Witalij Dmytrenko urodził się i mieszka w Łucku. W latach szkolnych, przed zamknięciem kaplicy na dawnym cmentarzu katolickim, pełnił funkcję ministranta. Dziś opowiada swoją rodzinną historię – o przodkach z obwodu chmielnickiego, których los rozrzucił po świecie, poszukiwaniu krewnych za granicą i dzieciństwie w Łucku.
Turzańscy z Podola
«Wiem, że mój pradziadek ze strony matki, szlachcic Seweryn Turzański herbu Grzymała mieszkał na Południowym Podolu (terytorium współczesnego obwodu winnickiego – aut.). Brał aktywny udział w powstaniu styczniowym w latach 1863–1864. Za to został pozbawiony rodzinnego majątku, więc trzej jego synowie musieli urządzać życie swoich rodzin od zera» – opowiada Witalij.
Jego dziadkiem jest Aleksander Turzański. «Był żonaty trzy razy. Z pierwszego małżeństwa miał syna Bronisława, który został aresztowany w 1920 r. przez bolszewików. Jego losy nie są mi znane. Później mama próbowała dowiedzieć się czegoś o starszym przyrodnim bracie, ale bezskutecznie. Po śmierci pierwszej żony dziadek ożenił się z Antoniną, moją babcią. Zmarła, gdy moja mama, Stanisława (ur. 1913), miała siedem lat. Z małżeństwa z trzecią żoną urodziła się córka Ludmiła. Rodzina mieszkała w Chmielówce w obwodzie Chmielnickim. W 1920 r. dziadek zachorował na tyfus i zmarł. Mama została sierotą» – opowiada Witalij.

Władysław Turzański (pośrodku). Ok. 1900 r.
Dziadek naszego rozmówcy miał dwóch braci: Walerego i Władysława. «Rodzinie Władysława, który miał czworo dzieci, po II wojnie światowej jakoś udało się wyjechać do Polski. Tak więc wszyscy moi krewni, którzy obecnie mieszkają w Polsce, są potomkami Władysława Turzańskiego. Z kolei rodzina Walerego pozostała na terenie ZSRR. Wiem, że miał dziewięcioro dzieci. Jeden z jego synów, Tadeusz, w 1920 r. został zesłany do Omska (Syberia Zachodnia – aut.). Tam też pozostał. Dzieci Walerego Turzańskiego zostały zapisane jako Turżańscy. Nazwisko zostało błędnie wpisane do dokumentów wydanych w języku rosyjskim».
Nagrobek na memoriale
W 1932 r. Stanisława Turzańska wyszła za mąż za przyjezdnego kadeta Oleksandra Dmytrenkę. W tym samym roku urodziła się im córka Halina. «Ojciec jako wojskowy został skierowany do Łucka, dlatego rodzina się przeprowadziła. Ja urodziłem się już w Łucku w 1947 r. Kiedy miałem osiem miesięcy, rodzice się rozstali» – kontynuuje Witalij.

Stanisława Turzańska, matka Witalija Dmytrenki, w obwodzie chmielnickim (po lewej). 1937 r.
Przypomina jedną z opowieści swojej matki: w czasie II wojny światowej, podczas ataków powietrznych na Łuck, Stanisława pobiegła do schronu, a jeden z pocisków zniszczył mieszkanie rodziny na ulicy Kopernika. «Takie bolesne wspomnienie. Wszystkie dokumenty, wszystkie zdjęcia zostały utracone. Nie pozostały żadne pamiątki po krewnych. Mama niczego tak nie żałowała, jak tych zdjęć».

Stanisława Turzańska, matka Witalija Dmytrenki
Podczas II wojny światowej w Łucku mieszkała rodzina jej młodszej siostry Ludmiły Turzańskiej (po mężu Dubickiej). W 1949 r. zniknęła ze swoim starszym synem. «Mama nawet nie próbowała ich szukać, bała się, że może im to zaszkodzić. Młodszy syn Ludmiły Leonid Dubicki zmarł jako dziecko w 1948 r. i został pochowany na dawnym cmentarzu katolickim w Łucku. Kiedy cmentarz został zniszczony, a na jego miejscu powstał sowiecki memoriał, matka postarała się, aby umieszczono tam upamiętniający go nagrobek. Na tym samym cmentarzu była pochowana moja siostrzenica, córka Haliny, która również umarła jako niemowlę. Kiedy już było wiadomo, że na cmentarzu powstanie memoriał, siostra z mężem przenieśli grób córki na cmentarz przy ulicy Rówieńskiej. Moja matka i siostra też są tam pochowane. Mama zmarła w 1977 r., a siostra – w 1995 r. Nawiasem mówiąc, grób mojej matki został poświęcony przez księdza Serafina Kaszubę» – opowiada Witalij Dmytrenko.

Napis na nagrobku: Leonid Dubicki s. Ołeksija. 1948–1948.
Znaleźli krewnych Polsce przy pomocy Czerwonego Krzyża
W latach 70. matce naszego rozmówcy udało się poprzez Czerwony Krzyż odnaleźć swojego kuzyna Romana Turzańskiego, syna Władysława Turzańskiego. Jak się okazało, w latach II wojny światowej mieszkał z rodziną w Łucku. Pracował w jednej z miejscowych szkół. Rodzina Romana wyjechała do Zielonej Góry w 1946 r.
«W latach 1939–1945 Roman wraz z żoną (a później również z córką) chodzili do kościoła w Łucku i ani razu nie spotkali mojej matki. Taki jest los… Roman z żoną wzięli w tym kościele ślub, ochrzcili tam córkę» – zauważa Witalij. «W połowie lat 70. moja matka pojechała do krewnych w Polsce. Później też jeździłem do Zielonej Góry do rodziny wujka Romana, a jego syn wraz z rodziną po upadku Związku Radzieckiego przyjeżdżał do Łucka. Dzisiaj rodzina po wujku mieszka w Zielonej Górze, Opolu i Lęborku. Nadal utrzymujemy kontakt».

Roman Turzański z rodziną. 1954–1955.
Dzieciństwo w Łucku
«Między mną i siostrą jest 15 lat różnicy. Tak naprawdę dorastałem tylko z matką. Nie znałem dziadków. Dzieciństwo spędziłem na ulicy Młynowej w Łucku. Kiedyś rzeczywiście był tam duży młyn. Przez jakiś czas zboże przywożono konno, następnie samochodami z otwartym nadwoziem. Na ulicy była dziura i sąsiedzi namówili kierowcę, by nie zwalniał za mocno, przejeżdżając przez to miejsce. Samochód podskakiwał na dziurze i trochę zboża wysypywało się na drogę. Ludzie wybiegali z wiaderkami lub szuflami i zbierali, aby mieć co dać kurom. Zdarzało się, że z chłopakami wskakiwaliśmy za burtę samochodu na zjeździe w Młynową, kubkami czerpaliśmy za pazuchę pszenicę i uciekaliśmy na sąsiednią ulicę» – wspomina Witalij Dmytrenko.

Witalij Dmytrenko w Łucku. 1953 r.

Siostra Witalija Dmytrenki, Halina, w Łucku. Lata 50.
Wspomniany młyn w Łucku na początku XX w. zbudowała rodzina Friedmanów. Karmił miasto i okoliczne wsie. Działał do pożaru na początku lat 60. Później w jego pomieszczeniu otwarto radziecką fabrykę obuwia. Nasz rozmówca pamięta wielki pożar z 1961 r.: «Siedzieliśmy na workach, ponieważ mieszkaliśmy niedaleko magazynów mąki. Baliśmy się, że ogień może się tam przerzucić i wszystko wybuchnie».
Także Witalij przypomina sobie burzę z maja 1960 r. Spowodowała w Łucku wiele zniszczeń: powaliła drzewa, zerwała dachy, w tym z kościoła luterańskiego, porozbijała okna, uszkodziła domy, zalała ulice. «Siedzieliśmy w szkole, kiedy zobaczyliśmy, jak na ulicy przewróciło się ogromne drzewo i wieża do ćwiczeń strażackich (w pobliżu Szkoły numer 5 – aut.). Wracając do domu, musieliśmy przeciskać się pod leżącymi drzewami».
Rówieśnicy mówili na mnie Polak
Nasz bohater dodaje, że spędził dzieciństwo w parku imienia Woroszyłowa (obecnie teren ogrodu botanicznego). «W zimie, kiedy Sapałajówka zamarzała, roiło się tam od dzieci. Jeździliśmy na łyżwach, zjeżdżaliśmy z pagórków na nartach. Latem kąpaliśmy się w rzeczce i fontannie (wówczas w Sapałajówce można było pływać, choć w towarzystwie pijawek). W parku i w pobliżu rosły morwy i rajskie jabłonie. Mama robiła z tych jabłek bardzo dobry dżem» – mówi Witalij.
Przyjaciele mówili na niego Polak, ponieważ rodzina nie ukrywała swojego polskiego pochodzenia. «Jak się później okazało, matka przyjaciela, który nazywał mnie Polakiem, również była Polką, czyli on sam, podobnie jak ja, był Polakiem nie wiedząc o tym» – śmieje się Witalij.
Jego matka przez jakiś czas pracowała w szkolnej szatni. Później zwolniła się ze względów zdrowotnych. «Mama miała chore serce. Bała się, że umrze i zostanę sam. Kiedy przyjeżdżali studenci studiów zaocznych, wynajmowaliśmy im łóżka. Wszyscy mieszkaliśmy razem. Nawiasem mówiąc, jednym z takich najemców był Archyp Danyluk, który został znanym naukowcem (jeden z budowniczych skansenu we Lwowie, tzw. Szewczenkowskiego Gaju – aut.)».
Witalij Dmytrenko zauważa, że nie rozmawiał z matką po polsku: «Język polski pojawił się w moim życiu przez kaplicę, zwłaszcza poprzez modlitwy. Najlepiej nauczyłem się języka podczas wyjazdów do Polski. Teraz swobodnie czytam, piszę i mówię po polsku».
Ministrant w kaplicy na cmentarzu
Przed zamknięciem kaplicy na cmentarzu katolickim w Łucku (ok. 1961 r.) Witalij posługiwał do mszy. Według niego, od 1958 r. aż do zamknięcia świątyni nabożeństwa były regularne.
«Uczyliśmy się katechizmu, przykazań… Kiedyś nabrałem swoich kolegów, którzy nie wiedzieli, że jestem ministrantem. Mówię chłopcom: wierzycie, że wejdę do kaplicy i pójdę do samego księdza? Nie uwierzyli. Kiedy byliśmy przy kaplicy, otworzyłem drzwi. Weszliśmy. Oni zostali przy drzwiach, a ja poszedłem prosto do zakrystii. Tam nałożyłem komżę (biała szata liturgiczna – aut.) i wyszedłem, dzwoniąc dzwoneczkami. Tak ich zaskoczyłem (śmieje się – aut.).

Pierwsza Komunia Witalija Dmytrenki. W pobliżu kaplicy na cmentarzu katolickim. 1955 r.
Pamiętam jeszcze jedną historię. Nauczycielką w mojej szkole i starszą drużynową pionierów była Irena Kostecka (współzałożycielka i prezeska Stowarzyszenia Kultury Polskiej na Wołyniu im. Ewy Felińskiej na początku lat 90. – aut.). Jakoś po nabożeństwie, kiedy wszyscy się rozeszli, przebierałem się w zakrystii. Rzuciłem okiem przez szczelinę między zasłonami i zobaczyłem, że przyszła moja drużynowa. Przestraszyłem się. A ona wzięła modlitewnik, uklękła, pomodliła się, przeżegnała i szybko poszła. Pewnie, gdyby mnie zobaczyła, przeraziłaby się bardziej ode mnie. To znaczy, że była wierząca i, kiedy mogła, chodziła do kaplicy, ale musiała się z tym kryć, bo mogła utracić pracę» – wyjaśnia Witalij Dmytrenko.
Dodaje, że nawet po zamknięciu kaplicy miejscowi katolicy spotykali się na wspólnych modlitwach: «Moja chrzestna Maria Kleszna mieszkała w piętrowym domu w pobliżu rzeki Styr. Oddała jeden pokój na takie wspólne nabożeństwa, nawet urządziła tam swego rodzaju ołtarz. Parafianie przychodzili do niej na msze».
Dzieci i wnuki mieszkają w Polsce
Oprócz zwykłej szkoły Witalij ukończył szkołę plastyczną. Następnie uczył się w Technikum Gospodarstwa Leśnego w Krzemieńcu. Po powrocie do Łucka pracował jako wykładowca w szkole zawodowej, a później został inżynierem technologiem w fabryce samochodów. Z biegiem czasu został głównym inżynierem technologiem, kierował grupą technologiczną.

Witalij Dmytrenko w Łucku. 1953 r.
«Po upadku ZSRR fabryka zawiesiła swoją działalność. Dlatego w 1995 r. po raz pierwszy wyjechałem do Polski na zarobek, pracowałem w gospodarstwie rolniczym. Później jeździłem do zakładu produkcji okien, zakładu meblarskiego, mięsnego oraz do innych miejsc. Podczas tych podróży poznałem wszystkich swoich krewnych, którzy tam mieszkali. Następnie poszedłem do pracy w łuckim zakładzie łożysk, po czym przeszedłem na emeryturę. Od 2009 r. już nie pracuję» – mówi Witalij.
Jego dwaj synowie od ponad 10 lat mieszkają w Polsce. Zdobyli tam wyższe wykształcenie i pracują. W Polsce urodziło się dwoje wnuków pana Witalija. Najstarszego w zeszłym roku osobiście odprowadził do pierwszej klasy.
«Gdyby mama żyła, byłaby niesamowicie szczęśliwa, że jej wnuki i prawnuki związały swój los z Polską» – podkreśla nasz rozmówca.
Kiedy w łuckim kościele wznowiono nabożeństwa, Witalij zaczął uczęszczać na msze. Po jednej z nich od Ireny Kosteckiej dowiedział się o działalności polskiej organizacji. Od 1995 r. jest członkiem Stowarzyszenia Kultury Polskiej na Wołyniu im. Ewy Felińskiej.

Witalij Dmytrenko. 2023 r.
Olga Szerszeń
Zdjęcia pochodzą z archiwum rodzinnego Witalija Dmytrenki. Na głównym zdjęciu: Pierwsza Komunia Witalija Dmytrenki. W pobliżu kaplicy na cmentarzu katolickim. 1955 r.
***
