«Ktoś przyjechał. Wychodzę, a tam siedzi jakaś kobieta. Pamiętam, jak była ubrana… Mówią mi: to jest twoja matka» – opisuje swoje spotkanie z mamą po długiej rozłące Janina Zaniczkowska z Kutrowa koło Beresteczka.
Nasza rozmówczyni była jedną z pierwszych osób z obwodu wołyńskiego, które dostały Kartę Polaka. Zapraszamy na jej rodzinną historię.
«Amerykanin» z Kutrowa
Mama Janiny Zaniczkowskiej, Wiktoria Stefanowicz (1898–1980), pochodziła z Brodów (obecnie obwód lwowski). «Dziadek Jakub był starostą w cerkwi. Babcia miała na imię Franciszka» – mówi Janina.

Wiktoria Dżulińska, matka Janiny Zaniczkowskiej, lata 40

Wujek Włodzimierz Stefanowicz. Brody
Pierwszego męża, Tymoteusza Dżulińskiego (ok. 1879–1928), Wiktoria poznała w pociągu. Pobrali się w 1921 r. Tymoteusz pochodził z Kutrowa (obecnie Hromada Beresteczko w rejonie łuckim w obwodzie wołyńskim). «Jechała pociągiem ze Lwowa do Brodów, on również. Tak się spotkali. Wzięli ślub w Radziwiłłowie w 1921 r. Najpierw mieszkali w Nowinach (przed 1940 r. Nowiny Czeskie, obecnie wieś należy do Hromady Młynów w rejonie dubieńskim w obwodzie rówieńskim – aut.). Tymoteusz miał tam cegielnię. Kiedy wybudowali dom, przenieśli się tutaj, do Kutrowa. Nie wiem, co się później stało z tą cegielnią» – mówi Janina Zaniczkowska.
Wiktorii i Tymoteuszowi Dżulińskim urodziło się czworo dzieci: Olga (ur. 1922), Mikołaj (ur. 1924), Włodzimierz (ur. 1926) i Ludmiła (ur. 1929).
«Tymoteusza, mimo że pochodził z Kutrowa, nazywali Amerykaninem, ponieważ był w Ameryce na zarobkach. Został zabity 13 grudnia 1928 r. Ludmiła urodziła się już po śmierci ojca. Mama opowiadała, że zastrzelił go Polak o nazwisku Nogicz, prawdopodobnie policjant. Wówczas po wsi chodziła jakaś warta. Czyli dwóch sąsiadów się umawiało: dziś pójdziesz ty, a jutro – ja. Amerykanin, wiadomo, na takie dyżury nie chodził. Jakiś chłopak chodził za niego. Rano przychodzi, Tymoteusz płaci mu za zastępstwo, wypytuje, jak minęła noc. «Nogicz mnie pobił». – «Za co?» – «Niby spałem. Nie spaliśmy, tylko siedzieliśmy i gadaliśmy. Niby jak miałem na ławce spać?» Po pewnym czasie Tymoteusz poszedł na piwo. Nogicz też tam był. Tymoteusz wziął kufel piwa i dał mu w mordę. Narobił mu wstydu... Tymoteusz ukrywał się przez trzy tygodnie. Tamten go śledził, i gdy Tymoteusz później wracał do domu, zastrzelił. Stało się to w Beresteczku, koło parku. Ludzie wszystko widzieli, byli świadkowie, ale sprawę zamieciono pod dywan. Mama była w ciąży z czwartym dzieckiem. Ktoś przyszedł i powiedział jej, że Tymoteusz leży w wodzie. Został pochowany w Kutrowie» – mówi Janina Zaniczkowska.
«Jeśli chce pożegnać się z córką, niech przyjedzie»
Z drugim mężem, Stanisławem Strykiem (1907–1978), ojcem naszej rozmówczyni, Wiktoria poznała się na weselu. Stanisław mieszkał z rodzicami w Brodach. «Matka ojca Anna Czerniec pochodziła ze wsi Jazłowczyk, 5 km od Brodów. Dożyła do 104 lat. Dziadek miał na imię Jan.

Janina (pierwsza po prawej) z ojcem Stanisławem Strykiem i ciotką, 1965 r.
Matka spotkała ojca przez przypadek. Była krawcową. Jej sąsiadka z Kutrowa pracowała w aptece w Brodach, wychodziła za mąż za jakiegoś Polaka. A kiedyś na wesele wszystko szyli sami. Teraz wszystko się kupuje, a dawniej ubranie panny młodej się szyło. Ojciec był jeszcze kawalerem i na weselu był świadkiem. Tam moi rodzice się poznali. Ojciec pracował jako kowal i kierowca. Zaczął jeździć do mamy, następnie rozpoczęli wspólne życie. To był 1933 r. Urodziłam się w 1935 r., a mój młodszy brat Wasyl – w 1937 r.» – zaznacza pani Janina.
Stanisław i Wiktoria spędzili razem około sześciu lat. «Kiedy miałam pięć czy sześć lat, ojciec zabrał mnie do Brodów, by pokazać babci. Gdy pojechał, przyszła wojna (chodzi o lato 1941 r., kiedy zaczęła się wojna niemiecko-radziecka – aut.). Z powrotem (czyli w stronę Beresteczka i Kutrowa – aut.) już nikogo nie puszczano. Tak zostałam w Brodach. Poszłam tam do szkoły. Nie pamiętam, w jakim języku było nauczanie. Chyba po polsku. Tata znalazł sobie nową żonę. Urodził się im syn Dmytrij (ur. 1942).
Po wojnie (po wycofaniu się Niemców latem 1944 r. – aut.) na targ zaczęli przyjeżdżać ludzie z Beresteczka i Kutrowa, przywozili do Brodów zboże. Chodziłam wówczas już do drugiej klasy. Pewnego dnia przyjechał jeden pan, który znał i ojca, i matkę. Dziadek Jan poszedł na targ, zobaczył go i powiedział, że jeśli Wiktoria chce pożegnać się z córką, niech przyjedzie (Stanisław Stryk z rodziną miał wkrótce wyjechać do Polski – aut.). Mama przyjechała na następny targ. Już zapomniałam, jak wyglądała. Minęło przecież kilka lat. Byłam jeszcze dzieckiem.
Bawiłam się akurat z bratem. Przychodzi ciotka, siostra ojca, i mówi: Janko, chodź. Nic więcej nie powiedziała. Ktoś przyjechał. Wychodzę, a tam siedzi jakaś kobieta. Pamiętam, jak była ubrana. Biała bluzka z batystu, biała chusta z bielutkim szlaczkiem… Dziadkowie mówią: to jest twoja matka. A mama do nich: «Przyjechałam, by ją zabrać». Brat, który przybył z nią, powiedział: «Mamo, zabierz Jankę. Wystarczy nam jedzenia. Zabierz ją do domu». Babcia spakowała mi do worka rondelek, łyżkę, miskę, ubrania… Tyle pamiętam. Jeszcze przypominam sobie, że przejeżdżaliśmy przez trzy mosty i bałam się, bo wokół była sama woda. Siedziałam na wozie, jak jakiś prosiak z targu, który nie wie, gdzie się podziać» – wspomina pani Janina, nie powstrzymując łez.
Do Kutrowa wróciła wiosną 1945 r. Jej ojciec z nową rodziną, siostrą i rodzicami w 1946 r. wyjechał do Polski. Zamieszkali w Głubczycach (obecnie województwo opolskie). «Miałam jechać z nimi. Były dla mnie dokumenty. Na granicy ich pytają: ma być jeszcze jedno dziecko. Mówią: matka zabrała» – dodaje Janina Zaniczkowska.
«Tylko raz zawiozłam mamę do Polski»
Jej starsza siostra Ludmiła (po ślubie Samuś), pracowała jako sekretarka w radzie wiejskiej. Kiedy wydawała nowe dokumenty, wszystkie dzieci Wiktorii, w tym Janinę i Wasyla od drugiego męża, zapisała na jedno nazwisko, jako Dżulińskich.

Rodzina Zaniczkowskich i Samusiów. Siostry Janina i Ludmiła
Spośród sześciorga dzieci Wiktorii tylko Mikołaj zamieszkał w Polsce. W czasie wojny Niemcy wywieźli go do pracy przymusowej. «Wszyscy chłopcy, którzy byli w Niemczech, zebrali się z różnych miejsc, by razem wrócić do domu. Mikołaj napisał, kiedy był już w Brześciu. Wszystko, co wiózł, wszystkie prezenty, zabrali ruscy. Miał całą walizkę takich rzeczy. Zostawili mu tylko to, co miał na sobie. Niektórzy chłopcy mówią: jedźmy stąd do Ameryki, zaróbmy. Mikołaj do nich dołączył. Kiedy przybyli do Polski, dalej ich nie puszczono. Został w Zielonej Górze. Ożenił się i mieszkał tam przez całe życie. Potem kilka razy do niego przyjeżdżałam» – mówi pani Janina.
Jej matka Wiktoria chciała wyjechać do Polski w 1957 r. «Ludmiła, która wyszła już za mąż za Samusia, mówi: «Janko, nie jedźcie. Przecież zostanę tutaj sama». I tak zostaliśmy. Do Polski zawiozłam mamę tylko raz, w 1967 r.» – wspomina nasza rozmówczyni.
Brat Włodzimierz Dżuliński osiadł w Archangielsku. «Poszedł do wojska i już stąd nie wrócił» – wyjaśnia pani Janina.

Włodzimierz Dżuliński, 1948 r.
O siostrze Oldze opowiada w ten sposób: «Wyszła za mąż w 1940 r. W następnym roku urodziła syna. Mąż go nawet nie zobaczył, poszedł na wojnę. Przyszła wiadomość, że jest zaginiony. Znalazł się później na jakichś wyspach, założył tam drugą rodzinę. Olga też wyszła za mąż po raz drugi. Mieszkała w Międzyrzeczu Koreckim w obwodzie rówieńskim».
Wasyl uczył się w tzw. szkole FZN w Charkowie (szkoła fabryczno-zakładowego nauczania, dolny szczebel szkoły zawodowej w ZSRR w latach 1940–1963 – red.). W 1961 r. ożenił się i przeniósł z rodziną do Równego.

Janina, siostra Ludmiła z córkami, brat Wasyl

Rodzina Dżulińskich. Matka Wiktoria siedzi pośrodku. Po jej lewej stronie – Olga. Pierwsza po prawej stronie siedzi Ludmiła. Pierwszy po lewej stronie stoi Mikołaj
Przez 26 lat śpiewała w cerkwi
Janina Zaniczkowska ukończyła dwie klasy polskiej szkoły w Brodach. W Kutrowie uczęszczała do szkoły wieczorowej. «Kiedy miałam 13 lat, poszłam do pracy w kołchozie. Po dwunastu latach się zwolniłam. Następnie przez 33 lata pracowałam w zakładzie przetworów owocowych, po czym wyszłam na emeryturę. Pracowałam także w klubie w Kutrowie» – mówi.
Po raz pierwszy pani Janina pojechała do Polski w 1965 r., do Zielonej Góry, gdzie mieszkał brat Mikołaj. «W ogóle nie umiałam mówić po polsku. W domu wszyscy rozmawiali po ukraińsku. Kiedy brat przyjeżdżał do nas, też mówił po ukraińsku. Mama mogła tylko czasem rzucić jakieś słowo (po polsku – aut.). Nauczyłam się rozmawiać (po polsku – aut.), kiedy odpoczywałam nad Bałtykiem z rodziną brata. Mieliśmy tam imprezy, dyskoteki. Mówili mi: ucz się języka, powtarzaj. I się nauczyłam. Przecież byłam tam ponad dziesięć razy (w Polsce – aut.), jak mogłabym się nie nauczyć? Nauczyłam się» – zaznacza pani Janina.

Maria i Mikołaj Dżulińscy, Zielona Góra, 23 września 1952 r.

Janina (druga po lewej) w Gdańsku. Obok brat Mikołaj Dżuliński z córkami. 1965 r.
Mikołaj Dżuliński nalegał, by siostra została w Polsce, wyszła tam za mąż. «Znalazł mi nawet kandydata. Mówię: takie szczęście, jak ten zalotnik, którego wybrałeś, to ja mam w domu. Ciocia pisała do matki: «Wydaj Jankę za mąż, spokojniej będzie ci leżeć na cmentarzu». Nie chciałam za mąż. Ale cóż. Wyszłam. Miał na imię Fedir. Chodziliśmy ze sobą przez dwa i pół roku. Urodziła się córka, podobna do ojca. Byliśmy razem przez 43 lata. Byłam od niego o dwa miesiące starsza» – opowiada nasza rozmówczyni.
Z Fedirem Zaniczkowskim (1936–2017) pobrali się w 1975 r. Urodziła się im córka Ludmiła. Pani Janina ma dwie wnuczki: Walentynę i Marię.

Ślub Fedira i Janiny Zaniczkowskiej, 6 maja 1975 r.

Rodzina Zaniczkowskich. Janina z córką i mężem

Rodzina Dżulińskich. Janina stoi pierwsza od prawej strony. Obok niej Mikołaj. Pośrodku Ludmiła
Nasza rozmówczyni jest jedną z pierwszych osób – obywateli Ukrainy polskiego pochodzenia w obwodzie wołyńskim, które otrzymały Kartę Polaka. «W 2008 r. dokument ten wręczano jeszcze uroczyście. Jeździłam do Łucka. Zostaliśmy wezwani na scenę, grała muzyka. Dokumenty wręczał ówczesny Konsul Generalny RP w Łucku Tomasz Janik. Karty Polaków dostali później także moja córka i wnuczki» – mówi Janina Zaniczkowska.
Przypomina, że została ochrzczona w 1935 r. we wsi Humniszcze (obecnie Hromada Beresteczko): «Jak byłam dzieckiem, mama nauczyła mnie modlić się. Później, kiedy poszłam do cerkwi w Kutrowie, już sama się uczyłam. Przez 26 lat śpiewałam w cerkwi».
16 listopada Janina Zaniczkowska będzie obchodziła 89. urodziny. «Bóg trzyma mnie na ziemi przez tyle lat. Myślę sobie: być może, jestem dla czegoś Mu potrzebna» – rozważa pani Janina.
Olga Szerszeń
Zdjęcia pochodzą z rodzinnego archiwum Janiny Zaniczkowskiej
Na głównym zdjęciu: W kręgu rodzinnym, 9 kwietnia 1972 r.
