«Fascynuje mnie znajdywanie krewnych, których od dawna nie widziałam lub w ogóle nie znałam, i śledzenie, wyłapywanie wspólnych cech. Możesz nie znać człowieka, nie rozmawiać z nim przez lata, ale pokrewieństwo trwa» – mówi Natalia Urbańska (z domu Mszaniecka) z Tarnopola.
Nasza rozmówczyni jest malarką i aktywną członkinią Polonijnego Stowarzyszenia Kulturalno-Oświatowego w Tarnopolu. Dziś «Monitor Wołyński» przedstawia jej rodzinną historię, która rozciąga się od Krzemieńca do Buenos Aires.
Żydowski dom w centrum Krzemieńca
Dziadkowie Natalii Urbańskiej ze strony matki to Dominika (ur. 1921, z domu Pasieka) i Bronisław (ur. 1914) Bielicowie z miejscowości Wolica w rejonie krzemienieckim. Tam poznali się i pobrali, a następnie przenieśli się do Krzemieńca. Urodziły się im dwie córki: Stefania (ur. 1939) i Stanisława (ur. 1942), matka Natalii Urbańskiej.

Na dole Bronisław Bielica z córkami Stanisławą, Stefanią i żoną Dominiką. Na górze brat Dominiki Tymoteusz Pasieka z żoną i szwagrem. Koniec lat 40.
«Rodzice dziadka Bronisława – Ewa i Elias Bielicowie – zmarli wcześnie. On ze starszym bratem, również Eliasem, zostali sierotami. Dziadek miał wówczas siedem lat, a jego brat – 14. Dorastali u wujka. Ten miał swoje dzieci, a dzieci usynowione traktował inaczej. Po pewnym czasie Elias wyjechał. Wówczas zachęcano do wyjazdu do Argentyny i Kanady. Za oceanem obiecywano ziemię i pracę. Mówiono, że po wsiach jeździł samochód rekrutujący ludzi. Elias wsiadł właśnie do takiego samochodu. I tyle – dziadek już go nie zobaczył. Bardzo tęsknił za bratem. Mówił, że długo mu się śniło, jak Eliasa zabiera samochód, jak jedzie polną drogą, kurzy się, a on biegnie za nim, płacze i woła brata. Często miał ten sen, nawet w wieku dorosłym» – mówi Natalia.
Bronisław i Dominika Bielicowie mieszkali w centrum Krzemieńca z wujkiem Dominiki – wdowcem Danielem Pasieką. «Nie miał dzieci. Pracował u Żyda, który miał dom gościnny. Przed wybuchem II wojny światowej wielu Żydów sprzedawało swoją własność i wyjeżdżało. Daniel kupił od pewnego Żyda dom. Tam wszyscy mieszkali.

Daniel Pasieka, siedzi
W czasie wojny w Krzemieńcu spalono wiele żydowskich domów, a na miejscu, gdzie obecnie znajduje się Park Tarasa Szewczenki, było getto. Babcia, która mieszkała w pobliżu, widziała, jak spędzano tam Żydów, a potem prowadzono na egzekucję. Wspominała, że przychodziła do niej jakaś kobieta, namawiała, by pójść i poszukać: może coś cennego po Żydach zostało, jakieś złoto. Babcia odmówiła. Mówiła, że ta kobieta słono zapłaciła za ten uczynek.
Wiem, że w czasie wojny rodzina babci ukrywała się w lasach. By uchronić moją mamę, oddano ją jeszcze jako niemowlę na wieś do jakiejś krewnej. Przekazano ją podobno w koszyku, by nikt nie zobaczył. Przez rok mama nie mieszkała z rodzicami. Kiedy babcia Dominika znowu zobaczyła córkę, ta już nazywała mamą tamtą kobietę – krewną» – mówi Natalia.
Jej dziadek Bronisław Bielica walczył w Wojsku Polskim. Został powołany w kwietniu 1944 r. «Z tego co wiem, doszedł do Pragi. Po wojnie jeszcze przez rok był w Warszawie, zapraszał babcię do siebie, ale nie chciała wyjechać ze względu na krewnych. Ponieważ odmówiła, dziadek wrócił. Jego przyjaciel, ojciec chrzestny mojej matki, z którym byli razem w wojsku, został w Warszawie. Do Polski wyjechała także kuzynka babci, Frosia».

Bronisław Bielica (siedzi po lewej stronie) z kolegami z wojska. Ok. 1944 r.

Bronisław Bielica. Połowa lat 40. XX w.
Kościół zastąpił rodziców
Po powrocie do Krzemieńca Bronisław Bielica dostał pracę w Instytucie Pedagogicznym. Przez około 30 lat pracował jako prorektor ds. gospodarczych. Jego żona Dominika opiekowała się domem, gospodarstwem, dbała o chorego wujka Daniela.
«Mama opowiadała trochę o swoim dzieciństwie. Mówiła, że mój pradziadek w Wolicy miał dużo ziemi i lasów, zatrudniał pracowników do prac sezonowych. Cudem nie został wysłany na Syberię. Prawdopodobnie udało mu się uniknąć represji sowieckich, ponieważ cała ziemia była zapisana na różnych krewnych. Mama wspominała, że jako wnuczka bogatego gospodarza na dożynki była ładnie ubierana, zakładano jej wieniec i prowadzono przed tłumem. Wszyscy przy tym śpiewali.
Wiem, że dla najstarszej córki Stefanii pradziadek najmował nauczycielkę, by uczyła ją języka polskiego, ale dla mojej matki już nie. Pewnie nie chciał już ryzykować. Dlatego moja matka, choć słyszała w rodzinie i ukraiński, i polski, i rosyjski, nie uczyła się pisać po polsku» – mówi Natalia.

Pierwsza Komunia Stefanii Bielicy. Krzemieniec, 1949 r.

Stanisława Bielica po lewej stronie. Połowa lat 40. XX w.
Według niej rodzina nawet w czasach radzieckich chodziła do kościoła, mimo że dziadek Bronisław Bielica pracował w Instytucie. Obchodzili również święta katolickie, śpiewali polskie kolędy.
«Dziadek zawsze chodził do kościoła i jak mógł starał się wspomagać świątynię. Studenci rysowali jego karykatury: że niby jest na tyle zacofany, że chodzi do kościoła. Jasne, że to go raniło. W tamtych latach proponowano mu wstąpienie do partii komunistycznej, by mógł awansować zawodowo, ale odmawiał. Mówił, że kościół pewnego czasu zastąpił mu rodziców, dlatego nie może porzucić wiary, bo w ten sposób straci więź z rodzicami.
Dziadek zabierał mnie do kościoła, kiedy przyjeżdżałam do Krzemieńca. Pamiętam, jak spotkaliśmy starsze kobiety, jak szliśmy na mszę, i od razu usłyszałam język polski. Generalnie z dzieciństwa w Krzemieńcu mam tylko miłe wspomnienia. Jest to bardzo ładne miasto. Spędzałam tam wakacje i weekendy. Z ogrodu dziadków otwierał się wspaniały widok na górę Bonę.

Bronisław i Dominika Bielicowie z córkami Stefanią (po lewej) i Stanisławą przed swoim domem. Krzemieniec, 1956 r.
Szczególnie dobry kontakt miałam z dziadkiem Bronisławem. Miał bardzo dobre serce. Prawdopodobnie to dzięki niemu chciałam, by moje dzieci znały język polski i tradycje. W taki sposób oddaję hołd jego pamięci. Dodam, że moje urodziny są 12 listopada, a dziadka – 15 listopada, dlatego świętowanie rozciągało się w naszej rodzinie na trzy dni: zaczynaliśmy dwunastego w Tarnopolu, a kończyliśmy piętnastego w Krzemieńcu» – wspomina nasza rozmówczyni.
Dodaje, że w latach odwilży dziadkowie nie wyjeżdżali do rodziny za granicę, jednak gościli krewnych z Polski, w szczególności kuzynkę Dominiki Frosię z mężem i dziećmi.

Bronisław Bielica na schodach swojego domu. Krzemieniec, lata 50. XX w.

Dominika Bielica. 1954 r.

Bronisław i Dominika Bielicowie. Krzemieniec, lata 50. XX w.

Dominika Bielica (w centrum, trzyma chrześniaczkę) z mężem i przyjaciółkami. Krzemieniec, 1958 r.

Kuzynka Dominiki Bielicy Frosia
Gałąź argentyńska
Bracia Elias i Bronisław Belicowie, kiedy pierwszy z nich wyjechał do Argentyny, przez jakiś czas pisali do siebie listy. «Nawet moja mama pamięta, że przychodziły paczki z jakimiś rzeczami, na przykład z chustami. Później, z obawy przed prześladowaniami, dziadek poprosił brata, by do niego już nie pisał. Tak kontakt między nimi się urwał. Potem były próby jego wznowienia, ale się nie powiodły» – mówi Natalia.
Oprócz Eliasa Bielicy do Argentyny swego czasu wyjechali krewni Dominiki, czyli rodzina naszej rozmówczyni ze strony Pasieków. «Do Argentyny wyjechała kuzynka babci Dominiki. I tak się złożyło, że w Buenos Aires poznała Eliasa Bielicę, a później wyszła za niego za mąż. Mieli czworo dzieci. Kiedy Elias wysłał dziadkowi zdjęcie ślubne, babcia poznała na nim swoją kuzynkę».
W latach 90. matka naszej rozmówczyni Stanisława Mszaniecka próbowała odnaleźć swoich krewnych w Argentynie za pomocą Czerwonego Krzyża. Otrzymała odpowiedź z adresem zamieszkania kuzyna Carlo, syna Eliasa Bielicy.
«Mama pisała listy na ten adres, ale zostawały bez odpowiedzi. Już później dowiedzieliśmy się, że w adresie był błąd. Mój mąż Mychajło był w Argentynie na początku lat 2010. Brał udział w nagrywaniu programu „BUM. Bitwa ukraińskich miast”. I pokazał ten list od Czerwonego Krzyża miejscowej tłumaczce. Od razu zauważyła błąd, poprawiła go i znalazła w książce telefonicznej numer Carlo. Jednak nawet wtedy nie udało wznowić kontaktu. Gdy Carlo odebrał telefon, powtarzał w kółko: „Nie mamy żadnych roszczeń”.
Jak później się dowiedzieliśmy, nasi krewni musieli od lat okresowo zgłaszać się do ambasady ZSRR i pisać oświadczenia, że nie mają żadnych roszczeń majątkowych wobec Związku Radzieckiego. Czyli krewni zarówno w Krzemieńcu, jak i w Buenos Aires bali się prześladowań systemu totalitarnego» – mówi Natalia.
Wznowić kontakt z krewnymi z Argentyny rodzinie naszej rozmówczyni udało się dopiero w 2019 r. Na Wielkanoc odezwała się Veronica Nicoli, wnuczka emigrantów Ulany i Stepana Pasieków z Wolicy. «Czyli jest to dalsza kuzynka mojej matki Stanisławy. Jej ojciec jest Włochem, a matka – Ukrainką. Po śmierci matki Veronica postanowiła dowiedzieć się więcej o własnych korzeniach w Ukrainie. Miała przyjechać do Tarnopola, ale najpierw na przeszkodzie stanął covid, a teraz – pełnoskalowa wojna.
W Argentynie jest wielu naszych krewnych. Przestrzegają naszych tradycji, wiedzą, że mają ukraińskie i polskie pochodzenie. Regularnie kontaktujemy się w sieciach społecznościowych. Zachwyca mnie, gdy odkrywamy jakieś podobieństwa» – zwraca uwagę Natalia.

Elias Bielica z żoną. Buenos Aires

Dzieci Eliasa Bielicy: Susanna, George i Carlo. Buenos Aires
Całe życie śpiewali
Dziadkowie Natalii ze strony ojca – Helena (z domu Omelan) i Andrij Mszanieccy – pochodzą ze wsi Iwanczany w rejonie zbaraskim (obecnie rejon tarnopolski). Mieli bliźniaki, jednak przeżył tylko syn Bogdan (1939–2018, ojciec Natalii Urbańskiej), córka zmarła w wieku trzech miesięcy. W 1951 r. rodzina przeniosła się do Tarnopola.
«Dziadek Andrij kierował chórem w Iwanczanach, a babcia Helena w nim śpiewała. Całe swoje życie śpiewali. W domu było dużo śpiewników. My z rodzicami, jadąc do Krzemieńca, zawsze śpiewaliśmy w samochodzie.

Chór «Kameniari» w Iwanczanach, 1937 r. W środku siedzi Andrij Mszaniecki, za nim stoi jego przyszła żona Helena Omelan

Prababcia Natalii Urbańskiej ze strony ojca, matka babci Heleny Mszanieckiej, 1955 r.
Wiem, że dziadek Andrij miał złote ręce. Nie został powołany do wojska w czasie wojny, ponieważ naprawiał sprzęt, samochody, był kierowcą. Po przeprowadzce do Tarnopola pracował w zakładzie produkcyjnym. Umiał pracować z drewnem, rzeźbić, robić ramy. A babcia Helena zajmowała się rękodziełem, dużo haftowała. Od niej dostałam dwie poduszki z szerokimi haftowanymi wstawkami. Jest tam taki tradycyjny dla Podola geometryczny wzór. Dokupiłam płótno i uszyłam z tych wstawek koszulę. I pewnego dnia na starym zdjęciu rozpoznałam ten wzór. Okazało się, że najpierw była to haftowana koszula, ale babcia przestała ją nosić, więc przerobiła na poduszki. Nie wiedząc tego, znowu zrobiłam z nich haftowaną koszulę» – mówi Natalia.
Jej rodzice – Stanisława Bielica i Bogdan Mszaniecki – poznali się w latach studenckich. Oboje studiowali w Tarnopolskim Instytucie Medycznym. Byli w jednej grupie. «Tata wówczas grał w orkiestrze na trąbce. Mama opowiadała, że kiedy studentów zapędzano na zbiory ziemniaków, to wszyscy pracowali, w tym ona, a tata z orkiestrą stwarzali klimat».
Stanisława i Bogdan pobrali się w 1965 r. Urodziło się im dwoje dzieci: syn Serhij (ur. 1966) i córka Natalia (ur. 1975, nasza rozmówczyni).

Zaproszenie na ślub Stanisławy Bielicy i Bogdana Mszanieckiego. 1965 r.
«Rodzice przez całe życie pracowali jako lekarze. Matka jako terapeutka, a ojciec jako ftyzjatra. Brat również został lekarzem. Ja natomiast zajęłam się tradycjami ludowymi» – mówi Natalia.

Stanisława i Bogdan Mszanieccy z córką Natalią (po ślubie Urbańska), synem Serhijem i wnuczką Witą. Tarnopol, 2014 r.
«Chciałam, żeby moja córka znała polski»
Natalia Urbańska ukończyła Wydział Artystyczno-Pedagogiczny Rówieńskiego Państwowego Uniwersytetu Humanistycznego na kierunku «Sztuka dekoracyjna i użytkowa». Przez około 25 lat pracowała w różnych placówkach oświatowych w Tarnopolu, w szczególności w szkołach artystycznych.
Wyszła za mąż za Mychajła Urbańskiego. Ma z nim dwie córki: Witę i Katerynę.
Od 10 lat jest aktywną członkinią Polonijnego Stowarzyszenia Kulturalno-Oświatowego w Tarnopolu. Organizuje i prowadzi warsztaty dla dzieci i dorosłych, wraz z córkami bierze udział w konkursach, koloniach i polsko-ukraińskich wymianach.
«O działalności Stowarzyszenia dowiedziałam się przez przypadek. Szukałam dla starszej córki kursu języka polskiego, bo chciałam, żeby go znała. Tak właśnie trafiłam do Stowarzyszenia, które zrzesza ludzi o polskim pochodzeniu. Zaczęłam chodzić na zajęcia, by szlifować język polski, a jednocześnie – na różne wydarzenia. Po jakimś czasie dołączałam już do organizacji kolejnych akcji i uroczystości w organizacji. Mamy wiele kreatywnych projektów z dziećmi i dorosłymi. Wycinanki, malarstwo, malowanie na szkle, pisanki. Konkursy, recytacje, wymiany, kolonie. Na przykład tego lata moja młodsza córka wzięła udział w obozie w Motyczu Leśnym, a ja byłam opiekunką grupy» – mówi Natalia.
Należy zauważyć, że córka naszej rozmówczyni Kateryna w tym roku otrzymała także wyróżnienie w konkursie «Być Polakiem», dlatego uczestniczyła w siedmiodniowej wycieczce i była obecna na uroczystości wręczenia nagród na Zamku Królewskim w Warszawie. Wygrała również drugi etap konkursu recytatorskiego «Słowem – Polska» i zdobyła pierwszą nagrodę w XXV Międzynarodowym Konkursie Literackim i Plastycznym dla Młodych Polaków Mieszkających poza Granicami Polski. Natomiast Natalia Urbańska w 2022 r. wygrała w konkursie «Polonijny Rodzic na 6», który jest organizowany przez Komisję Kulturalno-Oświatową «Szkoła Polska» w Portland.
Olga Szerszeń
Zdjęcia z rodzinnego archiwum Natalii Urbańskiej.
