Rodzinne historie: Zamykały się w kuchni i rozmawiały w niezrozumiałym języku
Artykuły

«Moi przodkowie, jak prawdopodobnie zdecydowana większość ówczesnych polskich rodzin, mieli ciężki los» – rozpoczyna swoją rodzinną historię Aleksander Radica ze Zdołbunowa. Opowiada «Monitorowi Wołyńskiemu» o Wielkim Głodzie w obwodzie chmielnickim, deportacji krewnych w głąb ZSRR, Pierwszej Komunii matki z rąk ojca Serafina Kaszuby i harcerstwie.

Dom pod miedzianą blachą

Pradziadek naszego rozmówcy ze strony matki Jan Jasielski (1874–1965(6)) z bratem Dionizym podczas I wojny światowej wyjechał do pracy w Ameryce. Dionizy tam został, a Jan trochę zarobił i wrócił.

Jan i Paulina (z domu Witwicka, ?–1939) Jasielscy wychowywali sześcioro dzieci: Franciszkę (1906–1986), Ludwika (1907–1955(6)), Marię (1909–1966(7)), Józefę (1911–2002), Wiktorię (1914–1997, babcię Aleksandra Radicy) i Józefa (1921(2)–1944). Wielodzietna rodzina mieszkała we wsi Nadyszeń (obecnie Białohirska Hromada w rejonie szepetowskim obwodu chmielnickiego).

«Pradziadek Jan Jasielski po powrocie z Ameryki wybudował porządny dom z miedzianą blachą na dachu. Jednak rodzina nie zamieszkała w nim na długo. Na początku lat 30. władze radzieckie ogłosiły Jana Jasielskiego kułakiem i zesłały całą rodzinę do Semipałatyńska (miasto w Kazachstanie, obecnie Semej – aut.). Na Ukrainie zostało tylko dwoje dzieci. Wiktorię wydali za mąż za Władysława Petriwskiego (1910–1982). Miała zaledwie 16 lat – zaznacza Aleksander Radica. – Jasielskich przed wywózką trzymali w areszcie w Sławucie. Pewnego razu Wiktoria pojechała odwiedzić rodzinę i cudem zabrała ze sobą najmłodszego brata Józefa. Nie był zamykany za kratami ze wszystkimi innymi, tylko bawił się na korytarzu».

Pradziadek Jan Jasielski

Rodzinę deportowano, gospodarstwo odebrano, dom został rozebrany. Blachę z domu Jasielskich później położono na jednym z pomieszczeń dla bydła w kołchozie.

Z czasem Jasielscy wrócili do Nadysznia. «Kogoś przygarnęła Wiktoria. Ktoś zaczął budować dom. Ludwik zginął na budowie. Został przygnieciony przez drzewo… W rodzinie nie wspominano lat spędzonych na zesłaniu. Być może tak zarządził pradziadek» – mówi Aleksander Radica.

Z kolei babcia Wiktoria opowiadała o Wielkim Głodzie 1932–1933 r. w obwodzie chmielnickim. «W rodzinie cudem została krowa Zorka… Pewnego dnia do domu podeszła kobieta z trzyletnim chłopcem. Wówczas chutory i wsie w poszukiwaniu pożywienia przemierzali tak zwani chodaki. Kobieta poprosiła o coś do jedzenia. Choć sami prawie nic nie mieli, babcia dała im ziemniaka i mleka. I dodała: «Jedzcie, ale powoli. Nie wszystko na raz». Kobieta z dzieckiem wzięła jedzenie, poszła i usiadła nieopodal. Po pewnym czasie babcia zauważyła, że siedzi nieruchomo w jednym miejscu, a dziecko bawi się w pobliżu. Poprosiła dziadka, żeby poszedł i sprawdził, co się dzieje... Okazało się, że umarła. Chłopiec, miał na imię Mychajłyk, został. Dorastał między rodzinami, to w jednym domu, to w drugim. Po wojnie niestety jego ślad się urwał» – mówi Aleksander.

Babcia Wiktoria Petriwska z krową Zorką

Polak w armii radzieckiej pod Warszawą

Mężowie sióstr Franciszki i Józefy Jasielskich – Filaret Tomaszewski i Franciszek Baranowicz – zostali rozstrzelani w latach 30. Wiadomo, że ciało Filareta Tomaszewskiego pochowano w Bykowni. Z kolei Maria Jasielska na zesłaniu zachorowała na suchoty.

«Według babci Wiktorii, Maria zawsze miała przy sobie jedną – dwie chusteczki i była bardzo schludna. Dziadek również był bardzo zadbany. Zawsze był ubrany w garnitur, choć stary, miał także białą chusteczkę w kieszeni na piersi. Kiedy przyjeżdżał, wszyscy go witali, całując go w rękę» – zauważa Aleksander Radica.

Józef Jasielski, który dorastał w rodzinie starszej siostry Wiktorii, podczas II wojny światowej zapisał się w dokumentach jako o rok starszy, żeby dostać się do wojska. «Zmobilizowano go w 1941 r. Był szeregowym, strzelcem. Zginął pod koniec października 1944 r. Pochowano go w Zielonce koło Warszawy. Razem z nim służył Edward Biliński z tej samej wsi. Opowiadał, jak zginął Józef. Październik 1944 r. Koniec Powstania Warszawskiego. Zielonka leży pod Warszawą. Wiadomo, że wojska radzieckie nie od razu weszły do Warszawy, lecz dały Niemcom możliwość wymordowania Polaków. Zarówno Józef, jak i Edward byli Polakami w armii radzieckiej. Może chcieli dostać się do Warszawy? Edward coś ukrywał. Powiedział tylko, że Józef został poważnie ranny i pochowano go na miejscu… Babcia opowiadała, że dostali zawiadomienie o zgonie».

«Wszystkie modlitwy odmawialiśmy po polsku»

Prababcia Aleksandra Radicy Ludmyła Petriwska (z domu Wyżykowska, ?–1954) pracowała u pewnej rodziny jako pokojówka. Nie wiadomo, kim był jej mąż. «Prawdopodobnie chodziło o pana, u którego pracowała. Poza Władysławem miała jeszcze córkę Zuzannę (po mężu Markiewicz, 1912–199(?))» – wspomina nasz rozmówca.

Dziadek Aleksandra Władysław Petriwski

W rodzinie Wiktorii Jasielskiej i Władysława Petriwskiego urodziło się sześcioro dzieci: Halina (1932–1987), Roman (1935–201(?)), Stanisław (1937–199(?)), Józef (ur. 1940), Maria (ur. 1945) i Feliksa (ur. 1948).

«Józef mieszka w Równem. Obecnie jest najstarszy w rodzinie. Żyje też Maria (po mężu Berezowska) i moja matka Feliksa. Maria mieszka w Stryju, a Feliksa – w Zdołbunowie» – mówi Aleksander Radica.

Wspomina, jak z babcią Wiktorią jeździł w odwiedziny do cioci Haliny (po mężu Omelańczuk): «Miałem około sześciu lat. Ciotka mieszkała w Miakotach w obwodzie chmielnickim. Dziwiłem się, że kiedy przyjeżdżaliśmy, moja babcia i ciocia Halina zamykały się w kuchni i rozmawiały w niezrozumiałym języku, czyli po polsku. Moja mama, jako najmłodsza, niestety nie znała języka, chociaż wszystkie modlitwy rano i wieczorem odmawialiśmy wyłącznie po polsku».

Po lewej stronie stoi Wiktoria Jasielska (1914–1997), z przodu siedzi Władysław Petriwski (1910–1982), po prawej stronie siedzą Jan Archipowicz i Anna Archipowicz, 1931 r.

Siostry Jasielskie z dziećmi i mężami. Od lewej: Wiktoria, Franciszka, Maria, córka Józefy (trzyma dziecko), Józefa, Wacław, Włodzimierz Kompanijeć, Janina, Maria

«Ojciec został nazwany na cześć pradziadka»

Krewni Aleksandra Radicy ze strony ojca pochodzą ze wsi Załuże w obwodzie chmielnickim.

«Mój ojciec Wasyl Radica (1947–2010) był najstarszym dzieckiem. W rodzinie było ich 14. Udało mi się znaleźć informacje o pradziadku Wasylu. Prawdopodobnie ojciec został nazwany na jego cześć. Mamy tylko jedno zdjęcie pradziadka. Jest na nim w mundurze reńskich ułanów. Ogólnie nazwisko Radica (lub Radicza/Radiča) prowadzi na Bałkany. Wiadomo, że reńscy ułani walczyli podczas I wojny światowej w armii austro-węgierskiej. Prawdopodobnie pradziadek Wasyl walczył w szeregach reńskich ułanów, później dostał ziemię, osiadł i ożenił się z Ukrainką» – przypuszcza nasz rozmówca.

Jego dziadek Iwan również przeszedł karierę wojskową. Następnie osiadł w Załużu w obwodzie chmielnickim, pracował jako nauczyciel wychowania fizycznego w miejscowej szkole. Babcia Maria wychowywała dzieci.

Wasyl Radica i Feliksa Petriwska uczęszczali do tej samej szkoły w Załużu. Pobrali się pod koniec lat 60. Urodziło się im dwoje dzieci: Oleg (ur. 1970) i Aleksander (ur. 1979). Wasyl i Feliksa rozwiedli się, gdy młodszy syn miał sześć lat.

Feliksa Petriwska (Radica) i Wasyl Radica, rodzice Aleksandra

«Mnie i Olega języka polskiego nauczyła babcia Wiktoria. Najpierw nauczyła nas czytać po polsku. Chociaż babcia ukończyła tylko cztery klasy polskiej szkoły, była bardzo wykształcona. Pierwsza książka mojego brata po polsku to «Trzej muszkieterowie» Aleksandra Dumasa. Przeczytałem ją po Olegu. Czyli my nauczyliśmy się polskiego od babci, a mama – już od nas» – mówi Aleksander.

Aleksander Radica ze starszym bratem Olegiem na Krymie. Koniec lat 80

Pierwsza Komunia z rąk ojca Serafina Kaszuby

«Mama opowiadała, jak zawieziono ją z siostrą Marią do Pierwszej Komunii. To było w latach 50., kiedy w Ostrogu był jeszcze otwarty kościół. Odległość od Nadysznia do Ostroga to około 30 km. Jedna z kobiet przywiozła tam dzieci. Kiedy dojechały, zanocowały na chórze w kościele. I następnego dnia poszły do spowiedzi. Moja mama pamięta, że była bardzo przestraszona, bo wszystko było po polsku, a ona nie rozumiała. Mszę odprawiał ojciec Serafin Kaszuba. Mama zapamiętała, że po Pierwszej Komunii zabrano ich z Marią na pyszne lody.

Ponownie moja matka spotkała się z Serafinem Kaszubą na początku lat 70., kiedy wrócił z Kazachstanu. W tym czasie rodzice przenieśli się już do Zdołbunowa (ojciec dostał pracę na kolei, potem na kolei pracowała też matka). Kiedy ojciec Serafin Kaszuba przyjeżdżał do Zdołbunowa, odprawiał nabożeństwa w domu wiernych, którzy mieszkali w pobliżu kościoła. Ostatnia msza odbyła się w domu Emilii Bednarczyk – mieli duży dom, a wtedy przyszło więcej ludzi. Mamę zaprosiła na nią Julia Burkowska, z którą znały się od czasu przeprowadzki do Zdołbunowa: «Przyjedzie ksiądz, będzie msza święta, przychodź». Więc mama przyszła na mszę. Następnego dnia wszyscy razem odprowadzali ojca Serafina Kaszubę na pociąg. Mama ryzykowała, bo mogli jej zniszczyć życie za coś takiego» – mówi Aleksander Radica.

Dodaje, że został ochrzczony razem z bratem w domu w Zdołbunowie. Dzieci potajemnie ochrzcił ksiądz prawosławny, ponieważ nie udało się znaleźć katolickiego.

«Pamiętam, jak razem z mamą jeździliśmy do Sławuty. W połowie lat 80. kościoły były zamknięte, a w Slawucie działała kaplica. Koledzy z klasy nabijali się: «Radica jeździ do Boga się modlić»... Kiedy przyjechaliśmy po raz pierwszy, nie wiedzieliśmy, gdzie iść. Podpowiedzieli miejscowi. Doszliśmy do małego domu. Na podwórku jakiś mężczyzna w fufajce i ciężkich butach ciął drzewo. Mama zapytała, gdzie można znaleźć kaplicę, żeby się pomodlić. Wskazał na dom. Weszliśmy. Akurat zaczęła się msza, wchodzi ksiądz, a to ten sam człowiek, który pracował na podwórzu, ksiądz Antoni Andruszczyszyn. Nawiasem mówiąc, pierwszą komunię otrzymałem właśnie z rąk księdza Antoniego w Sławucie. Pamiętam też lata 90., kiedy jeździliśmy z mamą do Równego i modliliśmy się na schodach kościoła (obecnie sala muzyki kameralnej i organowej Rówieńskiej Filharmonii Obwodowej – aut.). Pamiętam też pierwszą mszę w 1991 r. w odnowionym kościele w Zdołbunowie» – opowiada nasz rozmówca.

«Ludzie przyrastają do ziemi, na której się urodzili»

Aleksander Radica ukończył szkołę kolejową w Zdołbunowie. Służył w Gwardii Narodowej Ukrainy. Po wojsku zatrudnił się na kolei. Już pracując, ukończył Dniepropietrowski Uniwersytet Narodowy Transportu Kolejowego. Do 2014 r. pracował na kolei. Potem zwolnił się i pojechał do Polski. Ukończył Szkołę Wyższą Przymierza Rodzin w Warszawie, uzyskując zawód historyka. Wraz z żoną Wiktorią wychowuje troje dzieci.

«Od 2002 r. jestem w harcerstwie: najpierw jako instruktor, obecnie – komendant Harcerskiego Hufca «Wołyń». W 2011 r. założyłem Kulturalno-Oświatowe Centrum im. Tadeusza Czackiego. Wraz z żoną szkolimy i edukujemy młodzież, prowadzimy działalność społeczną i wolontariat.

Aleksander Radica z harcerkami Hufca «Wołyń» w Watykanie. Maj 2023 r. 

W rzeczywistości mam wiele białych stron, luk w swojej rodzinnej historii, które wciąż staram się wypełnić. Szukam, dzwonię… Dla mnie jest to interesujące i ważne, bo nie znając swojej przeszłości, trudno jest budować przyszłość» – podkreśla Aleksander.

Według niego ludzie przyrastają pępowiną do miejsca, w którym się urodzili. Poczuł to na własnym przykładzie: «Być może to taki regionalny patriotyzm. Poczułem to w 2022 r., kiedy rozpoczęła się pełnoskalowa wojna. Wtedy mieszkaliśmy z rodziną w Polsce. Jednak jestem związany pępowiną z tą ziemią, więc całą rodziną wróciliśmy do Zdołbunowa 24 sierpnia 2022 r., w Dniu Niepodległości Ukrainy. Ludzie tu mieszkają, jest dla kogo pracować i jest tu wiele do zrobienia. Tak zostałem wychowany. Nie tylko ja, ale też mój brat. Oleg, marynarz na statkach zagranicznych, rzucił pracę, pożegnał się z rodziną i poszedł bronić tej ziemi».

Olga Szerszeń

Zdjęcia pochodzą z archiwum rodzinnego Aleksandra Radicy

***

Powiązane publikacje
Rodzinne historie: Wspomnienia rówieńskiego krajoznawcy Czesława Chytrego
Artykuły
«Pamiętam, jak pięknie grały organy w kościele Świętego Antoniego. Pamiętam również, jak je zniszczono, jak splądrowano świątynię, jak ścięto krzyże na wieżach, jak wszystko rozkradziono i wywieziono. Chociaż kościół zamknięto, wciąż modliliśmy się do Boga. Zaczęliśmy się gromadzić w domach. Potajemnie. Żyliśmy w wierze katolickiej» – wspomina 79-letni Czesław Chytry z Równego. 
13 marca 2026
Rodzinne historie: Tę historię chcę przekazać moim dzieciom
Artykuły
Oleksandr Kiś przez całe życie, z wyjątkiem lat studenckich spędzonych w Winnicy, mieszka w Łucku. Jego rodzina ze strony matki pochodzi z Podola, a przodkowie ze strony ojca przenieśli się na Wołyń z województwa lubelskiego, prawdopodobnie w okresie II wojny światowej.
27 lutego 2026
Rodzinne historie: Nasza polskość kształtowała się w kościele
Artykuły
Polacy osiedlili się na Podolu w czasach I Rzeczypospolitej. I pomimo trudnych wydarzeń historycznych i odległości geograficznej, wynikającej z faktu, że od współczesnej granicy polsko-ukraińskiej dzielą ich setki kilometrów, miejscowym skupiskom Polaków udało się przetrwać i zachować tożsamość narodową.
13 lutego 2026
Rodzinne historie: «Nie przypuszczałem, że zostanę wojskowym»
Artykuły
«Mój ojciec był Ukraińcem, a mama – Polką. Ucząc się języka polskiego, czytając polskie książki, a następnie wyjeżdżając do Polski, zacząłem odkrywać w sobie więź z polską linią swojej rodziny. Teraz uważam się za ukraińskiego Polaka. Za człowieka, który ma jedno serce na dwa narody» – mówi 45-letni Andrzej Końko.
30 stycznia 2026
Rodzinne historie: «Połowa uczniów w mojej klasie była Polakami»
Artykuły
«Polaków u nas, w Nowej Borowej na Żytomierszczyźnie, było wielu. W mojej klasie chyba z połowa uczniów była Polakami, a druga – Ukraińcami» – mówi Ludmiła Wysocka, z domu Rusecka.
21 listopada 2025
Rodzinne historie: Obu dziadków zamordował reżim sowiecki
Artykuły
«Obie moje babcie rozmawiały po polsku, dziadków nie znałem, bo obu zamordowały władze sowieckie» – opowiada Walenty Wysocki. Pochodzi ze wsi Nowa Borowa w obwodzie żytomierskim, obecnie mieszka w Zdołbunowie w obwodzie rówieńskim.
07 listopada 2025
Rodzinne historie: Od Krzemieńca do Buenos Aires
Artykuły
«Fascynuje mnie znajdywanie krewnych, których od dawna nie widziałam lub w ogóle nie znałam, i śledzenie, wyłapywanie wspólnych cech. Możesz nie znać człowieka, nie rozmawiać z nim przez lata, ale pokrewieństwo trwa» – mówi Natalia Urbańska (z domu Mszaniecka) z Tarnopola.
10 października 2025
Rodzinne historie: «Wszystko zaczęło się od ręczników mamy»
Artykuły
Maria Fedorczuk połączyła swoje życie z dwoma miejscowościami w obwodzie rówieńskim: w Kostopolu urodziła się i spędziła większość życia, a w Topczy w Hromadzie Korzec stworzyła etnograficzny skarbiec.
26 września 2025
Rodzinne historie: «Moi dziadkowie są przesiedleńcami»
Artykuły
Nasza rozmówczyni Lubow Doczak urodziła się i mieszka we wsi Sidorów w Hromadzie Husiatyn w rejonie czortkowskim w obwodzie tarnopolskim. Tu spotkali się i pobrali jej rodzice. «Nasze dzieciństwo było wspaniałe. Mieliśmy wielu krewnych, bardzo dobrych, wszyscy zjeżdżali się do nas na święta» – wspomina pani Lubow.
12 września 2025