«Nasza rodzina pochodzi z obwodu chmielnickiego. Jesteśmy Polakami. I mama, i tata byli zapisani w dowodach jako Polacy. Od 1946 do 1950 r. rodzice mieszkali w Polsce. Urodziliśmy się z bratem odpowiednio w Koszalinie i Stargardzie» – opowiada Anna Sobolewa (z domu Bolbina).
Nasza rozmówczyni od dziecka mieszka w Kostopolu w obwodzie rówieńskim. Dzisiaj «Monitor Wołyński» przedstawia jej rodzinną historię, w której przeplatają się wspomnienia o sowieckich represjach, II wojnie światowej, życiu w PRL i jednoczeniu wokół kościoła.
Na Chmielnicczyźnie
Ojciec naszej rozmówczyni Adam Bolbin (ur. 1923) pochodzi ze wsi Chorowica w Hromadzie Krupeć (obecnie rejon szepetowski w obwodzie chmielnickim). Był najmłodszym dzieckiem Marii Zaręby i Juliusza Bolbina. Łącznie w rodzinie było ośmioro dzieci: Jan, Franciszek, Bolesław, Bronisława, Jadwiga, Helena i Stanisław i Adam. Wszyscy urodzili się w latach 1910–1923.
«Dziadek pochodził z Litwy. I on, i babcia byli Polakami. Zmarli wcześnie. Tata miał wówczas tylko trzy lub cztery lata, dlatego był wychowywany ośrodku opiekuńczym. Ukończył siedem klas szkoły. Był bardzo zdolny. Ładnie śpiewał, grał na harmonijce, mandolinie, gitarze, był pracownikiem technicznym kina… W latach II wojny światowej najpierw dołączył do radzieckich partyzantów, a później – do 1 Polskiej Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki. Ukończył dziewięciomiesięczne kursy oficerskie i otrzymał stopień porucznika. Został ranny, więc leżał w szpitalach» – mówi pani Anna.
Jej matka Helena Ławreniuk (ur. 1921) również pochodzi z obwodu chmielnickiego, z miejscowości Biłotyn w Hromadzie Zasław w rejonie szepetowskim. Przyszła na świat w rodzinie Polki Kazimiery Ciśniowskiej, c. Juliana (ur. 1888) i Ukraińca Hryhorija Ławreniuka, s. Trochyma (ur. 1883).

Kazimiera Ławreniuk po prawej stronie

Kazimiera Ławreniuk (siedzi po prawej) z rodzeństwem. 1910–1911
«Dziadek Hryhorij urodził się w obwodzie mińskim na Białorusi. Babcia nie wychodziła za niego, dopóki nie przeszedł na wiarę katolicką. Aby wziąć ślub, musiał ochrzcić się w kościele. Mieli czworo dzieci: Helenę (moją matkę), Zuzannę, Bolesława i Marię. Dziadkowie byli rzemieślnikami. Pamiętam, że babcia dobrze szyła. Matka opowiadała o Wielkim Głodzie 1932–1933. Aby przetrwać, chodzili z Biłotyna do Polski, czyli do Ostroga, by wymienić ubrania i inne rzeczy na jedzenie. To około 15 km w jedną stronę» – mówi Anna Sobolewa.

Kazimiera i Hryhorij Ławreniukowie. Biłotyn, 1968 r.

Kazimiera Ławreniuk (stoi po prawej) z sąsiadką. Biłotyn, 1957 r.
Na początku lat 30. jej dziadek został wysłany na budowę kopalni w Donbasie, a w 1937 r. został aresztowany jako «wróg ludu» i uwięziony w Szepetówce. «Dziadek był wówczas w partii, pracował w kołchozie. Podobno na niego złożono donos, że mieszka z Polką i jest szpiegiem. Wówczas obwód chmielnicki, w tym Biłotyn, był częścią Ukraińskiej SRR, a Ostróg należał do Polski. Mówiono, że dziadek chodził do Polaków i przekazywał im jakieś dane. Został aresztowany i przewieziony do więzienia w Szepetówce. Codziennie był wzywany na przesłuchania i bity. Kiedy tracił przytomność, oblewano go wodą, by wrócił do świadomości. Na całe życie zostały mu pręgi na plecach… Mężczyźni, którzy siedzieli z nim w celi, mówili: «Jeśli podpiszesz papiery, że jesteś wrogiem ludu, już cię nie zobaczymy». Ludzi wówczas natychmiast niszczono. Mimo że dziadek był bity do utraty przytomności, nie podpisał zeznania. Z więzienia został zwolniony w 1940 r., czyli łącznie trzymano go za kratkami trzy lata. Mama i babcia woziły mu paczki, by nie umarł z głodu. Tak samo robili krewni wszystkich aresztowanych».
W 1941 r. Hryhorija Ławreniuka zmobilizowano do piechoty w armii radzieckiej. W 1942 r. został schwytany przez Niemców jako jeniec, a następnie wysłany na roboty w Niemczech. Do końca wojny pracował tam w gospodarstwie rolnym, zajmował się bydłem. Po II wojnie światowej wrócił do swojej rodziny w Biłotynie. W 1943 r. na wojnie zginął jego syn Bolesław.
«Na krótko przed wybuchem wojny radziecko-niemieckiej babcia Helena, matka i ciotki zostały wysłane z obwodu chmielnickiego do Besarabii. Ciocia Zuzanna dopiero urodziła syna Aleksandra. Mama opowiadała, że jechali wozem. Chłopiec miał tylko kilka dni. Przez nerwy ciocia straciła mleko. Czym miała karmić dziecko? Dobrze, że prowadzili ze sobą na sznurku krowę. Wyhodowali chłopca na tym krowim mleku...
W 1947 r. dziadek został wezwany do obwodowego komitetu partii. Powiedziano mu: «Zrehabilitujemy i przyjmiemy do partii z powrotem». Dziadek był kiedyś komunistą. Odpowiedział jednak: «Już raz uwierzyłem. Nie chcę więcej być w partii» – mówi pani Anna.
Z Polski do obwodu rówieńskiego
Rodzice naszej rozmówczyni – Adam Bolbin i Helena Ławreniuk – poznali się w Biłotynie jeszcze przed rozpoczęciem wojny radziecko-niemieckiej. Pobrali się po jej zakończeniu – w październiku 1945 r. w Kamieńcu Podolskim.

Adam Bolbin. Lata 40.
«Ponieważ ojciec znał polski, został jako oficer skierowany na służbę do Polski. W chwili, kiedy zawierał z mamą związek małżeński pracował już w komisariacie wojskowym w Koszalinie. Nielegalnie przewiózł mamę przez granicę, ponieważ nie miała niezbędnych dokumentów. Wyrobiono je już w Polsce» – opowiada nasza rozmówczyni.
W Polsce rodzina mieszkała do 1950 r. Tam Bolbinom urodziło się dwoje starszych dzieci: nasza rozmówczyni Anna w 1946 r. w Koszalinie i jej brat Anatolij w 1947 r. w Stargardzie.

Adam i Helena Bolbinowie. Helena przy nadziei. Polska, 1947 r.

Adam i Helena Bolbinowie z dziećmi. Stargard, 1948 r.

Anna z bratem Anatolijem. Dzieci Bolbinów. Stargard, 1949 r.

Adam i Helena Bolbinowie z dziećmi. Stargard, 1949 r.

Adam i Helena Bolbinowie z krewnymi Adama. Polska, 1947 r.
W 1950 r. Adam Bolbin został zdemobilizowany w randze kapitana. «Najpierw ojca wezwano do Moskwy. Proponowano mu przeniesienie do pracy gdzieś w głąb ZSRR. Był zszokowany tym, co zobaczył w Sowieckiej Rosji: pluskwy, karaluchy, brak jedzenia. Rosjanie byli biedni, brakowało ubrań i obuwia. Nie zdążą wymieszać wszystko na bimber, a już piją zacier. Widząc tę biedę, ojciec zdemobilizował się, powołując się na stan zdrowia. Początkowo rodzina wróciła do obwodu chmielnickiego, a następnie przeniosła się do Ostroga. Tam mama pracowała jako nauczycielka w szkole: jeszcze przed wojną ukończyła szkołę pedagogiczną w Kamieńcu Podolskim. Ojciec pracował jako księgowy we młynie. Potem rodzice postanowili przenieść się do Kostopola. Tak od 1951 r. mieszkamy w Kostopolu. W 1953 r. poszłam do szkoły. W 1954 r. urodził się mój najmłodszy brat Jurij» – mówi pani Anna.
Wspomina, że w Polsce jej rodzice chodzili do kościoła. Po przeprowadzce do Ostroga zabierali ze sobą na msze dzieci: «Pamiętam, jak chodziliśmy do kościoła w Ostrogu. Na czyimś weselu rozrzucaliśmy płatki kwiatów z koszyków. W Kostopolu nie było wówczas kościoła. Na początku lat 90. nasi miejscowi katolicy sami się zorganizowali. Początkowo zbierali się na modlitwy w domu Łabeńskich, a później przy wsparciu ks. Władysława Czajki udało im się kupić mieszkanie w centrum Kostopola, gdzie odbywały się nabożeństwa. Kiedy mama dowiedziała się, że do Łabeńskich przyjeżdża ksiądz, od razu zaczęła chodzić na te msze. Zabierała ze sobą swojego wnuka Pawła, syna Anatolija.
Rodzice ochrzcili mnie i Anatolija jeszcze w Polsce, kiedy mieszkaliśmy w Koszalinie i Stargardzie.

Rodzice chrzestni Anny Sobolewej (z domu Bolbiny). Koszalin, 1946 r.
Nie brali jednak ślubu kościelnego. W wieku ponad 70 lat w końcu wzięli ślub – w tym mieszkaniu w Kostopolu. Byliśmy z braćmi obecni podczas udzielania im tego sakramentu. Na środku pokoju stał stół, ustawiono krzesła, na których siedzieliśmy. Bardzo dobrze pamiętam, jak tata i mama stali przy tym stole. To było bardzo wzruszające. Pamiętam, jak ksiądz zapytał mamę, czy zgadza się być żoną swojego męża, i mama odpowiedziała «tak». Potem ksiądz zapytał ojca, a ten się pogubił. I milczy. Mama go szturcha: «Adamku, mów. Mów, że tak».
«Taką mamy rodzinę»
Nasza rozmówczyni ukończyła szkołę medyczną w Kostopolu. Pracowała jako pielęgniarka i uczyła w lokalnej szkole medycznej. W 1968 r. wyszła za mąż za Mykołę Sobolewa, który kiedyś pracował jako mistrz w fabryce szkła. Mają dwoje dzieci: Julię (ur. 1972) i Mykołę (ur. 1979).

Anna i Mykoła Sobolewowie
«Zostaliśmy wychowani na zasadzie, że rodzina jest na pierwszym miejscu. Nie słyszeliśmy złego słowa od rodziców. Zawsze dbali o to, byśmy jako dzieci żyli w dostatku. Nigdy niczego nam nie brakowało. My z kolei szanowaliśmy rodziców. Nigdy nie kładliśmy się spać bez modlitwy: co wieczór klękaliśmy, składaliśmy dłonie i się modliliśmy. Prosiliśmy Pana przede wszystkim o zdrowie dla mamy i taty. Wciąż pamiętam modlitwy, których uczono nas od dziecka. Mama nigdy nie kładła się spać, dopóki nas nie pocałowała. Tak nas wychowano. Taką mamy rodzinę.
Kiedy dorośliśmy, nasi rodzice oczywiście chcieli, abyśmy poślubili Polaków. Dlaczego? Mama i tata zawsze mówili: «Będziecie mieli tę samą wiarę. Ochrzcicie dzieci w kościele». Pobraliśmy się jednak z Ukraińcami, więc obchodzimy wszystkie święta – zarówno prawosławne, jak i katolickie. W czasach radzieckich ze względu na pracę musiałam wstąpić do partii komunistycznej, ale w sercu zawsze pielęgnowałam wiarę katolicką. Kocham nasz kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa. Mamy wspaniałego księdza Andrzeja Parusińskiego. Jest bardzo życzliwy, łączy wszystkich wokół siebie. Teraz ze względu na stan zdrowia nie mogę często chodzić do kościoła, ale zawsze modlę się w domu, odmawiam także te modlitwy, których nauczyliśmy się z braćmi w dzieciństwie» – podsumowuje pani Anna.

Anna Sobolewa (z domu Bolbina)
Olga Szerszeń
Zdjęcia z rodzinnego archiwum Anny Sobolewej
Na głównym zdjęciu: Rodzina w Ostrogu. 1950 r.
