«Znajomość kart przeszłości pomaga zrozumieć przyszłość, ponieważ wszystko się powtarza i zatacza koło. Niestety te moje przemyślenia potwierdza nasza teraźniejszość» – mówi Ksenia Zastawska, pisarka i scenarzystka.
Ksenia Zastawska jest autorką prawie dziesięciu powieści, jednego tomiku poezji i kilku scenariuszy filmów i sztuk teatralnych. To właśnie te ostatnie przyniosły jej prawdziwą sławę, a film fabularny «Szczedryk» na podstawie jej scenariusza był pokazywany na dużych ekranach za granicą i w Ukrainie. Pod koniec grudnia zaprezentowała w Łucku swoją książkę «Szczedryk. Moja spowiedź».
– Znaczna część Pani utworów, w tym «Szczedryk», poświęcona jest latom 1939–1945, bardzo tragicznemu okresowi w historii Ukrainy. Dlaczego wybrała Pani ten konkretny czas?
– Kiedy miałam 10 lat, poszłam do czwartej klasy szkoły podstawowej. Na liście przedmiotów pojawiła się nowa dyscyplina: «Historia». Podczas jednej z lekcji opowiadano nam o końcu lat 1930. Pamiętam ilustrację, na której ludzie z kwiatami radośnie witają radzieckiego żołnierza. Kiedy wróciłam do domu i opowiedziałam babci (ona na zimę przeprowadzała się do Odessy, bo w stalinowskich obozach nabawiła się astmy) o tym, jak Ukraina została «wyzwolona spod burżuazyjnej Polski», odpowiedziała: «Nikt nie prosił ich o wyzwolenie. I nikt nie witał ich kwiatami». Zapytałam ponownie: «A jak było w rzeczywistości?» Babcia jednak milczała i zabroniła mi o tym rozmawiać. Ten epizod pozostał w mojej pamięci, a następnie zinterpretowałam go w «Szczedryku».
Naturalnie, zakazany temat spowodował, że jako dziecko jeszcze bardziej zainteresowałam się tą tajemnicą. Już w szkole średniej, kiedy dokładniej studiowaliśmy okres lat 30. i 40. XX w., po moim pytaniu, jak rozumieć wyrażenie «Wielka Wojna Ojczyźniana w ramach II wojny światowej», moja nauczycielka oburzyła się i nie udzieliła mi odpowiedzi. Od tej chwili jej stosunek do mnie wyraźnie się pogorszył.
Za mojego dzieciństwa nie istniała niezafałszowana literatura ani filmy na ten temat. Rodzice też woleli o tym nie rozmawiać. Babcia, nauczona gorzkim doświadczeniem, również omijała zabroniony temat. To wszystko tylko podsycało moje zainteresowanie. W czasie tzw. pierestrojki, kiedy pojawiły się teksty o tym okresie, czytałam wszystko, co się ukazało. Byłam zaskoczona, zdumiona, cały czas wyobrażałam sobie, jak wtedy żyli ludzie. Teraz żałuję, że nigdy nie odważyłam się na to, by wprost zapytać babcię o tamte czasy. Ona co prawda wyraźnie nie lubiła takich pytań.
W 2010 r., kiedy już przestudiowałam ogrom materiałów dotyczących okresu II wojny światowej, napisałam powieść «Saga bursztynowa». To była moja czwarta powieść i pierwsza opowiadająca o tym okresie. Akcja odbywa się na Litwie. Nie wyobrażałam sobie wtedy, że będzie wojna, a Litwa będzie nas tak bardzo wspierać. W 2015 r. powieść została przetłumaczona na język litewski, ukazała się także w języku węgierskim i słowackim. Późniejsza powieść «Weto na szczęście» (2011) to już opowieść polsko-ukraińska, również poświęcona temu okresowi, której akcja rozgrywa się w Ostrogu.
– Jaka historia jest podstawą scenariusza «Szczedryka»? Czy to film o Pani rodzinie?
– To wymyślona historia, ale oparta na prawdziwych wydarzeniach ze wspomnień mojej babci. To od niej usłyszałam, jak Ukraińcy, Polacy i Żydzi żyli w zgodzie przed wkroczeniem władzy sowieckiej. Miała przyjaciół wśród jednych i drugich. Babcia miała staranne wykształcenie, biegle władała pięcioma językami: ukraińskim, polskim, jidysz, niemieckim i rosyjskim. Postać Sofii, głównej bohaterki «Szczedryka», częściowo wzorowałam na niej.
To, że ukrywała kogoś w czasie wojny, było w rodzinie tematem tabu. Ja też o tym długo nie wiedziałam. Dopiero moja kuzynka Ałła, która mieszkała w tej samej wsi, co moja babcia, powiedziała mi, że ta czasem mawiała: «Uczyłam szycia te Polki». Jakie Polki? Babcia odpowiadała: «To nie ma znaczenia. Zapomnij o tym».
Babcia Epistymia zmarła w 1995 r. Miesiąc po jej śmierci do wsi przyjechały dwie starsze kobiety z Polski i wypytywały o nią. Zaprowadzono je na cmentarz. Kobiety te twierdziły, że babcia je ukrywała. Przed wyjściem z domu smarowała ich twarze sokiem z dmuchawca. Przez to twarz była ciemna i opuchnięta. Niestety mnie wtedy nie było, a moi bliscy, z którymi te kobiety rozmawiały, zmarli, więc to wszystko, co mi powiedzieli.
Mówiono mi, że to gotowy materiał na powieść. Na to odpowiadam, że muszę znaleźć te kobiety, żeby się dowiedzieć więcej. Marzę, żeby one same lub ich dzieci się odezwały. Nie chcę, żeby stało się tak: zacznę fantazjować, a babci na górze to się nie spodoba.
Właściwie nic nie wiem: ile lat miały te ukrywane Polki, jak trafiły później do Polski. Tyle, że babcia uczyła je szyć i smarowała im twarze. Może były to polskie Żydówki? Czy jednak Polki? Nie potrafię dokładnie powiedzieć, przed kim się ukrywały, mogę jedynie stwierdzić, że ukrywały się do końca wojny.
Obozy stalinowskie w scenariuszu i filmie są także zaczerpnięte z życia babci. W 1947 r. została aresztowana i skazana na 20 lat łagru za związki z UPA. Następnie wyrok zmieniono na 10 lat, a w 1953 r., po śmierci Stalina, objęto ją amnestią. Z opowiadań dziadka wiadomo, że zaniósł do NKWD wszystkie kosztowności, które posiadała rodzina, aby wyrok był jak najłagodniejszy.
Kilka lat temu krewna opowiadała, że słyszała od swojej matki, jak moja babcia ostrzegała Polkę przed zagrożeniem ze strony UPA. Tej samej Polce udało się kiedyś uciec z matką mojej krewnej w trakcie wywózki przez Niemców na roboty przymusowe.
– Proszę opowiedzieć więcej o swoich wołyńskich korzeniach.
– Zacznę od wspomnianej babci ze strony ojca, której losy częściowo odzwierciedliłam w postaci Sofii ze «Szczedryka». Nazywała się Epistymia Prysiażniuk, c. Andrija, mieszkała we wsi Noworoczyce (Noworodczyce) koło Ostroga na Rówieńszczyźnie. Z rodzinnej legendy wiemy, że jej matka, czyli moja prababcia, była Polką, miała na imię Elżbieta. Poślubiła mojego pradziadka Andrija, Ukraińca. Był starostą w miejscowej cerkwi prawosławnej. Według rodzinnych opowieści prababcia przeszła na prawosławie; być może z tego powodu została wydziedziczona, choć trudno to stwierdzić z całą pewnością. Prababcia została pochowana na polskim cmentarzu. Kuzynka Ałła słyszała, że prababcia faktycznie pochodziła z innej wsi, ale z której nie wiadomo.
Babci Epistymii rodzice zapewnili wykształcenie, uczyła się w polskiej szkole z internatem. Jak już wspomniałam, mówiła pięcioma językami. O tym, że moja babcia była w obozach stalinowskich, dowiedziałam się, gdy byłam już w 10 klasie. Mama wymogła na mnie obietnicę, że nikomu o tym nie powiem. Jak opowiadała mi ciocia Halina, siostra mojego ojca, kiedy jej matka Epistymia wróciła z obozów, wyglądała starzej niż nawet wtedy, gdy miała 80 lat. Córka nie poznała swojej matki. Babcia nabawiła się tam wielu chorób, w tym astmy. Zimą nie mogła już znieść wołyńskiego klimatu, więc na ten okres przeprowadzała się do Odessy. A lato spędzaliśmy u niej.
Niestety mam bardzo mało informacji o rodzinie ze strony ojca. W archiwum w Równem udało mi się znaleźć jedynie akt zawarcia ślubu mojej babci Epistymii i dziadka Andrzeja.
– Prawdziwe imię Pani to Oksana Prysiażniuk. Skąd wziął się pseudonim?
– Moja twórczość zaczęła się od pisania piosenek dla dzieci. Zaproponowano mi wybór pseudonimu «muzycznego», więc przyjęłam nazwisko mojej matki, Zastawska. Moja mama zajmowała się muzyką, była solistką w zespole. Ksenia to imię, które nadano mi na chrzcie. Tak powstał dźwięczny pseudonim sceniczny, który wszystkim przypadł do gustu. Wierzę, że polskie nazwisko matki przyniosło mi szczęście. Chociaż moje piosenki nie stały się zbyt popularne, dzieci chętnie je śpiewały. Dzięki piosenkom poznałam wielu przyjaciół, między innymi piosenkarkę i kompozytorkę Lilię Ostapenko, której przyjaźń i opinie szanuję.

– Pani wielokrotnie przepisywała scenariusz filmu «Szczedryk», bo tego wymaga sam proces powstawania filmu oraz odnalezione w jego trakcie nowe szczegóły historyczne. Czy te ciągłe zmiany były męczące?
– Wspominam ten czas z wdzięcznością, bo każdy reżyser, z którym współpracowałam, wniósł coś nowego. Kiedy scenariusz został oddany do użytku, jego pierwszym reżyserem został Ołeksandr Itigiłow. Przyznam szczerze, że czytając na Wikipedii listę jego filmów i osiągnięć, nawet się obawiałam, jak ułoży się współpraca. Okazał się dobrym człowiekiem i świetnym specjalistą. Potem była współpraca ze znanymi ukraińskimi artystami, znakomitymi specjalistami – Tarasem Tkaczenką i Ołesią Morguneć-Isajenko. Oczywiście przykro mi było wyrzucać niektóre wątki, sceny, ale ogólnie zmiany, o które mnie poproszono, nie powodowały większych konfliktów wewnętrznych ani interpersonalnych.
– Co Pani zmieniłaby dzisiaj w swoim scenariuszu, gdyby miała taką możliwość?
– Chyba globalnie nie zmieniłabym niczego. Jedyne, czego mi brakuje, to atmosfera Stanisławowa. W scenariuszu dużo uwagi poświęciłam opisowi miejsca akcji: jak wyglądał dom, pokoje, schody... Kiedy miałam spotkanie z mieszkańcami Iwano-Frankiwska, też mi powiedzieli, że chcieliby zobaczyć w filmie więcej widoków swojego miasta.
A w Łucku pewna kobieta zapytała: «Czy finał nie wydaje się Pani zbyt bajeczny? Oglądając film, nie spodziewaliśmy się z mężem takiego hollywoodzkiego zakończenia». Powiedziałam jej, że miałam mniej optymistyczny finał: Jarosława w celi śpiewa «Szczedryka», a jej matka, Sofia, niby podchwytuje pieśń w syberyjskim obozie. I niech widzowie samodzielnie wyobrażą sobie, jak potoczyły się losy bohaterek, czy w ogóle te losy jakoś się potoczyły, czy Jarosława będzie w stanie rozwinąć swój talent. Przecież system sowiecki zrujnował życie wielu ludziom. Wiem o tym nie tylko z książek: osoby, z którymi rozmawiałam, opowiadały mi o swoich dziejach i losach swoich bliskich.
Eksperci oceniający scenariusz uznali, że zakończenie powinno dawać nadzieję. Dla mnie ważniejsze było skłonienie ludzi do myślenia, zainteresowanie ich historią. Jednak tak naprawdę nie wiem, jaki finał byłby lepszy.
– Dlaczego Pani zdaniem film odniósł taki sukces? Ludzie chcieli odkryć tę warstwę ukraińsko-polsko-żydowskiego współistnienia, czy powodem było coś innego?
– Myślę, że ludzi pociągała odkryta nieznana wcześniej dla nich karta ich historii. Propaganda sowiecka wypaczyła ją i zmieniła. Wiele osób o niej nie wiedziało i znajdowało się pod wpływem narracji «Kakaja wojna? To jest wyzwolenie», którą przedstawiłam w scenariuszu. Pokazałam, jak ludzie naprawdę żyli, i to zmieniło wiele rzeczy w umysłach widzów. Kolejnym czynnikiem było to, że niestety historia się powtórzyła. Ludzie patrzą teraz na ekran przez pryzmat własnych doświadczeń. Rozumieją, że to już się wydarzyło, wiedzą, co może się wydarzyć, gdy przyjdą Rosjanie.
Ale nawet przed pełnowymiarową inwazją wszyscy ci, którzy czytali scenariusz, płakali. Bo to jest historia zagłady narodów. Historia zniszczenia i zatajenia prawdy: zarówno o oprawcach, jak i o ofiarach.
– Co skłoniło Panią, rosyjskojęzyczną mieszkankę Odessy, do pisania po ukraińsku?
– Moi rodzice w dzieciństwie mówili po ukraińsku. Ojciec Wołodymyr – bo pochodzi z zachodu Ukrainy, a matka Walentyna… Rodzina mojej mamy została skądś przesiedlona, o ile rozumiem, «zgubili» dokumenty celowo. Historię jej rodziny można prześledzić tylko z Doniecka. Dziadek ciężko tam pracował, mama pamięta, jak mieszkali w jakichś barakach, ale w rodzinie mówiono wyłącznie po ukraińsku. Już w szkole moja mama musiała uczyć się języka rosyjskiego. Mama śpiewała w zespole górniczym w Doniecku, była solistką. Tata miał przejść na język rosyjski podczas nauki w szkole wojskowej, gdzie został przymusowo wysłany, choć marzył o tym, by zostać lekarzem. Można też napisać osobną powieść na temat «resocjalizacji dzieci wrogów ludu». Po ślubie moi rodzice przenieśli się do Odessy, gdzie wszyscy mówili po rosyjsku. Dlatego w naszej rodzinie także rozmawialiśmy w języku rosyjskim.
Kiedy jednak w 2014 r. Putin ogłosił, że przychodzi wyzwolić osoby rosyjskojęzyczne, powiedziałam, że nie mówię już po rosyjsku, przestaję współpracować z Rosjanami i usuwam moje nazwisko z napisów końcowych serialu, nad którym pracowałam. Był skandal, straciłam część filmografii. W tym okresie pracowałam przy wielu serialach. Straciłam też sporo pieniędzy. Ale lepiej stracić pieniądze niż sumienie.
Moja córka też przeszła na ukraiński. Zięć, który wychował się na Kijowszczyźnie, a jego rodzice pochodzą z obwodu żytomierskiego, nigdy w ogóle nie mówił po rosyjsku. Walczy na froncie od pierwszego dnia.
Czyli można powiedzieć, że do przejścia na język ukraiński i napisania «Szczedryka» skłoniły mnie wydarzenia 2014 r. A ponadto list od mojej koleżanki, już byłej. W 2014 r., zaraz po Majdanie, siły prorosyjskie w Odessie zaczęły destabilizować sytuację w mieście. Wśród ich haseł było to, że Ukraina została wymyślona przez Lenina, że jest sztucznie stworzonym państwem, które nigdy nie istniało. I to samo zdanie usłyszałam od mojej koleżanki, która od wielu lat mieszka z rodziną w Warszawie. Miała dobre wykształcenie, w 1991 r. głosowała za niepodległością Ukrainy, a w połowie lat 90. ze względu na kłopoty materialne wyjechała. Co zmieniło jej światopogląd? Za jakiś czas odnalazłam wyjaśnienie: na emigracji poczuła się samotna i znalazła ukojenie w promoskiewskim Kościele Prawosławnym...
Zatem «Szczedryk» jest moim sposobem na obalanie rosyjskiego mitu, ponieważ piosenka, która dała nazwę scenariuszowi, pochodzi z dawnych czasów, kiedy Nowy Rok obchodzono wiosną. Dlatego bohaterką aktualnie zimowej pieśni jest jaskółka.
Nawiasem mówiąc, Rosjanie ukradli film «Szczedryk» i tłumacząc go na język rosyjski umieścili na swoich pirackich stronach internetowych.
– Jak Pani została członkinią Wołyńskiego Towarzystwa Sztuki Polskiej «Barwy Kresowe»?
– Kiedy zrozumiałam, że można wydawać książki i że interesują one czytelników za granicą, bardzo zależało mi na tym, aby moje utwory zostały przeczytane przede wszystkim w Polsce. Za pomocą Internetu znalazłam tłumaczkę Małgorzatę Bołotin, Polkę z Łucka. Poznałyśmy się. Wkrótce przeczytała moje «Weto na szczęście». Spodobała jej się ta powieść, więc ją przetłumaczyła. Małgorzata przez wiele lat mieszkała w Odessie. Tłumaczenie nie doczekało się jeszcze publikacji z przyczyn od nas niezależnych, ale nie tracimy nadziei.
W 2018 r. wspólnie z Małgorzatą zaprezentowałyśmy kilka moich powieści, a wśród nich wspomniane «Weto na szczęście» i powieść-pamiętnik deportowanej Polki «STEK. Koronki życia». W ramach tournée promocyjnego spotkałam się z czytelnikami w Łucku, w Wołyńskim Muzeum Krajoznawczym. Była to pierwsza dwujęzyczna prezentacja moich utworów. Druga odbyła się niedawno w Wilnie, kiedy przedstawiałam moją najnowszą książkę «Szczedryk. Moja spowiedź».
Pamiętam z prezentacji w Łucku urokliwy występ artystów z Towarzystwa Sztuki Polskiej «Barwy Kresowe». Na tym spotkaniu zostałam uroczyście przyjęta do tej organizacji.
Później Małgorzata zaproponowała mi napisanie sztuki dla dziecięcego Twórczego Studia Teatralnego Natalii Żurawlowej. Powstał dramat pod tytułem «Serenada Życia», zespół podjął pracę, ale najpierw pandemia, a potem wojna uniemożliwiła nam jego wystawienie. Muszę zauważyć, że czas akcji spektaklu to znowu rok 1939. Wciąż nie tracimy nadziei, że widzowie go zobaczą.
– Nad czym Pani teraz pracuje?
– Od dawna marzyłam o nakręceniu «Weta na szczęście» na podstawie mojej powieści o tym samym tytule. Teraz współpracujemy z reżyserką Olgą Zolotariową nad 8-odcinkowym serialem, dopracowując scenariusz. Ogólnie lubię pracować z reżyserami. Natychmiast oferują własną wizję, podsuwają pomysły i jako autor szybko mogę je zrealizować. Ukończyliśmy już pracę nad pierwszym odcinkiem, a Małgorzata nawet przetłumaczyła go na język polski. Marzy nam się, że będzie ciekawy dla widza polskiego i będziemy mogli zrealizować ten serial wspólnie.
Rozmawiał Anatol Olich