Nasza rozmówczyni Lubow Doczak urodziła się i mieszka we wsi Sidorów w Hromadzie Husiatyn w rejonie czortkowskim w obwodzie tarnopolskim. Tu spotkali się i pobrali jej rodzice. «Nasze dzieciństwo było wspaniałe. Mieliśmy wielu krewnych, bardzo dobrych, wszyscy zjeżdżali się do nas na święta» – wspomina pani Lubow.
Jest aktywną członkinią miejscowego Nadzbruczańskiego Stowarzyszenia Kultury i Języka Polskiego. O wysiedleniu z Polski, śmierci dziadka, kursach języka polskiego i zachowaniu tradycji opowie w swojej rodzinnej historii.
«Dziadek miał sześć hektarów roli, las. Wszystko zostawili»
Po II wojnie światowej rodzina Lubowi Doczak ze strony matki musiała opuścić dom w Polsce i przenieść się do ZSRR w ramach deportacji, czyli masowego przymusowego przesiedlenia Ukraińców.
«Moi dziadkowie – Iwan Kuzniak, s. Wasyla (ur. 1912) i Jewhenia Nesterowicz, c. Stepana (ur. 1912) byli przesiedleńcami. Mieszkali w Polsce, we wsi Lipa w powiecie przemyskim (obecnie województwo podkarpackie – aut.). Mieli sześcioro dzieci: Josypa (ur. 1932), Jarosława (ur. 1934), Iwannę (ur. 1937, moja matka), Stepanię (ur. 1940), Mychajła (ur. 1943) i Petra (ur. 1945).
Mama opowiadała, że z wujkiem Sławkiem byli mali i pobiegli przez las do babci, która mieszkała w innej wsi (Borownica, dziś także województwo podkarpackie – aut.). My – mówi – biegniemy, a tam już wszystko płonie, wszystko jest palone. Wrócili do domu – i od razu do dziadka, do konia. Dziadek miał tam sześć hektarów roli, las. Wszystko zostawili. Wzięli tylko wóz. Na wozie – pierzyna i poduszka, babcia, sędziwa matka mojego dziadka, i sześcioro dzieci. Krowę przywiązali do wozu. I tak dojechali tutaj, do Sidorowa. Otrzymali tu dom w dolinie.
Po przyjeździe nie mieli co jeść i na czym gotować. Mama z bratem pobiegli na pole, by uzbierać trochę ziemniaków. Jakaś kobieta ich zobaczyła i zapytała: „A co wy tam robicie, dzieci?” A oni jej: „Przyjechaliśmy z Polski, nie mamy nic do jedzenia”. Ta pani złapała kurczaka i oddała im. Pobiegli do rodziców, cieszyli się, że dała im kurczaka… Mieli krowę, ktoś dał trochę ziemniaków. Na kolejny rok je posadzili» – mówi Lubow Doczak.

Iwanna Przybyło (z domu Kuzniak)
Poszedł zaprosić na chrzciny. Do domu nie wrócił
Niewiele wie o dziadkach ze strony ojca, ponieważ zmarli młodo. Dziadek Jan Przybyło był żonaty dwa razy. «Historia była taka: dziadek ożenił się z Marią Nakoneczną. Miał z nią dwóch synów: mojego ojca Józefa (ur. 1934) i Eustachego. Babcia Maria prała na rzece, przeziębiła się i umarła. Po jej śmierci dziadek ożenił się z siostrą babci Hanną. Z drugiego małżeństwa urodził się syn Włodzimierz. I kiedy dziadek poszedł zapraszać na chrzciny, został zatrzymany przez patrol i zamordowany. Kim byli ci patrolujący, nie wiem.
Dziadek służył wówczas w Wojsku Polskim. Jak szedł, złapano go gdzieś w pobliżu klubu. I koniec. Nie powrócił do domu. Został rzekomo posadzony na wóz, wywieziony z Sidorowa i zamordowany. Było to w 1944 r.» – mówi pani Lubow.
Wkrótce zmarła też Hanna. Troje dzieci Jana Przybyły zostało sierotami. Dorastali u krewnych – w rodzinie Nakonecznych. Na przykład, Józef i Włodzimierz mieszkali ze Stanisławą Nakoneczną, swoją ciotką.
Zarówno Nakoneczni, jak i Przybyłowie – to polskie rodziny z Sidorowa. Jak zauważa Lubow Doczak, generalnie, przed wkroczeniem sowietów w 1939 r., była to polska wieś zamieszkana w większości przez Polaków. Mężczyźni z rodziny Nakonecznych, czyli bracia Marii i Hanny, w szczególności Włodzimierz i Franek, po wojnie wyjechali do Polski. Mieszkali w Chocianowie (województwo dolnośląskie – aut.). Z kolei siostry Wiktoria i Stanisława zostały w obwodzie tarnopolskim. Pani Lubow przypuszcza, że nie pojechały do Polski, ponieważ wyszły tu za mąż.
Już po odzyskaniu przez Ukrainę niepodległości ojciec naszej rozmówczyni, Józef Przybyło, wyrobił paszport, by odwiedzić krewnych w Polsce. Nie udało mu się jednak tego zrobić. «Ojciec miał jechać na zaproszenie Włodzimierza Nakonecznego. Wówczas były kolejki, wszyscy robili paszporty. Bardzo się cieszył, gdy go dostał. Jednak nie pojechał. Tata zmarł w 1995 r. Miał chore serce».

W kręgu rodzinnym. Trzeci od lewej Józef Przybyło. Obok niego – jego córki i wnuki. Pierwsi od prawej: Iwanna Przybyło z zięciem Wiktorem Doczakiem. Sidorów, 1991 r.
«Chodźmy do Przybyła, Przybyło przyjmuje»
Rodzice naszej rozmówczyni – Józef Przybyło i Iwanna Kuzniak – znali się od dzieciństwa, dorastali po sąsiedzku. Urodziły się im dwie córki: Maria (ur. 1960) i Lubow (ur. 1965).

Portrety ślubne Józefa Przybyły i Iwanny Kuzniak

Siostry Lubow i Maria Przybyłowie. Ok. 1970 r.
«Rodzice jako dzieci mieszkali blisko siebie. Mama miała wielu braci. Przyjaźnili się z tatą. Tak się do siebie zbliżyli. Rodzice pobrali się, gdy ojciec skończył służbę w wojsku. Zamieszkali z rodziną mamy. Tata wziął ze sobą młodszego brata Włodzimierza.
Żyli jak wszyscy inni. Mama pracowała w kołchozie, ojciec był kombajnistą, a potem pracował na odkrywkach. Kiedyś ludzie w kołchozie pracowali i nie mieli większych zarobków. Co tam im dawano? Dlatego ojciec jeździł na Ural, aby zarobić na drewno do dokończenia budowy domu oraz pokrycia dachu. Pracował przy pozyskiwaniu drewna i dostarczał to drewno tutaj.
Pamiętam, że nadchodzą święta, nie ma ani pieniędzy, ani taty. Mama pozabijała gęsi i zawiozła na targ. Sprzedała te gęsi i kupiła Marusi pajęczynkę – taką chustę, która kiedyś była modna. I już miałyśmy pieniądze na święta. Miałyśmy co dać kolędnikom i na zasiewanie. Tak było» – wspomina pani Lubow.
Nasza rozmówczyni ma tylko dobre wspomnienia z dzieciństwa – a to wszystko dzięki rodzinie: «Miałam wspaniałe dzieciństwo. Moi rodzice byli niezmiernie dobrymi ludźmi. Mieliśmy taką samą biedę jak wszyscy inni, ale przypominam sobie swoje dzieciństwo jako szczęśliwe. Jak to się mówi, żyliśmy biednie, ale godnie. Mieliśmy bardzo dobrych krewnych. Lubiliśmy się nawzajem. Wszyscy przyjeżdżali do nas na święta. Dzieci kolędowały i szczodrowały (czyli życzyły urodzaju i zdrowia na przyszły rok). Mamy mnóstwo zdjęć. Bardzo fajnie było.

Lubow Doczak. Ok. 1972 r.
I kiedyś, jak na wsi kolędowano albo szczodrowano, wszyscy szli do naszego domu. Mówili: chodźmy do Przybyła, Przybyło przyjmuje. Mama upiecze pączki, zrobi sałatkę jarzynową z burakami. Tata przygotuje karafkę wódki. I częstują gości. Jak mieliby ich nie częstować? Rodzice byli bardzo hojni» – zaznacza Lubow Doczak.
Józef i Iwanna Przybyłowie wzięli ślub w cerkwi, ponieważ kościół w Sidorowie był już wówczas zamknięty przez władze sowieckie. «Kiedy kościół został zamknięty, urządzono w nim magazyn. Pamiętam, że nawet chodziłam tam z tatą po zboże. Przechowywali tam zboże, skupowali mleko… My z siostrą również zostałyśmy ochrzczone w cerkwi. Mama przez całe życie śpiewała w cerkiewnym chórze – od młodości do starości».

Józef Przybyło (po prawej) z przyjacielem

Józef Przybyło (po lewej) z żoną Iwanną, córką Marią i bratem Eustachym

Józef i Iwanna Przybyłowie z córką Marią. Sidorów, ok. 1963 r.
W wieku 55 lat zapisała się na kurs języka polskiego
Lubow Doczak uczyła się w Technikum Rachunkowości w Kopyczyńcach w obwodzie tarnopolskim. Pracowała jako dyspozytorka w Wydziale Rolnictwa, jako laborantka chemicznego uzdatniania wody w kombinacie szklarnianym oraz jako księgowa w radzie wsi.
Wyszła za mąż za Wiktora Doczaka (ur. 1962). W listopadzie będą obchodzili 40. rocznicę ślubu. Wiktor i Lubow mają dwóch synów: Dmytra (ur. 1989) i Petra (ur. 1991).

Lubow Przybyło i Wiktor Doczak biorą ślub. Listopad, 1985 r.

Lubow i Wiktor Doczakowie z synem. Ok. 1990 r.

Dmytro i Petro. Synowie Lubowi Doczak. 1993 r.
Od początku powstania w Hromadzie Husiatyn Nadzbruczańskiego Stowarzyszenia Kultury i Języka Polskiego nasza rozmówczyni została jego aktywną członkinią. «Zawsze wiedziałam o swoim polskim pochodzeniu, od dziecka. Ojciec nie znał polskiego. Kto miał go nauczyć? Bardzo chciałam poznać ten język. Włączałam w domu polskie programy w telewizji, słuchałam wszystkiego, nawet reklam. W wieku 55 lat w końcu zapisałam się na kurs. Powiedziano mi, że jestem zdolna, a ponadto mam dobry akcent. Kiedy pojechałam do Polski, ludzie, z którymi rozmawiałam, nie mogli się zorientować, czy jestem Polką czy Ukrainką.
Teraz razem ze Stowarzyszeniem uczestniczę w różnych wydarzeniach. Organizujemy spotkania opłatkowe, pieczemy pączki. Porządkujemy cmentarz, opiekujemy się grobem rodziny Pajgertów, wspieramy kościół. Robimy wszystko, by miejscowi Polacy znali swoje tradycje, nie zapominali o nich» – podkreśla Lubow Doczak.

Zdjęcia z rodzinnego archiwum Lubowi Doczak
Olga Szerszeń
Zdjęcia pochodzą z rodzinnego archiwum Lubowi Doczak
Na głównym zdjęciu: ślub Józefa Przybyły i Iwanny Kuzniak. Sidorów, ok. 1958–1959
***
