«Aby poślubić babcię, dziadek z Rudyka został Rudnickim, a z prawosławnego – katolikiem. Poszedł na takie ustępstwa z miłości. Później sowieckie represje rozdzieliły ich na 10 lat» – mówi Ludmyła Łutiuk z Sosnowego w obwodzie rówieńskim.
Dziś w «Monitorze Wołyńskim» jej rodzinne historie.
Rudniccy
«Z domu jestem Rudnicka, Łutiuk – to moje nazwisko po mężu. Tak naprawdę dziadek nazywał się Leon Rudyk (ur. 1896). Pochodził z Ludwipola (w 1946 r. nazwę wsi zmieniono na Sosnowe, obecnie obwód rówieński – aut.). Przed 1939 r. był to teren Polski, granica przebiegała po rzece Korczyk. W latach 20. XX w. dziadek przechodził przez rzekę i handlował po drugiej stronie, gdzie już byli sowieci. Pewnego razu złapano go i postawiono ultimatum: albo idziesz do armii Budionnego, albo dostajesz kulę w łeb. Nie miał wyjścia – poszedł do wojska.
Babcia Genoefa Czerniatowicz, c. Antoniego, (1896–1996, w dokumentach miała zapisane właśnie Genoefa) mieszkała wówczas we wsi Netreba w rejonie jemilczyńskim w obwodzie żytomierskim (obecnie ta miejscowość nie istnieje, położona była w pobliżu dzisiejszej wsi Sytne – aut.). Dziadek poznał ją, kiedy przechodził przez tę wieś z wojskiem. Zakochał się i uciekł z armii Budionnego. Rodzice babci jednak byli przeciwni ich związkowi. Powiedzieli jej, że może wyjść za mąż za dziadka, jeśli ten zmieni nazwisko i przyjmie wiarę katolicką. Tak dziadek z Rudyka został Rudnickim, a z prawosławnego – katolikiem» – mówi Ludmyła Łutiuk.
Po ślubie Leon i Genoefa Rudniccy przenieśli się do Heraldówki (obecnie wieś Sytne w Hromadzie Jemilczyn w rejonie zwiahelskim obwodu żytomierskiego). Urodziło się im czworo dzieci: Helena (ur. 1923), Polina (ur. 1925), Piotr (ur. 1927) i Paweł (1929–1989, ojciec Ludmyły Łutiuk).
«Początkowo mieszkali w Heraldówce, ponieważ to właśnie tam rodzina babci wydzieliła im ziemię. Według babci mieszkało tam kilka rodzin Niemców, Żydów, Polaków i Ukraińców. Gdy dzieci dorosły, Rudniccy przenieśli się do Horodnicy (obecnie też rejon zwiahelski – aut.), ponieważ w Heraldówce nie było polskiej szkoły. Wiem, że ciocie Hela i Pola ukończyły siedem klas polskiej szkoły, wujek Piotr – pięć, a mój tata Paweł – tylko cztery. Naukę przerwały sowieckie represje.
Około 1938 r. dziadek został zesłany na katorgę na Kołymie. Nie wiem dokładnie, za co został skazany. Nawet osoby o średniej zamożności były uważane za kułaków. A może za to, że uciekł z armii Budionnego? Z kolei krewnych po babci, w szczególności Suchowieckich, Kamińskich, Łabeńskich, którzy również mieszkali w obwodzie żytomierskim, zesłano w głąb ZSRR: kogoś do Kazachstanu, innych – do Kraju Krasnojarskiego.
Babcię z dziećmi najpierw wypędzono z ich domu. Następnie z Horodnicy przesiedlono ich dalej, na wschód obwodu żytomierskiego. Później – bliżej obwodu kijowskiego. Tak stopniowo znaleźli się w obwodzie czernihowskim. Podobnie jak wszystkich Polaków, mieli ich zesłać na Syberię czy do Kazachstanu. Zaczęła się jednak wojna niemiecko-radziecka, zostali więc w obwodzie czernihowskim» – zaznacza Ludmyła Łutiuk.
Jak wynika z informacji podanych w wielotomowej serii «Zrehabilitowani przez historię. Obwód żytormierski. Tom 6» (str. 161), Leon (Leontij) Rudnicki został aresztowany 21 września 1937 r. Oskarżono go o agitację antysowiecką i na mocy decyzji Kolegium Specjalnego NKWD ZSRR z dnia 27 października 1937 r. skazano na dziesięć lat poprawczych obozów pracy. Dziadek Ludmyły Łutiuk został zrehabilitowany w 1960 r.
Powrót do Ludwipola
Helenę i Piotra Rudnickich wysłano na roboty przymusowe w Niemczech. Zostali ostarbeiterami. «Ojciec był jeszcze za mały, nie wzięli go. A ciotkę Polę babci udało się wykupić. Podobno umówiła się z niemieckim lekarzem w zamian za złote monety, które miała jeszcze ze sprzedaży ziemi w Heraldówce. Pracowali w tartaku. Mieszkali w malutkim pokoiku, który musieli dzielić z drugą rodziną.
Wiem, że wujek Piotr pracował w Niemczech w jakimś zakładzie, a ciotka Hela trafiła do gospodarstwa prywatnego w pobliżu granicy z Austrią. Z opowieści wiem, że tam zakochał się w niej pewien Francuz, który namawiał ją, by po wojnie udała się z nim do Francji. Odmówiła: chciała do domu, bardzo tęskniła za rodzicami. Przez całe życie żałowała, że z nim nie pojechała. Wiem także, że gdy ciotka Hela wracała, jej niemiecka gospodyni dała jej dużo dobrych ubrań. Tu takich rzeczy nie było» – powiedziała Ludmyła Łutiuk.
Leon Rudnicki był na Kołymie przez 10 lat. W 1948 r. wrócił do rodziny w Ludwipolu, przemianowanym wówczas na Sosnowe. Z Niemiec przyjechali Helena i Piotr. «Dlaczego wszyscy urządzili się w rodzinnej wsi dziadka? Bo w obwodzie żytomierskim już nikogo nie było, a tu mieszkało rodzeństwo dziadka» – wyjaśnia nasza rozmówczyni.
Opowiada, że na zesłaniu Leon Rudnicki musiał grzebać zmarłych więźniów, zdejmować i prać ich ubrania: «Jak mówił, biało nie biało, aby wodę widziało. Trudno sobie wyobrazić: wieczna zmarzlina, lodowata woda, taki mróz, że ubrania nie schły, tylko natychmiast zamarzały. A jak te ciała trzeba było zakopać… Dziadek mówił, że przez długi czas miał je przed oczami. Musiał to przeżyć. Wiem, że nie został zabrany do batalionu karnego, ponieważ zapisał się jako Polak. Większość zesłańców wysłano na wojnę; wielu z nich zginęło».
W Sosnowem Leon Rudnicki najpierw pracował przy spławie drzewa na rzece Słucz, a następnie – w kołchozie. «Dziadek przez całe życie pracował, nawet w już bardzo poważnym wieku. To on nauczył mnie kosić trawę, rąbać drewno, nawozić ziemię, dbać o konie. A kiedy przypomnę sobie te sianokosy… Moje koleżanki nad rzeką, a ja z dziadkiem i tatą na sianokosach. Dziadek zawsze mówił: jeszcze zdążysz poleniuchować, musisz umieć pracować. Bardzo się cieszył z wnuków, a mnie kochał szczególnie. Lubił chodzić na zebrania rodzicielskie, bo zawsze słyszał tam swoje nazwisko. Był bardzo dumny ze mnie, kiedy dostałam się na uniwersytet.
A babcia Genoefa uczyła mnie polskich modlitw: «Wierzę», «Ojcze nasz», «Zdrowaś Maryjo», modlitwa wieczorna… Przed pierwszą klasą rozmawiałam z babcią tylko po polsku» – dodaje nasza rozmówczyni.
Ogińscy
Krewni ze strony matki Ludmyły Łutiuk pochodzą ze wsi Hiziwszczyzna w obwodzie żytomierskim (obecnie Hromada Lubar w rejonie żytomierskim). Dziadkowie Makar, s. Tarasa (1903–1967), i Agafia, c. Dmytra (z domu Szweć, 1906–1987), Ogińscy wychowali troje dzieci: Ninę (ur. 1923), Tymofija (ur. 1928) i Wirę (1932–2007, matka Ludmyły Łutiuk).

Makar i Agafia Ogińscy
«Ogińscy nie byli Polakami, tylko Ukraińcami, choć mieli polskie nazwisko. Wiem, że rodzina przeżyła Wielki Głód w latach 1932–1933. Przetrwali dzięki krowie ukrywanej przez babcię. Kiedy gotowała dzieciom, warzyła też zgniłe ziemniaki, aby ukryć zapach kaszy mlecznej. W przeciwnym razie zabraliby im wszystko. Głód był straszny. Dwoje najmłodszych dzieci babci zmarło. Były to bliźniaki. Nie przeżyły, ponieważ babcia nie miała mleka w piersiach, by je karmić. Podobno nawet nosiła maluchy do felczera do sąsiedniej wsi. Powiedział: uciekaj stąd, bo na końcu wsi mieszka facet, który, jeśli was spotka, zabije i zje. Uciekła, ale te najmłodsze dzieci nie przeżyły. Głód przetrwało tylko troje dzieci: Nina, Tymofij oraz moja mama Wira» – mówi nasza rozmówczyni.
Jej matka uczyła się w Dubieńskiej Szkole Medycznej, po której została skierowana do pracy w Sosnowem. Tam poznała Pawła Rudnickiego. Pobrali się w 1953 r. Wychowali trzy córki: Ludmyłę (nasza rozmówczyni, ur. 1956), Polinę (ur. 1960) i Natalię (ur. 1964).

Wira (z domu Ogińska) i Paweł Rudniccy. 1953 r.
«Ojciec pracował jako kierowca, matka – jako pielęgniarka. Matka przez 44 lata pracowała na oddziale dziecięcym w szpitalu w Sosnowem. Nawet po jej odejściu na emeryturę, jeszcze przez bardzo długi czas ludzie zwracali się do niej o pomoc.
Z tego, co wiem, mnie, Polinę, a także dzieci cioci Heli – Ludmyłę i Anatola – ochrzcili razem. Pewnego dnia babcia Genoefa dowiedziała się, że w Nowogrodzie Wołyńskim (dzisiaj Zwiahel – aut.) będzie odpust i przyjedzie ksiądz. Wysłała tam swojego zięcia Jana, który przywiózł księdza do nas. Całą czwórkę dzieci ochrzczono w domu. Miałam wtedy chyba cztery i pół roku. Gdy urodziła się Natalia, nie było okazji, by ochrzcił ją ksiądz katolicki, dlatego matka zaprosiła księdza z kościoła prawosławnego. Też udzielił jej chrztu w domu.
W domu obchodziliśmy Święta Bożego Narodzenia dwa razy: i katolickie, i prawosławne. Podobnie Wielkanoc. Uwielbialiśmy jeździć na święta do krewnych dziadka, mieszkających w sąsiednich wsiach. Zawsze przestrzegaliśmy wszystkich tradycji. Nawet kiedy uczyłam się w szkole i na Wielkanoc byliśmy zmuszani do pracy przy ziemniakach, babcia zawsze kładła mi do torby babkę wielkanocną, jajka, kiełbasę, byśmy je potem z dziewczynami zjadły. Podczas studiów we Lwowie zawsze starałam się pójść do kościoła na święta. Kiedy przyjeżdżałam do domu, opowiadałam babci o tych mszach».

Na dole: Wira Rudnicka (matka), Julia (córka), Polina Dubowa (siostrzenica), Polina Hwozdenczuk (siostra). Na górze Natalia Dubowa (siostra) i Ludmyła Łutiuk. 1997 r.

Od lewej: Switłana Buneczko (kuzynka), Polina Pawłowska (ciotka), Ludmyła Łutiuk z córką Julią. Mińsk, 2011 r.

Wasyl i Hanna Łutiukowie. 1989 r.
60 km do kościoła
Po ukończeniu szkoły w Sosnowem nasza rozmówczyni studiowała na Wydziale Geograficznym Uniwersytetu Lwowskiego. «Lata studenckie we Lwowie wspominam jako jedne z najlepszych. Swiatosław Wakarczuk śpiewa o Lwowie: «Miasto mojej wiosny». Dla mnie też jest miastem mojej wiosny. Po dziewiątej klasie pojechaliśmy na wycieczkę do Lwowa i tak mi się tam spodobało, że postanowiłam składać papiery na studia tylko do Lwowa. Podczas studiów ukończyłam kursy przewodników i tłumaczy języka polskiego. Oprowadzałam wycieczki po Lwowie» – wspomina Ludmyła Łutiuk.

Ludmyła Łutiuk. 1974 r.
Po studiach dostała skierowanie do pracy w Równem. Była nauczycielką geografii: najpierw w Szkole nr 22, a następnie w Zespole Szkolno-Wychowawczym nr 12. «Pracowałam w szkole przez około 25 lat. Za tę pracę dostałam medal lidera szkolnictwa. Miałam wśród uczniów zwycięzców republikańskich zawodów turystycznych, zwycięzców Małej Akademii Nauk z geografii, zwycięzców Olimpiady Geograficznej, otrzymałam tytuł «nauczyciel metodolog».

Ludmyła Łutiuk z córką Julią. Twierdza chocimska, 1997 r.

Ludmyła Łutiuk. Zakarpacie, 2017 r.
W 2004 r. ze względu na okoliczności rodzinne nasza rozmówczyni przeniosła się do Chmielnickiego. Mieszkała tam przez 17 lat. Prowadziła działalność gospodarczą. Do małej ojczyzny, do Sosnowego, albo, jak mówi, do swojego zakątka historycznego, wróciła w 2021 r. i mieszka tu do dziś. W związku małżeńskim z Anatolijem Łutiukiem (1954–2009) urodziła córkę Julię. Ma troje wnuków.
«Wcześniej, gdy pracowałam w Równem, chodziłam do kościoła Świętych Apostołów Piotra i Pawła. Kiedy przeniosłam się do Chmielnickiego, dołączyłam do miejscowej polskiej organizacji, chodziłam do tamtejszego kościoła Chrystusa Króla Wszechświata. Kiedyś do Chmielnickiego przyjeżdżała moja przyjaciółka z Kostopola, zaprosiła mnie do ich kościoła na święta. Od tego czasu zaczęłam podróżować z Chmielnickiego do kostopolskiego kościoła Najświętszego Serca Pana Jezusa.

Ludmyła Łutiuk. Kostopol, maj 2025 r. Fot. Olga Szerszeń
Po powrocie do Sosnowego wciąż jeżdżę do Kostopola na msze, chociaż muszę pokonywać 60 km w jedną stronę autobusem. Nie mam kościoła bliżej: wszystkie zostały zniszczone. Również z grupą parafian pod przewodnictwem proboszcza naszej parafii księdza Andrzeja Parusińskiego wielokrotnie wyprawiałam się do Polski. Lubię jeździć do Kostopola nie tylko na święta, ale też do swoich przyjaciół, parafian kościoła i członków Towarzystwa Kultury Polskiej» – podkreśla Ludmyła Łutiuk.

Ludmyła Łutiuk. Wołowiec, Wielkanoc 2024 r.
Olga Szerszeń
Zdjęcia z rodzinnego archiwum Ludmyły Łutiuk
Na głównym zdjęciu: Rodzina znowu razem. Od lewej: dziadek Leon, babcia Genoefa, wujek Piotr. W górnym rzędzie: Jan Pawłowski (mąż cioci Poliny), ciocia Polina, ciocia Helena i ojciec Paweł. Sosnowe, 1949 r.
