Maria Fedorczuk połączyła swoje życie z dwoma miejscowościami w obwodzie rówieńskim: w Kostopolu urodziła się i spędziła większość życia, a w Topczy w Hromadzie Korzec stworzyła etnograficzny skarbiec.
Jest parafianką kościoła Najświętszego Serca Jezusa Chrystusa w Kostopolu oraz członkinią miejscowego Towarzystwa Kultury Polskiej. Dziś «Monitor Wołyński» przedstawia jej rodzinną historię.
Nie ma już wsi
Maria Fedorczuk (ur. 1958) pochodzi z polsko-ukraińskiej rodziny z Kostopola. Jest jedną z pięciorga dzieci Iwana Snitczuka, s. Petra (1923–1994) i Anny Trawczyńskiej, c. Władysława (1928–2001). Maria dorastała wraz z braćmi: Piotrem (ur. 1947), Mikołajem (ur. 1949) i Oleksandrem (ur. 1954). Jej siostra Halina (ur. 1952) zmarła jako niemowlę.
Dziadkowie ze strony matki – Władysław (ur. 1898) i Pestyna (ur. 1900) Trawczyńscy – mieli syna Mikołaja (ur. 1921) i trzy córki: Annę (matka naszej rozmówczyni), Marię (ur. 1933) oraz Antoninę (ur. 1940, o Antoninie Trawczyńskiej «Monitor Wołyński» pisał w kwietniu 2023 r.). Rodzina mieszkała w już nieistniejącej wsi Małe Siedliszcze k. Kostopola. Dziś na jej miejscu znajduje się Rówieński Poligon Wojskowy. Władysław pracował jako dmuchacz szkła, a Pestyna wychowywała dzieci i dbała o gospodarstwo.

Pośrodku matka Władysława Trawczyńskiego – Mariana. Po lewej – jej córka Stanisława. Po prawej – córka Maria

Władysław Trawczyński z żoną Pestyną (pierwsi od lewej strony). Siedzi matka Pestyny, Natalia
«Podczas II wojny światowej wujek Mikołaj został wywieziony do pracy w Niemczech. Po wojnie nie powrócił do domu, ponieważ znajomi powiedzieli mu, że cała rodzina zginęła. Zamieszkał we Wrocławiu. Więzy rodzinne udało się po jakimś czasie przywrócić. Przez długi okres korespondowałam nawet ze swoją kuzynką Jasią, córką wujka Mikołaja. Wysyłała mi pocztówki z artystami i znaczki.
Podczas wojny mama nosiła pocztę. Mówiła, że biegała w samych folowanych skarpetkach, bo nie miała żadnych butów. Dziadek został powołany do wojska dopiero pod koniec wojny. Mówiono, że pewnego razu został zatrzymany przez jakąś bandę, która rabowała ludzi. Powieszono go, ale gałąź pękła i się urwała. Został żywy. Babcia zaś była ranna w nogę, gdy Niemcy się wycofywali. Strzelił do niej jakiś Niemiec» – mówi pani Maria.
W 1950 r., kiedy zaczęła się budowa poligonu wojskowego, rodzina została zmuszona do przeprowadzki. Urządzili się w Kostopolu.
Maria Fedorczuk pamięta, że jej dziadek Władysław prenumerował polskie gazety, a kiedy mógł, odwiedzał krewnych w Polsce. «Dziadek był bardzo łagodny. Nie pamiętam, żeby chociaż raz podniósł głos lub powiedział coś złego. Kiedy przyjeżdżał z Polski, za to, że dobrze się uczyłam, przywoził mi wełnianą lub nylonową chustę» – mówi pani Maria. Babcię Pestynę przypomina sobie jako bardzo wesołą, żywą, mimo że po kontuzji zawsze miała bandaż na nodze.

Bracia Władysław i Bolesław Trawczyńscy

Pośrodku Władysław Trawczyński oraz jego siostra Maria (po ślubie Piórkowa)

Władysław Trawczyński z wnuczkami
600 marek niemieckich
Dziadkowie ze strony ojca – Petro (1893) i Jaryna Snitczukowie – mieszkali w Kostopolu. Wychowali czworo dzieci: Iwana (ojca naszej rozmówczyni), Mychajła, Marię i Anastazję.
«W starych księgach metrykalnych znalazłam zapis z 1897 r., a w nim imię i nazwisko Petro Snitka. Najprawdopodobniej jest to mój dziadek, ponieważ obok są wpisane imiona jego braci i siostry. W 1903 r. również pojawia się nazwisko Snitka. Najwyraźniej w późniejszym czasie władze radzieckie błędnie zapisały nazwisko i rodzina otrzymała nazwisko Snitczuk. Mówiono, że Snitkowie byli zielarzami» – wspomina Maria Fedorczuk.
Petro i Jaryna Snitczukowie pracowali na ziemi, mieli las i pole. «Pamiętam, że babcia była malutka, bardzo drobna. Nosiłam jej kamizelkę, kiedy chodziłam do piątej klasy» – mówi pani Maria.
Jej ojciec był ostarbeiterem, pracował w szczególności w kopalni w Niemczech. «Opowiadał, że jeśli ktoś nie uciekał, miał się podczas pracy dla Niemców całkiem dobrze. Wielu było u dobrych gospodarzy. Ojciec ze swoim przyjacielem Wasylem, również z Kostopola, jednak uciekł. Zostali złapani, osadzeni w więzieniu, pobici. Następnie wysłano ich do kopalni. Tam musieli ciężko pracować.
Opowiadał, że kiedy przyszli sowieci i Amerykanie, zwolniono ich i zaoferowano pracę. Amerykanie namawiali, żeby jechać za ocean pracować za dolary, a sowieci – do Radzieckiej Ukrainy za zboże. Tata opowiadał: policzyłem, że zboża wystarczyłoby dla całej rodziny, po co mi te dolary. Myślałem, że dobrze będzie tu mieszkać, a kiedy przyjechałem, zastałem tylko biedę» – dzieli się wspomnieniami Maria Fedorczuk.
Iwan Snitczuk i Anna Trawczyńska poznali się w Kostopolu po wojnie. «Ojciec pracował w młynie, a mama nosiła pocztę. W młynie zatrudniony był także dziadek Władysław. Pewnego razu mama przyszła do swojego taty. I tak poznała mojego ojca. W 1946 r. się pobrali. Przez jakiś czas mieszkali w Małych Siedliszczach z rodzicami, a następnie osiedlili się w Kostopolu.

Iwan i Anna Snitczukowie z dziećmi. Córka Maria na rękach u mamy. 1958 r.
Później Iwan pracował w kombinacie budowlanym, smolarni i zakładzie bazaltowym jako palacz. Anna była zatrudniona w sierocińcu i kołchozie.
Jak wspomina nasza rozmówczyni, ponieważ w dzieciństwie w Kostopolu nie było kościoła, spędzali Boże Narodzenie i inne święta w domu. Na Wigilię, na przykład, koniecznie dzielili się opłatkiem wysyłanym przez krewnych z Polski. «Nie odpoczywaliśmy. Niczego specjalnego nie gotowaliśmy. Jednak dobrze wiedziałam, że w tych dniach, czyli na święta, nie wolno pracować» – mówi pani Maria.
Na początku lat 90., kiedy Ukraina już była niepodległa, Iwan Snitczuk miał otrzymać z Niemiec pieniądze za to, że był ostarbeiterem. «Zbierał dokumenty, pisał listy. Bardzo się tym przejął. Jednak świadczeń się nie doczekał. Zmarł. Mama dostała za niego 600 niemieckich marek, gdzieś w 1994 r.»

Iwan Snitczuk z wnuczką. 1975 r.

W kręgu rodzinnym w Kostopolu. Na zdjęciu – krewni z Polski. Iwan i Anna Snitczukowie stoją pierwsi po lewej stronie. Ok. 1980 r.
Maria i jej muzeum
Nasza rozmówczyni studiowała w Lwowskiej Szkole Rolniczej oraz na Uniwersytecie Gospodarki Wodnej i Zasobów Naturalnych w Równem. Pracowała jako kierowniczka laboratorium w zakładzie materiałów bazaltowych i termoizolacyjnych w Kostopolu. W 1975 r. wyszła za mąż za Oleksandra Fedorczuka. Ma dwoje dzieci i pięcioro wnuków.

Ślub Marii i Oleksandra Fedorczuków. 1975 r.

Maria Fedorczuk z córką Tetianą. 1977 r.

Maria Fedorczuk z ciotką Antoniną Trawczyńską. 1974 r.
Oleksandr pochodzi z polsko-ukraińskiej rodziny Niny i Oleksandra Fedorczuków z Topczy. Dziadkowie ze strony matki nazywali się Melania i Josyp Kordonczukowie. Josyp był lekarzem. «Chodził na wezwania i pomagał ludziom. Około 1946 r. w którejś z pobliskich wsi został zakatowany na śmierć, wypalono mu gwiazdy na ciele. Nikt już nie powie, kto go zabił. Wiemy tylko, że został zakatowany między Żeleźnicą a Charaługiem (wsie w pobliżu Topczy, także w Hromadzie Korzec – aut.)» – mówi pani Maria.
W starej chacie w rodzinnej wsi teściów – Topczy – nasza rozmówczyni zorganizowała skarbiec etnograficzny «Maria i mrija zawsze obok siebie» (mrija – po polsku marzenie – tłum.).
Sama zgromadziła pokaźną kolekcję: ubrania ludowe, ręczniki, haftowane poduszki, tkane dywany, szydełkowane obrusy i serwetki, ikony, wyroby z drewna, instrumenty muzyczne, naczynia ceramiczne, przedmioty użytku codziennego i wiele innych. W pokojach wystawiono wiele rodzinnych eksponatów, a także przedmioty, które pani Maria kupowała w różnych obwodach lub dostawała od darczyńców.

Muzeum Marii Fedorczuk. Topcza, 2025 r.




Ekspozycja skarbca etnograficznego Marii Fedorczuk. Topcza, 2025 r.
Wszystko zaczęło się od spadku po matce, przypomina nasza rozmówczyni: «Przyjechaliśmy do rodziny męża w odwiedziny. Oleksandr zaproponował, byśmy kupili tu dom. Nabyliśmy go w 2007 r. Z czasem na podwórku przebudowaliśmy letnią kuchnię, w niej mieszkaliśmy. Po śmierci męża w 2011 r. nie mógł mi wyjść z głowy pomysł urządzenia etnograficznego skarbca, chociaż jestem z zawodu chemikiem, a nie etnografem. Wszystko zaczęło się od ręczników mamy. Mama uwielbiała haftować, tkać, miała dużo ręczników, haftowanych poduszek, tkanych dywanów, a także chust, koszul, sukienek. Dlaczego jest tu tyle instrumentów muzycznych? Tata grał na nich i je kupował. Był członkiem zespołu „Troiści muzycy”. Tworzył z drewna, a zwłaszcza rzeźbił figurki ptaków».
W centralnym pokoju muzeum wiszą portrety ślubne rodziców i teściów Marii Fedorczuk, ozdobione ręcznikami.

Portrety ślubne rodziców i teściów Marii Fedorczuk: Anny i Iwana Snitczuków oraz Niny i Oleksandra Fedorczuków.
«Walentyna Daniliczewa (badaczka, wieloletnia pracownica Rówieńskiego Obwodowego Muzeum Krajoznawczego – aut.), jak tylko dowiedziała się o mojej działalności, od razu przyjechała. Miała zdjęcia, na których zaznaczono, że zostały wykonane w Topczy. Walentyna poprosiła mnie, bym popytała mieszkańców, kto jest na tych zdjęciach. Jak się okazało, na jednym z nich była m.in. moja teściowa Nina. Pochodzi z deportowanej w 1944 r. polsko-ukraińskiej rodziny. Na zdjęciach rozpoznano także Anastazję Petrakowską (ur. 1914) i Marię Panasiuk, których rodziny zostały przesiedlone w 1946 r. Obie były wybitnymi mistrzyniami rękodzieła. Mam ich wyroby, nawet przedwojenne» – mówi pani Maria.

Teściowa Marii Fedorczuk Nina stoi pierwsza od lewej. Zdjęcie znalezione przez rówieńską muzealniczkę Walentynę Daniliczewą

Od prawej: Maria Fedorczuk, jej brat Oleksandr Snitczuk z żoną, Oleksandr Fedorczuk, Anna Snitczuk (w chuście), żony Petra i Mykoły Snitczuków, Iwan Snitczuk (pierwszy od lewej). Kostopol, 1988 r.
Za pewnego rodzaju błogosławieństwo skarbca etnograficznego można uznać to, że wystawiona tutaj ikona Matki Boskiej z Dzieciątkiem, która należała do matki pani Marii, Anny Snitczuk (z domu Trawczyńskiej), i z czasem straciła barwę, odnowiła się. «Wyciągnęłam ją z poddasza i powiesiłam na ścianie. Była ciemna. Pewnego dnia przyszła moja przyjaciółka i zwróciła uwagę: „Jaka jasna ikona!” Jak patrzę, a ona naprawdę się rozświetliła. Bardzo mnie to cieszy» – mówi pani Maria.
Podkreśla, że wszystkie eksponaty są dla niej niezwykle cenne, każdy ma swoją historię. Wśród ulubionych – koszula ozdobiona tkanymi elementami w kolorze czerwonym, którą pani Maria znalazła w szafie swojej matki. «Takie koszule były typowe dla Polesia. Moja mama dużo tkała – ubrania, koce, dywany. Pracowała prawie do samej śmierci».
Dworek – muzeum naszej rozmówczyni jest znany daleko poza Wołyniem. Maria Fedorczuk chętnie oprowadza zwiedzających, w tym uczniów. Zachęcamy naszych czytelników, by również przy okazji odwiedzić ten «skarbiec marzenia». Jesteśmy przekonani, że ekspozycja i gościnność pani Marii mile Państwa zaskoczą.

Maria Fedorczuk
Olga Szerszeń
Zdjęcia pochodzą z archiwum rodzinnego Marii Fedorczuk. Zdjęcia z muzeum Marii Fedorczuk zostały zrobione przez Olgę Szerszeń
