Podczas II wojny światowej Jerzy Kmita pracował jako nauczyciel w kilku wsiach w okolicach Rożyszcz na Wołyniu. W 2020 r. jego sylwetkę czytelnikom «Monitora Wołyńskiego» przybliżył historyk i nauczyciel Serhij Janiszewski z Kopaczówki, gdzie Jerzy Kmita również uczył dzieci. W grudniu 2025 r., z autorem skontaktowała się Sabina Sobocińska – prawnuczka Jerzego Kmity.
Pani Sabina szukając informacji o pradziadku trafiła na artykuł Serhija Janiszewskiego na naszej stronie, będący częścią zaproponowanego przez niego cyklu o losach nauczycieli z Kopaczówki. Napisał go w oparciu o dokumenty z Państwowego Archiwum Obwodu Wołyńskiego. Jak się okazało imiona dzieci Jerzego Kmity znalezione przez Serhija Janiszewskiego na liście mieszkańców wsi Rudka Kozińska, gdzie Kmita pracował jako nauczyciel, zostały podane niepoprawnie: Zofia, Juliana, Zina oraz Halina. Dzięki Sabinie Sobocińskiej wiemy, że w rzeczywistości córki miały na imię: Zofia, Ludmiła, Wanda oraz Helena. Dodać należy także, że w aktach archiwum w Łucku sporządzonych w języku ukraińskim imię Jerzego Kmity zostało zapisane jako Георгій, czyli Georgij.
Dzięki uprzejmości Sabiny Sobocińskiej poniżej publikujemy jej opowieść o pradziadku, napisaną na podstawie starych listów jej babci i rodzinnych wspomnień.
***
Pradziadek Jerzy Kmita urodził się 27 listopada 1897 r. we Władywostoku. Był jedynym synem Klemensa Kmity i Ludmiły z domu Tańska. Jego dzieciństwo od samego początku naznaczone było podróżami, co wynikało z zawodu ojca – kolejarza. Przez pewien czas rodzina mieszkała w Harbinie, gdzie ojciec Klemens pracował jako urzędnik w Dyrekcji Kolei Wschodniochińskich.
W 1910 r. rodzina wróciła do swojego domu w Kijowie, przy ulicy Chreszczatyk. Niestety, kilka lat później, w 1914 r., zmarł ojciec Jerzego – Klemens, a w 1919 r. matka Ludmiła. Jerzy ukończył kijowskie Gimnazjum nr 6, po czym podjął pracę nauczyciela.
Brał udział w wydarzeniach rewolucji październikowej. Po jej zakończeniu, razem z kuzynostwem Adamem i Wandą powrócił do Polski. Zamieszkali w Radomiu. Następnie razem z kuzynostwem wyjechali do Warszawy, gdzie jego kuzyn Adam dostał pracę w dyrekcji kolei. Dzięki kuzynowi także Jerzemu udało się podjąć pracę w tym mieście.
Zgodnie z późniejszymi wspomnieniami i źródłami, pradziadek Jerzy pracował w różnych miastach Polski jako kolejarz, a także pracownik poczty. W 1924 r. ożenił się z Heleną Klinger Wróblewską, wdową wychowującą córkę Zofię. Rok później, w 1925 r. w Chojnicach urodziła się ich córka Ludmiła – moja babcia. Następnie na świat przyszły kolejne dzieci: Wanda w 1927 r. w Milanówku oraz Helena w 1929 r. w Solcu Kujawskim.

Jerzy Kmita z rodziną. Lata 30.
Z racji pracy na kolei rodzina często zmieniała miejsce zamieszkania. Mieszkali m.in. w Pionkach, gdzie dzieci uczęszczały do szkoły. We wrześniu 1939 r., w pierwszych dniach wojny, rodzina została ewakuowana. Podróż pociągiem była długa i wyczerpująca, ze względu na bombardowania i brak możliwości zatrzymania się w wyznaczonych miejscowościach. Ostatecznie dotarli do Rożyszcz na Wołyniu. Tam Jerzy podjął pracę nauczyciela w Kopaczówce. W 1941 r. zmarła prababcia Helena. Została pochowana w Łucku. Jerzy z córkami mieszkał później m.in. w Marianówce, Rudce Kozińskiej, a następnie wrócili do Ozerca.
W tym czasie Zofia zaprzyjaźniła się z żoną popa z miejscowości Iwańczyce Stare. Kobiety spotykały się najczęściej w domu popa. Podczas jednego z powrotów do domu doszło do tragedii – zginęła Zofia, członkowie dwóch polskich rodzin oraz prawdopodobnie niemiecki żołnierz. W odwecie Niemcy spalili całą wieś. Były to czasy strachu, ukrywania się i codziennej walki o przetrwanie. Gdy rodzinie udało się wrócić do Kopaczówki, moja babcia Ludmiła podjęła pracę w szpitalu polowym, który zorganizowano w budynku szkoły. Później wstąpiła do wojska.
Po zakończeniu wojny pradziadek Jerzy wraz z młodszymi córkami wrócił do Polski.
Jak wielu przesiedleńców zamieszkał w Zielonce Pasłęckiej, gdzie został pierwszym zawiadowcą stacji kolejowej. W 1947 r. babcia Ludmiła założyła własną rodzinę, a Jerzy zamieszkał z nimi w Małdytach, oddalonych o kilkanaście kilometrów od Zielonki. Pod koniec życia przeniósł się do córki Wandy do Myślic, również w tej samej okolicy.

Jerzy Kmita. Lata 50.
Nie dane mi było poznać pradziadka osobiście, gdyż zmarł w 1973 r. Początkowo został pochowany na cmentarzu w Myślicach, a po śmierci babci Ludmiły jego prochy przeniesiono do wspólnego grobu w Zielonce Pasłęckiej.
Z opowieści mojej mamy oraz innych członków rodziny wiem, że Jerzy Kmita był człowiekiem pełnym humoru. Uwielbiał żarty, psikusy i słodycze – zawsze i w każdej ilości. Do końca życia zachował pogodę ducha, która pozwalała mu przetrwać nawet najtrudniejsze czasy.
Sabina Sobocińska,
Rybnik
Zdjęcia udostępnione przez autorkę