Zawsze wszyscy chcą wypić kawę pod wieżą Eiffla. Romantycznie i z widokiem na Paryż. Ja już piłam.
Prawdę mówiąc piłam kawę już w wielu miejscach w myśl kultowej piosenki «Elektrycznych Gitar»: «Byłem w Ryjo byłem w Bajo miałem bilet na Hawajo wszystko ch…». Natomiast niedawno pierwszy raz piłam kawę w Waraszu, z widokiem na elektrownię jądrową, podczas alarmu przeciwlotniczego.
Warasz jest, jak mój Bolesławiec, z którego pochodzę. Małe miasteczko na chybcika wybudowane dla potrzeb napływających pracowników stacji atomowej. Była siódma. Dopiero otwierano sklepy. W doborowym towarzystwie moich dwóch przyjaciół patrzyłam na podniszczony plac zabaw i na gołębie, które dziobały coś w piaskownicy.
Alarm przeciwlotniczy w Waraszu jest elegancki. Wyje tylko na początek. Kto usłyszał – wie. Kto nie – śpi dalej snem sprawiedliwego. Sygnał oznajmia niebezpieczeństwo króciutko i zwięźle. Może jakieś 10 sekund. Syrena wyje dla formalności, jak urzędnik stawiający haczyk w formularzu. Nieśmiało przypomina o stanie spraw i zaraz szybko milknie, jakby się zawstydziła. Grzmi subtelnie i dyskretnie, nie chcąc narzucać się zbytnio mieszkańcom letnim porankiem. A i tak nikt jej nie ma tego za złe. Waraszanie z torbami pod pachą, reklamówkami w rękach, na rowerach, hulajnogach i pieszo przemierzają długie chodniki obsadzone pięknie krzewami.
W obliczu reaktora jądrowego syrena wystarczy raczej skromna. Nie to co w Równem, w którym mieszkam. Najpierw wyje solidnie około dwóch minut obwieszczając urbi et orbi początek zagrożenia. Po jakimś czasie sumiennie przypomina, że niebezpieczeństwo nadal trwa. Kiedy zagrożenie mija, syrena wyje najdłużej i do powszechnej wiadomości zostaje nadany komunikat: «Szanowni obywatele, możecie powrócić do normalnego życia». Rówieńska syrena jest rzetelna i niepozostawiająca żadnych wątpliwości.
Alert w Waraszu pasuje do miejsca i czasu. Co ciekawe, nie ogłasza się końca zagrożenia. Rozpływa się ono gdzieś w powietrzu razem z parą unoszącą się nad reaktorami.
Cenny moment mojego życia. Z kilometra obserwuję elektrownię atomową. W Waraszu znowu nie ma prądu, ale pracują generatory. 61 km dalej jest najbliższy punkt graniczny z Białorusią. Co się dzieje na wschodzie – o tym nie chcę myśleć. Nad głową potencjalne bomby, przede mną reaktor, obok na ławce najlepsi przyjaciele – współpracownicy (no i gołębie na placu zabaw). W ręku kawka z mlekiem. W powietrzu lato, w tle milcząca syrena.
Łańcuchem skojarzeń przyszła mi do głowy sentencja «Graviora manent». Odetchnęłam z ulgą i popiłam kawę. To, to już! Najgorsze właśnie nadeszło. Trzeba się rozluźnić. Najlepsze musi być przed nami.
Ewa Mańkowska,
Ukraińsko-Polski Sojusz im. Tomasza Padury w Równem
Fot. Natalia Denysiuk