«Urodziłam się w Maniewiczach, na tej samej ulicy, gdzie obecnie mieszkam. Za rządów Polski nazywała się Główna, potem przemianowano ją na Czerwonoarmijską, obecnie to Kozacka. Chociaż dużo podróżowałam po świecie, nie opuściłam Maniewicz» – mówi 72-letnia Halina Kozłowa.
W jej rodzinnej historii – utrata domu i śmierć dziadka, pociąg do nazistowskiego obozu koncentracyjnego, oblężenie Kowla, zesłanie, powojenne przeciwności losu i odbudowa kościoła.
Trzy hektary ziemi
Krewni Haliny Kozłowej przez jakiś czas mieszkali we wsi Świdniki (obecnie rejon kowelski). Tam urodziła się jej mama Stanisława (1932–2017). Do powiatu kowelskiego dziadek naszej rozmówczyni Andrzej Kijewski (?–1942) wraz z bratem Władysławem przyjechali po I wojnie światowej.
«Kupili ziemię. Dziadek spotkał babcię Marię Jakobczuk (nazwisko po pierwszym mężu, 1900–1968). Babcia miała dwoje dzieci z poprzedniego małżeństwa: Annę (1924–2006) i Wiktora (ochrzczony jako Wilhelm, 1918–1986). Nie wiem, co się stało z pierwszym mężem babci. Moja matka Stanisława urodziła się już z jej drugiego małżeństwa» – mówi pani Halina.

Maria Kijewska z dziećmi. Początek lat 60
Przez jakiś czas rodzina mieszkała w Świdnikach. W 1938 r. Andrzej Kijewski kupił trzy hektary ziemi i dom w kolonii Ogół (używano też nazwy Ogóły) koło Maniewicz, po czym rodzina tam się przeniosła. Na zakupy i do kościoła chodzili na piechotę do Maniewicz.
«Dziadek Andrzej co roku uczestniczył w okolicznościowych uroczystościach w pobliżu Polskiej Góry pod Kostiuchnówką, gdyż walczył kiedyś w składzie Legionów Polskich. Wiem, że w 1918 r. odmroził nogi w Białej Cerkwi. Dlatego na Polską Górę wchodził boso, na miejscu zakładał buty i wracał znowu boso. Bardzo go bolały stopy. Mógł nosić tylko duże gumowce. Babcia Maria opowiadała, że bardzo się męczył przez te odmrożenia» – zauważa pani Halina.
Brat jej dziadka Władysław Kijewski mieszkał w Świdnikach. W 1944 r. odwiózł rodzinę na pociąg, a sam wrócił po coś konno. Został zamordowany. Jego żona i dzieci wyjechały do Chełma. Tam rodzina otworzyła cukiernię z lodziarnią. Obecnie jest to Cukiernia Kijewscy przy ulicy Lwowskiej 21 w Chełmie. Na początku lat 80. matce naszej rozmówczyni Stanisławie udało się nawiązać kontakt z nimi. Jej kuzyn Tadeusz Kijewski przyjeżdżał nawet do Maniewicz, a Stanisława z córkami gościła w Chełmie.
«Pewnego razu do Maniewicz z Polski przyjechała do swoich krewnych kobieta. Odwiedzała swojego kuzyna, naszego sąsiada. Mama zapytała, czy nie zna przypadkiem Kijewskich. A ona akurat znała! Wyobraża sobie pani?! Daliśmy jej nasz adres i Tadeusz do nas napisał. Od tego czasu utrzymujemy kontakt z nimi. Tadeusz wysłał zaproszenie i w 1980 r. na Boże Narodzenie po raz pierwszy pojechaliśmy do rodziny do Chełma» – mówi Halina Kozłowa.

Stanisława Hajkowa (z domu Kijewska) z kuzynem Tadeuszem Kijewskim. 2015–2016
Grób w lesie
«Dziadka Andrzeja Kijewskiego w 1942 r. pod jego własnym domem zabili Niemcy. Babcia przeczuwała coś złego. Opowiadała, że w środku nocy ktoś trzy razy zapukał do ich okna. Powiedziała do dziadka: «Będą kłopoty. Zbieraj się i jedź do Łucka do mojej siostry. Tam przeczekasz». Dziadek ruszył. Jednak bardzo lubił palić i w pośpiechu nie wziął ze sobą tytoniu. Poszedł do jakiegoś sąsiada, poprosił o papierosa. Został podczas palenia tego papierosa złapany.
Babcia z matką też poszły. Kiedy wyszły na pagórek, zobaczyły, że przyjechały dwa policyjne samochody z Niemcami, otoczyli dom i zaczęli stamtąd wszystko wyrzucać – szukali ich. Dlaczego? Sami nie wiemy na pewno. Może ktoś doniósł, że dziadek pomagał partyzantom. Tylko że dziadek nikomu nie pomagał. Był niepełnosprawny i siedział w domu. Pewnego dnia przyszedł partyzant i poprosił o łopatę. Dziadek odpowiedział, że nie ma łopaty, tylko kopaczkę. Partyzant wziął tę kopaczkę i sobie poszedł. Jak się okazało, kogoś zamordowano i wykorzystano ten przedmiot do kopania jamy, by ukryć ciało. Potem narzędzie przyniesiono do domu. Widocznie ktoś zobaczył, że do dziadków przychodził partyzant, i doniósł» – mówi Halina Kozłowa.
Jej babcia Maria była pewna, że Andrzejowi udało się uciec. Tragiczną wiadomość przyniosła jej sąsiadka. «Opowiadała, że dziadka torturowano, wypytywano o coś i w końcu zastrzelono. Został pochowany w pobliżu domu. Babcia sama w tym miejscu urządziła grób – z patyków zrobiła drewniany krzyż, związując je jakimiś szmatami… Tak się skończyło życie dziadka. Nawet nie wiem, ile miał lat. Żadne dokumenty po nim nie zostały» – mówi nasza rozmówczyni.
Po śmierci męża Maria i jej najmłodsza córka udały się do krewnych w Łucku, gdzie zostały do 1944 r. Dwoje starszych dzieci było już dorosłych i mieszkało osobno. Wiadomo, że Wiktor walczył i po wojnie osiedlił się na jakiś czas w obwodzie żytomierskim. Anna wyszła za mąż w Maniewiczach.
Kiedy Maria i Stanisława wróciły, na miejscu domu zastały pustkę. Wszystko zostało zniszczone. Maria nie mogła nawet odnaleźć grobu męża.
«Jako wdowa z małym dzieckiem babcia otrzymała później malutki polski dom. Tam zamieszkały. W tym domu dorastałyśmy z siostrą. Później mój ojciec chodził po miejscach, które pamiętała babcia, szukając grobu dziadka. Było widać, że kiedyś tam stał dom. Grobu jednak nie udało się znaleźć… Mniej więcej w tym miejscu, które pamiętała babcia, urządzono nowy. Na początku stawiano drewniane krzyże, jednak one gniły. Wokół wkrótce wyrósł las.
Później, już po śmierci babci, ksiądz zaproponował, by wziąć stamtąd ziemię i urządzić grób przy mogile babci. Mama się nie zgodziła. Powiedziała: «Mimo wszystko serce mnie będzie bolało, że gdzieś tam leży». Dlatego wciąż opiekujemy się tym grobem w lesie. Przychodzimy tam na początku listopada i na Wielkanoc. Odwiedzamy dziadka, modlimy się tam. Przecież gdzieś tam leży, choć nie wiemy, gdzie dokładnie. Mama zawsze prosiła: «Pilnujcie, żeby grób dziadka nie zarósł» – podkreśla pani Halina.

Grób Andrzeja Kijewskiego w lesie
Pociąg na Majdanek
W 1944 r., kiedy wojska niemieckie zaczęły wycofywać się z Maniewicz, hitlerowcy wywozili ze sobą mieszkańców miasteczka. «Babcię i matkę mieli zabrać pociągiem do Majdanka. Jednak kiedy przyjechali do Kowla, tam akurat spędzili bydło. Babcia powiedziała, że bydła było bardzo dużo, pamiętała, jak ryczały krowy. Niemcy wsadzili ludzi na furmanki i wywieźli do lasu, a do wagonów załadowali bydło. To uratowało babcię i matkę od obozu koncentracyjnego» – zauważa Halina Kozłowa.
W tym czasie Kowel był już otoczony z jednej strony przez hitlerowców, z drugiej – przez armię radziecką. «Czekały w lesie i widziały, jak nad nimi latają radzieckie samoloty. Potem poszły do Kowla. Siedziały tam w jakiejś w piwnicy. Mama zachorowała na tyfus. Uratował ją niemiecki lekarz, który dał jej jakieś leki. Kiedy wracały do Maniewicz, na tyfus zachorowała babcia. Mama wspominała, że babcia leżała w jakimś domu. Kiedy babcia chorowała, mama chodziła z wiaderkiem od domu do domu i prosiła o mleko lub coś do jedzenia… Takie miała dzieciństwo» – nie powstrzymuje łez pani Halina.
Dodaje, że po II wojnie światowej Maria i jej córka Stanisława miały ciężko: «Zdarzało się, że nie miały co włożyć do pieca, musiały chodzić do lasu i same zbierać drewno. Mama wspominała, że trzymały prosięta, ale tak, by nikt o tym nie wiedział: w przeciwnym razie mogły zostać obłożone wysokim podatkiem. Bały się nawet hodować kury. Tak razem przetrwały. Nie było nikogo, kto mógłby im pomóc. Zrobiło się łatwiej, dopiero kiedy mama wyszła za mąż».
Ojciec naszej rozmówczyni Serhij Hajkow (1927–2002) po wojnie służył w oddziale topograficznym. Stanisławę Kijewską poznał na tańcach w Maniewiczach. Pobrali się w 1950 r. Urodziły się im dwie córki: Halina (nasza rozmówczyni, ur. 1952) i Natalia (ur. 1956). Serhij Hajkow pracował jako kierowca, a Stanisława – jako pielęgniarka w szpitalu.

Halina z siostrą Natalią. Piąta i pierwsza klasa odpowiednio
«Babcia nie pracowała. Opiekowała się dziećmi. Kiedy kupili krowę, babcia sprzedawała mleko. Nawet gdy byłyśmy z siostrą małe, babcia doiła krowę, nosiła mleko na targ, sprzedawała, by kupić chleb i coś jeszcze. Krowa nas karmiła: mieliśmy mleko, ser, masło. Sialiśmy proso. Pamiętam, jak go mieliliśmy, a potem sprzedawaliśmy. Dorastaliśmy na kaszy jaglanej. Robiliśmy placki ziemniaczane, piekliśmy ciasta… Obchodziliśmy wszystkie święta. Na Wielkanoc robiliśmy kraszanki. Jako dzieci turlaliśmy te jajka po deskach. Mama zawsze piekła babki wielkanocne. Mieszkaliśmy bardzo skromnie, ale na Wielkanoc zawsze mieliśmy babki, szynkę, kiełbaski» – mówi pani Halina.

Pogrzeb Marii Kijewskiej. 1968 r.
Kozacka rodzina z Kubania
«Mój ojciec Serhij Hajkow pochodzi z kozackiej rodziny. Pradziadek miał konie i duże gospodarstwo. W 1938 r. całą rodzinę jako kułaków wywieziono ze wsi Manino w obwodzie woroneskim do Republiki Karelii. Pracowali przy wyrębie lasu. Dziadka Mykołę przygniotło na śmierć drzewo. Pradziadek zmarł. Młodsza siostra taty Melania również zmarła na zesłaniu. Babcia Aksynia została sama z dwójką dzieci: Serhijem (moim ojcem) i Anną. W jakiś sposób brat babci zdołał ich stamtąd wydostać, dzięki czemu przenieśli się na Kubań – do rejonu briuchowieckiego w Kraju Krasnodarskim. Tam rodzina mieszkała w ziemiance, zanim wybudowała sobie dom.

Serhij Hajkow
Babcia Aksynia ponownie wyszła za mąż i urodziła syna Wołodymyra. Jej drugi mąż wkrótce zmarł na zapalenie wyrostka. Babcia sama wychowała wszystkie dzieci. Piekła i sprzedawała chleb» – opowiada Halina Kozłowa.
Wspomina, że jako dziecko często spędzała z siostrą wakacje u babci na Kubaniu: «Prawie co roku jeździliśmy w odwiedziny. Jadłyśmy arbuzy, winogrona, morele – u nas czegoś takiego wówczas nie było. Jako dzieci jeździłyśmy tam jak na święto».
«Pamiętam, jak biegłam z pracy na otwarcie kościoła»
«Urodziłam się w 1952 r., jak mówiła mama w noc wielkanocną. Po szkole służyłam w jednostce wojskowej w Maniewiczach, tam poznałam swojego przyszłego męża Oleksandra Kozłowa (1948–2008). Wyszłam za mąż w 1970 r. Mam dwójkę dzieci i sześcioro wnuków» – opowiada nasza rozmówczyni.

Halina Kozłowa. 1970 r.

Halina i Oleksandr Kozłowowie z dziećmi Serhijem i Tetianą

Halina siedzi pośrodku w białym swetrze. Po prawej stronie od niej – jej matka Stanisława i siostra Natalia. Po lewej stronie – teściowa Haliny. Od lewej do prawej stoją: ojciec Serhij, mąż Oleksandr i szwagier
Halina i jej krewni są członkami Maniewickiego Oddziału Stowarzyszenia Kultury Polskiej im. Ewy Felińskiej na Wołyniu oraz wiernymi rzymsko-katolickiej parafii Ducha Świętego.
«Pamiętamy o swoich polskich korzeniach, wszyscy chodzimy do kościoła, chociaż ja na przykład zostałam ochrzczona w cerkwi w Okońsku. Wówczas w Maniewiczach nie działały ani kościoły, ani cerkwie» – zauważa pani Halina.
Opowiada, jak jej rodzina uczestniczyła w odnawianiu kościoła w Maniewiczach na początku lat 90.: «W kościele było pełno skamieniałej soli. Rozbijano ją, a potem przez bardzo długi czas wywożono. Kiedy wszystko zostało usunięte, mama z tatą i innymi rodzinami z Maniewicz wszystko tam posprzątali. Pierwsza msza została odprawiona na schodach świątyni. Następnie, kiedy w kościele trwał remont, nabożeństwa odbywały się w domu u Kazimiery Mitkalik. Potem kościół został otwarty. Pamiętam, jak biegłam z pracy na to otwarcie. Przyszło bardzo dużo ludzi. Było pięknie i świątecznie… Ile razy potem pracowaliśmy w tym kościele, ile razy czyściliśmy i ponownie tynkowaliśmy te ściany, na kolanach skrobaliśmy podłogę, żeby wszystko wymyć i wyczyścić. Teraz chodzę na msze co niedzielę i na wszystkie święta».

W maniewickim kościele Ducha Świętego. Halina Kozłowa siedzi w pierwszym rzędzie po prawej. Fot. Anatol Olich
Olga Szerszeń
Zdjęcia pochodzą z rodzinnego archiwum Haliny Kozłowej
