«Polaków u nas, w Nowej Borowej na Żytomierszczyźnie, było wielu. W mojej klasie chyba z połowa uczniów była Polakami, a druga – Ukraińcami» – mówi Ludmiła Wysocka, z domu Rusecka.
Nasza rozmówczyni urodziła się w 1962 r. we wsi Lisobuda. Dzisiaj jest to rejon korosteński w obwodzie żytomierskim. W wieku pięciu lat przeniosła się z rodzicami do Nowej Borowej (obecnie rejon żytomierski). Teraz z mężem Walentym (jego rodzinną historię «Monitor Wołyński» opisał w poprzednim numerze) mieszka w Zdołbunowie w obwodzie rówieńskim. Jest parafianką kościołów zarówno miejscowego, jak i rówieńskiego, a także członkinią Towarzystwa Kultury Polskiej Ziemi Zdołbunowskiej.
«Dziadka zabrano, gdy mama miała półtora roku»
Dziadkowie ze strony matki Ludmiły – Tekla Gongało, c. Franca (ur. 1901) i Józef Wachowski, s. Franca – mieli cztery córki: Albinę (ur. 1927), Marię (ur. 1929), Halinę (ur. ok. 1930) i Nadię (1935–2023, matka naszej rozmówczyni). Rodzina najpierw mieszkała w chutorze w pobliżu Lisobudy, a potem przeniosła się na wieś.
«Z tego, co mi wiadomo, dziadek pracował na farmie. W 1937 r., kiedy mama miała półtora roku, dziadka zabrano. Dopiero pod koniec lat 70. – na początku 80. przyszło zawiadomienie, że został represjonowany i rozstrzelany w Żytomierzu. Babcia została sama ze czterema córkami. Do końca wojny mieszkały w chutorze, a potem przeniosły się do Lisobudy. Podczas wojny pocisk zniszczył część ich domu… Mama była uważana za dziecko wroga ludu. Dorastała z takim piętnem» – mówi Ludmiła.
Józef Wachowski, jest na liście represjonowanych «Zrehabilitowani przez historię. Obwód żytomierski» (Księga 1, s. 602). Podano tam, że urodził się w 1904 r. we wsi Wolanszczyna we Włości Horoszkowskiej w powiecie żytomierskim (obecnie Hromada Horoszów w rejonie żytomierskim).
«Polak, małopiśmienny, pracownik przyjęcia dostaw w zakładzie drobiowym. Został aresztowany 28 listopada 1937 r. Oskarżony o udział w kontrrewolucyjnym dywersyjno-powstańczym ugrupowaniu. Zgodnie z postanowieniem NKWD ZSRR i prokuratora ZSRR z 16 grudnia 1937 r. został rozstrzelany w dniu 29 grudnia 1937 r. Zrehabilitowany w 1957 r.» – czytamy w księdze.
«Babcię Teklę pamiętam jak była już w leciwym wieku. Mieszkała ze swoją najstarszą córką Albiną. Babcia zawsze była zmarznięta. Pamiętam, kiedy latem biegaliśmy pływać, siedziała przy płocie w walonkach. Zawsze było jej zimno» – mówi Ludmiła.

Matka Ludmiły u góry. Na dole od lewej: babcia Tekla i dwaj bracia ojca: Anatol i Witold. Ludmiła przedostatnia. Nowa Borowa

Tekla Wachowska, Jan Rusecki i jego synowie Mikołaj, Anatol i Witold
«Tata urodził się w Kazachstanie»
Dziadkowie ze strony ojca – Teofilia (ur. 1916) i Jan (ur. 1899) Ruseccy – wychowywali trzech synów: Anatola, Witolda i Mikołaja (1936–2022, ojciec Ludmiły). Rodzina mieszkała na Żytomierszczyźnie. Jak zaznacza nasza rozmówczyni, jej dziadek pracował na kolei w Korosteniu.
«Rodzina została zesłana do Kazachstanu. Nie wiem, kiedy dokładnie tam dotarli. Wiadomo jest, że ojciec urodził się tam, w Kazachstanie, a na Żytomierszczyznę wrócili, gdy był już chłopcem. Dziadkowie mieli jeszcze dwie córki, ale zmarły bardzo wcześnie, podobno w drodze z Kazachstanu. Wracając na ojcowiznę, rodzina przez jakiś czas zatrzymała się na Powołżu, tam przeżyli głód. W końcu dotarli tutaj, na Żytomierszczyznę, urządzili się najpierw gdzieś w chutorze, a potem – w Lisobudzie. Dziadek znowu pracował na kolei. O zesłaniu w rodzinie się nie mówiło. Myślę, że nie opowiadali nam wszystkiego, bo się bali – nie chcieli, abyśmy, dzieci, coś komuś powiedziały» – zastanawia się Ludmiła.
Wspomina, że to babcia Teofilia uczyła ją modlitw po polsku. «Babcia była bardzo pobożna. Pamiętam, jak co niedzielę zbierały się u niej starsze kobiety, brały modlitewnik i modliły się w pokoju przez godzinę – półtorej. Jeszcze przed szkołą jeździłam z babcią do Żytomierza. Zabierała mnie do kościoła Świętej Zofii. To tam zostaliśmy z bratem ochrzczeni. Moją matką chrzestną jest ciocia Albina, siostra mojej matki.
Wzięli ślub po 33 latach
Rodzice naszej rozmówczyni – Nadia Wachowska i Mikołaj Rusecki – pobrali się w 1960 r. Oprócz córki Ludmiły urodził się im syn Mikołaj (ur. 1960).

Ślub rodziców Ludmiły, Nadi Wachowskiej oraz Mikołaja Ruseckiego. 1960 r.

Ślub rodziców Ludmiły. Obok panny młodej jej siostra Halina. 1960 r.
«Po zawarciu małżeństwa mieszkali przez jakiś czas z rodzicami ojca w Lisobudzie. Pracowali w kołchozie. A kiedy brat miał około półtora roku, rodzice zostawili go u babci Tekli i pojechali do Kazachstanu do krewnych. Wtedy mówili – zagospodarowywać nieużytki. Chcieli dorobić, wyrwać się z kołchozu. Jednak nie byli tam długo. Matka zaszła mną w ciążę i wrócili do domu.
Ojciec ukończył kurs na traktorzystę: chodził na piechotę do Korostenia, a to około 20 km w jedną stronę. Pracował na koparce i ciągniku. Brał udział w likwidacji skutków katastrofy Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej. Mama była krawcową, przez całe życie pracowała w zakładzie krawieckim» – mówi pani Ludmiła.
Z Lisobudy do Nowej Borowej Ruseccy przeprowadzili się około 1967 r. Święta, w szczególności Wielkanoc, rodzina spędzała głównie u krewnych Mikołaja. «Wielkanoc, Boże Narodzenie staraliśmy się obchodzić po katolicku. Rodzice bali się, żebyśmy nikomu tego nie wygadali: na święta nauczyciele chodzili po kościołach i cerkwiach, pilnowali uczniów. Pamiętam, że na Wielkanoc zawsze jeździliśmy do Lisobudy do rodziców taty. Przyjeżdżali też wujkowie ze swoimi rodzinami. A na Boże Narodzenie zawsze mieliśmy w domu choinkę».
Nadii i Mikołajowi Ruseckim udało się w końcu wziąć ślub kościelny na początku lat 90., kiedy to w Nowej Borowej otwarto nowo wybudowany kościół Matki Bożej Bolesnej. Na wszelkie sposoby pomagali przy budowie świątyni. Mikołaj już po otwarciu kościoła, dopóki miał zdrowie, wspierał proboszcza w sprawach gospodarczych, na przykład ogrzewał pomieszczenie.
«Zaraz po zawarciu małżeństwa, czyli w 1960 r., rodzice nie mogli wziąć ślubu kościelnego. Takie były czasy. Wzięli po ponad 30 latach, w 1993 r., kiedy to w Nowej Borowej otwarto kościół katolicki. Nikomu niczego nie powiedzieli, zebrali się cichutko we dwoje i wzięli ślub przed Panem. Powiedzieli nam już po ceremonii» – dzieli się swymi wspomnieniami Ludmiła.

Надія та Микола Русецькі з сином Миколою і донькою Людмилою

Nadia i Mikołaj Ruseccy z synem Mikołajem i córką Ludmiłą

Nadia i Mikołaj Ruseccy

Nadia Rusecka z d. Wachowska

Mikołaj Rusecki z prawnuczką
«Zawsze wiedziałam, że jestem Polką»
Nasza rozmówczyni przypomina sobie, że w latach jej dzieciństwa w Nowej Borowej mieszkało sporo Polaków. «Zawsze wiedziałam, że jestem Polką. W mojej klasie chyba z połowa uczniów była Polakami, a druga – Ukraińcami. W okolicznych wsiach, o ile mi wiadomo, mieszkali niemal wyłącznie Polacy. Wszyscy trzymali się razem. Nie było żadnych sporów lub konfliktów».
Ludmiła opowiada, jak poznała swojego przyszłego męża Walentego Wysockiego (ur. 1960): «Ukończyłam szkołę i poszłam do pracy jako pakowaczka w aptece. Apteka znajdowała się w dzielnicy, w której mieszkał Walenty. W tym czasie uczył się na kursach na prawo jazdy. Zwróciliśmy na siebie uwagę w parku. Raz się tam minęliśmy, drugi, trzeci. A na czwarty on mówi: „Poznajmy się już”. Tak zaczęliśmy się ze sobą spotykać».
Ludmiła ukończyła szkołę farmaceutyczną w Żytomierzu, a Walenty – Instytut Inżynierów Gospodarki Wodnej w Równem. Pobrali się podczas studiów, w 1983 r. Następnie urządzili się w Kwasiłowie w pobliżu Równego. Ludmiła przez całe życie pracuje jako farmaceutka. Małżonkowie mają dwoje dzieci i troje wnuków.

Ludmiła i Walenty Wysocki

Rodzina Wysockich. Ludmiła i Walenty z dziećmi i wnukami
«Dzieci ochrzciliśmy w kościele Świętej Zofii w Żytomierzu, gdzie mnie też ochrzczono. A ślub wzięliśmy w 2007 r. w rówieńskim kościele Świętych Apostołów Piotra i Pawła. Kiedy z mężem zaczęliśmy chodzić do kościoła, ks. Grzegorz Draus zapytał kiedyś Walentego, czy wziął ślub. Kiedy usłyszał, że nie, odpowiedział, że powinniśmy wziąć ślub w kościele. Od tego czasu mąż zaczął mnie urabiać (uśmiecha się – red.).
Podeszliśmy do ks. Władysława Czajki, powiedzieliśmy, że chcemy wziąć ślub kościelny. Odpowiedział: „Weźcie swoje paszporty i przyjdźcie do mnie jutro”. Myśleliśmy, że już zaraz weźmiemy ślub. Jednak, kiedy przyszliśmy następnego dnia, okazało się, że najpierw trzeba odbyć nauki. Prowadziła je głównie siostra Julia. Pamiętam, jak powiedziała, że najważniejsze jest, byśmy nie tylko wzięli ślub, ale nadal chodzili do kościoła.
Pamiętam też, że spowiedź przed ślubem mieliśmy w środku nocy. Rozmawialiśmy z ks. Grzegorzem. Nigdy tego nie zapomnę: kościół w półmroku, tylko stłumione światło gdzieniegdzie i cisza taka, że można jej dotknąć. Wciąż mam przed oczami ten obraz. To jest coś, czego się nie zapomina» – dzieli się wspomnieniami Ludmiła.
Teraz chodzą z mężem do kościoła w Zdołbunowie, a kiedy mają możliwość – jeżdżą na msze święte do Równego. Od kiedy mieszkają w Zdołbunowie, są członkami miejscowego Towarzystwa Kultury Polskiej.
Olga Szerszeń
Zdjęcia pochodzą z rodzinnego archiwum Ludmiły Wysockiej
Na głównym zdjęciu: Ludmiła Wysocka. Zdołbunów, 2025 r.
***
