«Faktycznie całe życie mojej rodziny jest związane z Łuckiem» – mówi 62-letni Leonid Pastryk, lekarz w trzecim pokoleniu, członek Stowarzyszenia Kultury Polskiej im. Ewy Felińskiej na Wołyniu.
Przyznaje się, że historią swojej rodziny zainteresował się dopiero w starszym wieku. «Być może z biegiem lat człowiek zdaje sobie sprawę z wagi więzów rodzinnych, zaczyna lepiej rozumieć swoich rodziców, dziadków, to, jak trudno mieli w życiu. Teraz w Ukrainie toczy się wojna i na naszych oczach odbywa się wiele tragedii. Podobne nieszczęścia były wcześniej, ale z naszymi krewnymi» – podkreśla pan Leonid.
Urodził się w 1961 r. w Łucku, w rodzinie inteligentów. Ojciec Wiktor Pastryk (1927–1985) pracował w szkolnictwie, całe życie poświęcił wychowaniu fizycznemu młodzieży. Matka Nina Pastryk (z domu Saluk, 1933–2000) była lekarką. Zarówno Leonid, jak i jego młodsza siostra Margaryta (ur. 1963) otrzymali wykształcenie medyczne. Dziś Margaryta z mężem Jackiem Omelańskim i córką Agatą mieszkają w Rzeszowie. Leonid wraz z żoną Tetianą i synem Wiktorem są w Łucku. Syn naszego rozmówcy również jest lekarzem i członkiem Stowarzyszenia Kultury Polskiej im. Ewy Felińskiej.
Pradziadek był sprawnym przedsiębiorcą
Według historyków Pastrykowie na Wołyniu są przesiedleńcami z Holandii lub Niemiec. W XVII–XVIII w. powstały tutaj tak zwane holenderskie osady. Teraz nazwisko Pastryk (lub Pastrik) występuje na przykład w okolicach Turzyska i Lubomla.
«Mój pradziadek ze strony ojca Johann Pastryk s. Gottlieba (?–1930), przypuszczalnie przeniósł się do Łucka z okolic Turzyska. Był odnoszącym sukcesy przedsiębiorcą. W Łucku miał duży piętrowy dom naprzeciwko obecnego centrum rozrywki «Promiń». W pobliżu wybudował kilka pomniejszych budynków. W czasie II wojny światowej Niemcy zabrali jego dom i urządzili tam komendę wojskową. Pradziadek miał pięciu synów i córkę. Jednym z synów jest mój dziadek Konstanty (?–1934). Pracował jako felczer.

Konstanty Pastryk
Konstanty i Nadija (z domu Hrebenszczykowa, ?–1974) Pastrykowie mieli jednego syna, mojego ojca Wiktora. Niestety, dziadek wcześnie odszedł. Tata dorastał tylko z moją babcią Nadią. Razem przeżyli trudne czasy wojenne i powojenne w Łucku. Ojciec wychował się w środowisku polskim, uważał się za Polaka, z czego był niezwykle dumny» – opowiada Leonid Pastryk.

Nadija Pastryk (z domu Hrebenszczykowa)
Dodaje, że II wojna światowa nie oszczędziła rodziny Johanna Pastryka. Jedni walczyli i zginęli, inni byli represjonowani przez sowietów, część wyjechała z Wołynia.
«Babcia kategorycznie odmówiła wyjazdu»
W 1944 r. podpisano Układ dotyczący ewakuacji obywateli polskich z terytorium USRR i ludności ukraińskiej z terytorium Polski. A w 1946 r. ojciec Leonida Pastryka Wiktor, mający wówczas 19 lat, został powołany przez władze radzieckie na stanowisko pełnomocnika do organizacji wyjazdu Polaków.
«Pamiętam nawet dokument z pieczęcią, w którym zaznaczono, że należy mu zapewnić wszelką możliwą pomoc w koordynowaniu wyjazdu ludności polskiej. Ojciec opowiadał, że jeden po drugim zostały podstawione trzy pociągi. Tata miał wyjechać w tym ostatnim. Wspominał, że nawet znalazł domek pod Katowicami. Jednak w ostatniej chwili babcia Nadia kategorycznie odmówiła wyjazdu. Była gospodynią domową i całe życie spędziła w Łucku. Myślę, że bała się opuścić miejsce, do którego była przyzwyczajona. Tak zostali w Łucku.
Kuzynostwo taty wyjechało. Przenieśli się też jego koledzy, w tym bliski przyjaciel Jurek Kopik. Z biegiem czasu tacie udało się odnowić z nim kontakt. Pisali do siebie, wymieniali się zdjęciami. Niestety, ojciec wcześnie odszedł. Jurek Kopik przyjeżdżał do Łucka już po jego śmierci» – opowiada Leonid Pastryk.

Wiktor Pastryk
Pierwsze spotkanie po wojnie na Wołyniu
W latach powojennych kontakty z krewnymi, którzy opuścili terytorium Ukraińskiej SRR, były bardzo ograniczone. «Ojciec opowiadał, że na przełomie lat 50. i 60. dostał list z Ameryki. Myślę, że napisał ktoś z bliskich. Wtedy były straszne czasy, za kontakt z kimś z zagranicy groziły represje. Dlatego ojciec odmówił przyjęcia listu, żeby nie narażać rodziny» – wyjaśnia nasz rozmówca.
Po raz pierwszy spotkać się z kimś z krewnych, którzy przenieśli się do Polski, rodzinie Wiktora Pastryka udało się dopiero na początku lat 70. Wówczas do Łucka przyjechał z Krakowa jego kuzyn Borys Pastryk z żoną Krystyną. «Wujek Borys w latach II wojny światowej walczył w szeregach polskiej armii, został ranny i stracił nogę. Z Krakowa wujek z ciotką przyjechali na motocyklu z wózkiem. Ciocia prowadziła, a wujek siedział w wózku. Było to pierwsze rodzinne spotkanie na Wołyniu po wojnie» – zauważa Leonid.
Później takie spotkania rodzinne odbywały się już regularnie. Żeby raz w roku odwiedzić krewnych w Polsce, Pastrykowie z Łucka musieli za każdym razem zbierać mnóstwo dokumentów. Nie można było po prostu kupić biletów i pojechać. Nie było też możliwości, aby udać się do najbliższych krewnych w PRL dwa razy w roku. Pozwalano tylko na jeden wyjazd. Zezwolenie dostawaliśmy przez OWIR (od ros. Oddział wiz i rejestracji – aut.). Krewni z Polski wysyłali zaproszenie. Z nim tata szedł do OWIR-u. Tam dostawał arkusz, z którym trzeba było odwiedzić szereg instytucji, na przykład miejsce pracy lub studiów, komitet Komsomołu, komitet związkowy, spółdzielnię. Następnie wszystkie dokumenty trzeba było złożyć do OWIR-u, dopiero potem dostawaliśmy paszporty zagraniczne. Taką procedurę musieliśmy odbywać przed każdym wyjazdem.
Tata opowiadał, że jak przyszedł do OWIR-u po raz trzeci i powiedział, że na urlop znowu chce pojechać do PRL, powiedziano mu: «Już dwa lata z rzędu jeździliście do Polski. W ZSRR jest wiele miejsc, gdzie można dobrze spędzić urlop». Tata musiał się tłumaczyć, że chce odwiedzić krewnych, bo cała rodzina jest w Polsce» – mówi Leonid.
Najpierw zatrzymywali się u Borysa i Krystyny Pastryków w Krakowie. «Przez 10 dni podróżowaliśmy i odkrywaliśmy dla siebie Kraków i okolice. Następnie jeździliśmy już i do Krakowa, i do Gdańska. Uwielbialiśmy te podróże. Moje najlepsze wspomnienia z dzieciństwa związane są z odwiedzinami krewnych w Polsce. Tato czekał na te spotkania rodzinne przez cały rok. Takiego szczęśliwego ojca widziałem tylko wtedy, gdy przyjeżdżał do Polski i spotykał się z krewnymi. Był cały w skowronkach» – opowiada Leonid Pastryk.
Ukraińska rodzina spod Hrubieszowa
Krewni naszego rozmówcy ze strony matki pochodzą z ukraińskiej rodziny, która kiedyś mieszkała na terenie Polski, niedaleko Hrubieszowa. Dziadek Semen (?–1974) i babcia Sofia (?–1982) Salukowie mieli dwie córki: Ninę i Marię (1929–2018). W ramach układu o ewakuacji ludności ukraińskiej z terytorium Polski musieli zostawić dom z gospodarstwem i przenieść się do Żydyczyna.
«Dziadkowie byli rolnikami. W Polsce mieli ziemię i bydło, ciężko pracowali. Wiem, że dziadek Semen uwielbiał konie. Musieli zostawić wszystko, co zdobyli swoją pracą. Po przyjeździe otrzymali działkę w Żydyczynie i zaczęli wszystko od nowa. Następnie wydano rozkaz przekazania ziemi kołchozom. Dziadek, który prowadził gospodarstwo jednorodzinne, był kategorycznie przeciwny wstąpieniu do kołchozu. Dlatego rodzina przeniosła się do Łucka. Tutaj dziadek zbudował dom» – mówi Leonid.
Słuchali Polskiego Radia
Wiktor Pastryk i Nina Saluk poznali się w Łucku. Pobrali się w 1959 r. Dzieci Leonida i Margarytę potajemnie ochrzcili w domu. W rodzinie rozmawiali po ukraińsku. «Słuchaliśmy jednak tylko Polskiego Radia. Tata, kiedy mógł, dostawał polskie gazety i czytał nam z siostrą na głos. Czyli język polski w domu słyszeliśmy bardzo często. Z Margarytą dobrze nauczyliśmy się języka polskiego podczas wyjazdów do rodziny. Ojcu marzyło się założenie anteny telewizyjnej do oglądania polskiej telewizji. Pamiętam, że gdzieś w latach 80. znalazł pracowników, którzy kilka razy próbowali zainstalować tę antenę na naszym domu, ale sygnał był niestabilny» – wspomina Leonid.
W rodzinie obchodzono zarówno katolickie, jak i prawosławne święta, ale tylko za zamkniętymi drzwiami, po cichu. Wiktor Pastryk słuchał nabożeństw w radiu. Podkreślał dzieciom: niczego z tego, co się mówi w rodzinie, nie wolno wynosić z domu.

Wiktor i Nina Pastrykowie z dziećmi Leonidem i Margarytą. 1983 r.
Bolesław i Edward z Kanady
Na koniec Leonid Pastryk opowiada historię, która nie dotyczy bezpośrednio jego krewnych: o losach wujków szwagra Jacka Omelańskiego, którzy wyemigrowali do Kanady.
«To Bolesław i Edward Kuczewscy. Pochodzą z kolonii pod Horochowem. Dziś już nie ma tej miejscowości. W 1994 r. przyjechali, żeby odwiedzić miejsce, w którym się urodzili. Jak się okazało, w 1940 r. należeli do zamożnej polskiej rodziny, która posiadała ziemię i gospodarstwo, zatrudniała ludzi do pracy sezonowej. Kiedy przyszli sowieci, rodzina została oskarżona o wykorzystywanie pracy chłopskiej i zesłana na Syberię. Ojciec zmarł w drodze, a matka – po jakimś czasie po przybyciu na zesłanie. Synowie opuścili Związek Sowiecki z Armią Andersa. Po wojnie wyemigrowali do Kanady. Bolesław i Edward przyjechali latem. Odwiedziliśmy Horochów i miejsce, w którym kiedyś znajdowała się ich kolonia» – wspomina Leonid.

Leonid i Tetiana Pastykowie z synem Wiktorem. 2018 r.

Margaryta i Jacek Omelańscy z córką Agatą. 2021 r.
Olga Szerszeń
Zdjęcia pochodzą z rodzinnego archiwum Leonida Pastryka.
Na głównym zdjęciu: Drużyna siatkówki z Łucka. Kapitan drużyny Wiktor Pastryk pierwszy od lewej.