko kilka rodzin. Z opowieści mamy wiem, że jechali w wagonie towarowym. Mój młodszy brat Feliks miał wtedy dwa lata. Mama przez całą drogę trzymała go, malusieńkiego, na rękach. Co mogli zabrać ze sobą? Jakoś rodzicom udało się zabrać maszynę do szycia i dwie ikony ślubne, które zostały przez nich zwinięte i w ten sposób przewiezione.
Jak opowiadał tata, wywieziono ich na step. Udało się im zbudować sobie jakąś ziemiankę. Podobno hodowali bydło, robili kiełbasy na sprzedaż. Było ciężko. Bardzo zimno. Śnieg padał na wysokość dachu. Wiem, że tata był w trudarmii (bataliony pracy w ZSRR – red.).
Urodziłam się już tam, w Kazachstanie, we wsi Niżnij Burłuk w rejonie arykbałyckim w obwodzie kokczetawskim (obecnie obwód północnokazachstański – aut.)», – opowiada Halina Hrypycz.

Akt urodzenia Haliny Hrypycz, z domu Greń, wydany w 1948 r. w Kazachstanie
Do obwodu chmielnickego rodzina mogła powrócić dopiero w 1948 r. Wielu Polaków pozostało jednak w Kazachstanie. Zdecydowała się tam zostać między innymi rodzina Marii Jurkowskiej, z domu Musiewicz, – cioci naszej rozmówczyni ze strony matki.

Rodzina Jurkowskich (krewni rozmówczyni ze strony matki, którzy nie wrócili z zesłania). Pierwsza po lewej – siostra Józefy Greń Maria Jurkowska, z domu Musiewicz. Kazachstan, 1975 r.
«Bardzo dobrze pamiętam, jak opuszczaliśmy Kazachstan. Miałam ropień na palcu. A kiedy mi go opatrzono, nie mogłam założyć palta: bolało tak bardzo, że nie mogłam wsunąć ręki w rękaw. Pamiętam jeszcze, jak zatrzymaliśmy się na jakiejś stacji. Było tak wiele pociągów: jeden – w tamtą stronę, drugi – w tę. Przestraszyłam się i uciekłam. Szukano mnie, łapano. Dobrze pamiętam, jak w końcu przyjechaliśmy. Ze stacji Jampol do Worobijiwki szliśmy pieszo, to około 3–4 km. Pewnie ktoś przekazał, że przyjechaliśmy, bo wyszła nas powitać siostra taty, Janina. Wzięła mnie na ręce. Zabrała nas do swojego domu i nakarmiła» – opowiada pani Halina.

Marian Greń z synem Feliksem (po prawej). Worobijiwka, 1949 r.
Worobijiwka
Kiedy Józef i Marian Greniowie powrócili z zesłania, w ich domu mieszkała już inna polska rodzina. «Była to kobieta z trzema córkami. Miała na imię Elżbieta, a jej córki: Zofia, Maria i Anna. Zakwaterowano je w naszym domu, gdyż myślano, że nie wrócimy z Kazachstanu. We wsi mieliśmy również babcię Adelinę i wujka Jana z żoną Niną. Mieszkali razem. Pamiętam, że tata z mamą poszli do nich, aby nas przyjęli na jakiś czas. Faktycznie moja mama zwróciła się do swojej mamy. Babcia chciała, żebyśmy zostali, płakała. Gdzie, mówiła, będą mieszkać? Ale wujek Jan kategorycznie odmówił. I tak się złożyło, że przyjęła nas Paulina – pierwsza żona wujka Jana. Była to dobra kobieta. Mieszkała w drugiej połowie tego domu, miała kuchnię i pokój. I wszyscy u niej razem zakwaterowaliśmy. Nie pamiętam dokładnie, jak długo, ale przez jakiś czas tak właśnie mieszkaliśmy razem» – mówi Halina Hrypycz.
Wspomina, że w Kazachstanie rodzice rozmawiali w domu po polsku: «Do szóstego roku życia nie umiałam mówić po ukraińsku. Mówiłam po polsku. Przyjechaliśmy do Worobijiwki. W końcu się zadomowiliśmy. W sąsiedztwie mieszkała rodzina, w której dorastał chłopiec nieco starszy ode mnie. Miał na imię Ołeś. Pewnego razu przyszedł do nas, żeby nas poznać. Pamiętam, że zapytałam go: «Ile masz lat?» A on odpowiedział: «Mamy dwoje cieląt». Nie zrozumiał, o co go pytałam, ponieważ nie znał języka polskiego. Potem nauczyłam się języka ukraińskiego. A moi rodzice zaczęli mówić w domu tylko po ukraińsku. Ale modlitw uczono mnie w języku polskim. Mama podkreślała też, że trzeba się modlić zarówno rano, jak i wieczorem. Nadal modlę się tylko po polsku, chociaż na przykład modlitwy różańcowe znam zarówno po polsku, jak i po ukraińsku».
Rodzina Greniów obchodziła święta według kalendarza katolickiego. Na przykład na Boże Narodzenie dzielili się opłatkiem, gotowali kutię, a na Wielkanoc malowali jajka, piekli babki i ciasta. «W Boże Narodzenie na stole rozkładano obrus, a pod nim kładziono siano. I dopiero wtedy stawiało się potrawy. Kutia, galareta, pieczone mięso. Dzień wcześniej dzieliliśmy się opłatkiem. Skądś był przekazywany na wieś i ludzie się z nami dzielili» – dodaje pani Halina.
Jeszcze przed II wojną światową w Jampolu był kościół, do którego wierni z Worobijiwki chodzili na msze, ale sowieci zamknęli kościół i zamienili go w magazyn. Później świątynia została całkowicie zniszczona. «Zostałam ochrzczona, gdy miałam siedem lat. W tym czasie kościół w Jampolu już nie działał. Ale była jeszcze parafia w Krzemieńcu. Pojechaliśmy więc tam. Pamiętam, że mama uszyła dla mnie białą perkalową sukienkę specjalnie z okazji chrztu. Moi rodzice chrzestni pochodzili z Krzemieńca. Na bierzmowanie jeździliśmy z mamą już do kościoła w Połonnem. Miałam wtedy około 14 lat. Jechaliśmy samochodem, musieliśmy spędzić noc w kościele, a rano ksiądz udzielał sakramentu. Do bierzmowania wybrałam sobie imię Maria.
Brat mojego ojca, wujek Piotr, przyjaźnił się kiedyś z księdzem z Jampola. Kiedy sowieci zamknęli kościół, chcieli aresztować księdza, ale udało mu się uciec. Ponieważ wujek Piotr z nim się przyjaźnił, został zatrzymany. Bito go, mówiono: «Wiesz, gdzie on jest». Jak mi powiedziano, mój wujek był torturowany prądem. Jego żonę i dzieci wywieziono, nikt nie wie, gdzie. Mieli dwóch synów» – mówi nasza rozmówczyni.
W obwodzie chmielnickim jej rodzice zostali zmuszeni do pracy w kołchozie. Marian opiekował się końmi, a Józefa pracowała na kołchozowym polu. Halina w bardzo w młodym wieku również zaczęła pracować.
«Robiliśmy wszystko. Życie mieliśmy ciężkie. Pracowałam od dziecka: pasłam cielęta zaraz po szkole, pieliłam buraki – robiłam wszystko, co mi kazano. Pamiętam, jak wracałam do domu, musiałam iść do ogrodu, kopać i pielić. Było dużo pracy. Ania była jeszcze mała. Mama nie miała urlopu macierzyńskiego. Dostawało się przydział i trzeba było się z niego wywiązać. Więc ojciec brał kołyskę wiklinową i kładł ją na wóz. Zabierał mamę i Anię na pole, robił namiot nad kołyską. «Tata cały czas jeździł konno. Mieszkaliśmy na skraju wsi, w naszym własnym zakątku nad rzeką. Czasami ojciec pozwalał koniom paść się na brzegu, niedaleko naszego domu. Był też jeden krnąbrny koń. Kiedy ojciec nie mógł go złapać, żeby go zaprząc, wołał mnie. Bardzo lubiłam konie. I byłam bardzo szybka. Koń po prostu się pochylał, a ja łapałam go za grzywę».

Halina Hrypycz z przyjaciółkami Olgą i Lubą. 1962 r.

Od lewej: Anna z rodzicami Józefą i Marianem Greniami, swoim mężem i teściową

Ślub Feliksa i Oleny Greniów. Worobijiwka, 1958 r.
Kostopol
Po ukończeniu szkoły Halina Hrypycz rozpoczęła naukę w szkole zawodowej w Dubnie, a następnie przeniosła się do szkoły w Kostopolu. Tu poznała swojego przyszłego męża Leonida (ur. w 1946 r.). Pobrali się w 1964 r. Urodziło się im troje dzieci: Walentyna, Leonid i Olga.

Halina Hrypycz

Halina (pierwsza po lewej) i Leonid (trzeci po lewej) Hrypyczowie. 2008 r.

Halina Hrypycz trzyma swój portret oraz portret męża Leonida. Kostopol, 2025 r. Fot. Olga Szerszeń
«W latach 90., kiedy w Kostopolu zarejestrowano parafię katolicką, zaczęłam chodzić na mszę razem z miejscowymi Polakami katolikami. Wtedy też dołączyłam do miejscowego Towarzystwa Kultury Polskiej.
Kiedy poznałam ks. Władysława Czajkę, powiedziałam mu, że mam duże ikony ślubne moich rodziców, które zabrali ze sobą do Kazachstanu, a następnie przywieźli z powrotem. Mój mąż zrobił dla nich solidne drewniane ramy i umieścił obrazy pod szkłem. Zapytałam ks. Władysława, czy mogę mu przekazać te ikony. Postanowiłam mu je oddać. Pomyślałam: kto wie, jak potoczy się życie? Ksiądz odpowiedział: «Proszę przynieść». Owinęłam je obrusem i przyniosłam do naszego kościoła. Ledwo dałam radę, gdyż są bardzo ciężkie. Ks. Władysław bardzo się ucieszył. Powiedział, że umieści je w bibliotece. I zabrał do Równego. A ja z kolei ucieszyłam się, że je przyjął» – opowiada pani Halina.
Na początku lat 2010. wraz z innymi parafiankami kościoła Najświętszego Serca Jezusa w Kostopolu, w towarzystwie proboszcza ks. Andrzeja Parusińskiego odwiedziła Polskę. Przez tydzień grupa podróżowała po różnych miastach, zwiedzała najważniejsze polskie świątynie.
«Było nas osiem uczestniczek pielgrzymki. Pamiętam, że jechały ze mną m.in. Maria Smolijczuk, Leonida Łaszewicz, Ludmyła Marczuk, Antonina Kapłańska, Walentyna Ostapenko. Było to prawdopodobnie w 2012 r. Ksiądz towarzyszył nam wszędzie. Byliśmy między innymi w katedrze na Wawelu w Krakowie, gdzie spoczywają prezydent Lech Kaczyński i jego małżonka Maria. A w Warszawie spotkałam się z moją przyjaciółką z dzieciństwa – Zosią, która wraz z mamą i dwiema siostrami mieszkała w naszym domu w Worobijiwce, kiedy powróciliśmy z Kazachstanu. Potem przeniosła się do Polski» – wspomina Halina Hrypycz. Dodaje, że właśnie wtedy, dzięki parafii w Kostopolu, po raz pierwszy odwiedziła Polskę. Pomimo poważnego wieku, nasza rozmówczyni co niedzielę chodzi do kościoła, wspólnie z innymi parafianami uczestniczy także w mszach z okazji różnych świąt.

Parafianki kościoła w Kostopolu podczas pielgrzymki do Polski. Ok. 2012 r.
Olga Szerszeń
Zdjęcia z rodzinnego archiwum Haliny Hrypycz
Na głównym zdjęciu: Zdjęcia z rodzinnego archiwum Haliny Hrypycz. Kostopol, 2025 r. Fot. Olga Szerszeń
***
