«Wszystkie miejscowości, w których niegdyś mieszkali moi przodkowie, bądź to w Ukrainie, bądź w Białorusi, bądź w Polsce, uważam za swoje. Tak je nazywam – moje wsie. Jestem z nimi związany poprzez historię swojej rodziny» – mówi Artur Aloszyn z Łucka.
Nasz rozmówca to genealog, krajoznawca, współzałożyciel Muzeum Kisielina oraz autor projektu Memorium poświęconego cmentarzowi katolickiemu w Łucku. Dziś opowiada «Monitorowi Wołyńskiemu» o Kurczyńskich i Kołaczkach, o miastach i wsiach w Ukrainie, Polsce, Białorusi i Niemczech, o zachowaniu rodzinnej pamięci i badaniach genealogicznych.
Przekazujemy głos Arturowi Aloszynowi.
Kurczyńscy
Od dziecka wiedziałem, że wśród moich przodków są Polacy. Moi prapradziadkowie Marianna (z domu Gierczyńska, 1882–1964) i Czesław Kurczyńscy (1876–1920) wzięli ślub kościelny w 1902 r. To moi krewni ze strony ojca. Pochodzą z miasteczka Wisznice (województwo lubelskie). Pradziadek studiował w Warszawie. Podobno ktoś opłacił jego studia.

Czesław i Marianna Kurczyńscy. 1902 r.
Przed I wojną światową małżonkowie przenieśli się na Podole, do wsi Uhrynówka (obecnie część Chmielnika w obwodzie winnickim). Tu Czesław pracował przy skupie buraków cukrowych, prawdopodobnie jako inżynier. W pierwszych dniach I wojny światowej został powołany do armii rosyjskiej, gdzie dostarczał prowiant na front.

Czesław Kurczyński, lata 90. XIX w.

Czesław Kurczyński. Wrzesień 1914 r.

Czesław Kurczyński z szwagrem Władysławem Gierczyńskim na wojnie. 1916 r.
Po wojnie urodziła się moja prababcia Jadwiga (1920–2006). Czesław został zabity albo jeszcze przed jej urodzeniem, albo w pierwszych miesiącach jej życia w 1920 r. Kto go zabił? W jakich okolicznościach? Dokładnie nie wiadomo. Nie znalazłem żadnych zapisów o jego śmierci. Nie wiem, gdzie został pochowany. Najprawdopodobniej w tej samej Uhrynówce. Praprababcia Marianna została w Uhrynówce sama z córką. Wrócić w rodzinne strony, czyli do Polski, nie mogła, ponieważ granice były zamknięte. Różnie było: rodzina zachowała trochę wspomnień o wielokulturowym życiu w tamtych czasach i Wielkim Głodzie w latach 30.

Marianna Kurczyńska z córką Jadwigą. Winnica, 1930 r.
Przed II wojną światową prababcia Jadzia uczyła się na kursach nauczycielskich w Winnicy. Wiem, że w okresie II wojny światowej mieszkała w Samgródku (obecnie Żurawlówka w obwodzie winnickim). Prababcia opowiadała, że była na robotach przymusowych w okresie okupacji rumuńskiej, ale nie znalazłem na ten temat żadnych dokumentów.
Miała trójkę dzieci, każde od innego ojca. Nazwiska babcia nigdy nie zmieniała. Zawsze była Kurczyńska i wszędzie wpisywała, że jest Polką.
Dwóch jej synów urodziło się na Podolu: Anton (1939–2003) i Pawło (1942–1986). W dokumentach zostali zapisani jako Pastuszenkowie. Nazwisko Pastuszenko miał wojskowy, ojciec Antona, który zginął podczas II wojny światowej. Ojca Pawła nie udało mi się ustalić. Trzeci syn – Wołodymyr Aloszyn (ur. 1949), mój dziadek. Urodził się w Rożyszczach (dziś rejon łucki w obwodzie wołyńskim). Jak rodzina znalazła się na Wołyniu? Po wojnie prababcia została skierowana do pracy jako dyrektorka szkoły we wsi Elżbiecin koło Rożyszcz. Następnie rodzina przeniosła się do domu przy współczesnej ulicy Kowelskiej w Łucku.
Mój pradziadek Semen Aloszyn opuścił rodzinę krótko po narodzinach syna i przeniósł się gdzieś do Krasnojarskiego Kraju. Sam pochodził z Białorusi – ze wsi Piszczyki w pobliżu Orszy (dziś obwód witebski). Jeździłem nawet do tej wsi, ale nie znalazłem tam żadnych bliskich krewnych. Wiem, że pradziadek Semen zmarł po 1985 r. Próbowałem się dowiedzieć, gdzie i kiedy dokładnie zmarł, czy miał inną rodzinę… Pisałem do archiwów. Niestety, próby te nie skończyły się sukcesem. Dowiedziałem się tylko, gdzie się urodził. Szkoda, bo chciałem opowiedzieć dziadkowi Wołodymyrowi, kim był jego ojciec.
Wszystkimi trzema synami opiekowała się moja praprababcia Marianna, ponieważ Jadzia musiała pracować w jednej z łuckich szkół. Nie wiem, jak było w przypadku Antona i Pawła, ale mojego dziadka Wołodymyra Marianna potajemnie ochrzciła w dawnej cmentarnej kaplicy w Łucku, w której dziś mieści się Dom Panichidy. Wówczas kaplica służyła jako kościół.

Marianna Kurczyńska z wnukami. Ok. 1951 r.

Trzech braci: Anton i Pawło Pastuszenkowie, Wołodymyr Aloszyn. Początek lat 80. XX wieku

Jadwiga Kurczyńska z synem Wołodymyrem i wnuczką Oleną (córka Pawła)
Zauważę, że Pawło Pastuszenko był jednym z organizatorów klubu fotograficznego w Łucku, który znajdował się w gmachu przy ulicy Piatnycka Hirka. Niestety, musiał zaprzestać tej działalności z powodu pogarszającego się zdrowia. Wówczas akurat do Łucka przyjechał Borys Rewenko (ukraiński operator, fotograf i reżyser), który zastąpił go na stanowisku kierownika klubu, a później został prezesem amatorskiego studia filmowego «Wołyń».

Pawło Pastuszenko (pierwszy po lewej) w studiu filmowym. Pośrodku – Iryna Łewczaniwska, po lewej od niej – Eugeniusz Bojarczuk. Łuck, 1984 r.

Pawło Pastuszenko (po lewej) na Wieży Styrowej Łuckiego Zamku. Fot. Eugeniusz Tandury, 1982 r.
Dziadek Wołodymyr zdobył zawód budowniczego. Ożenił się z moją babcią Marharytą Matusewycz. W 1973 r. urodził się im syn Serhij, mój ojciec. Babcia dostała nazwisko Matusewycz po ojczymie. Jej ojciec, czyli mój pradziadek, Borys Karabulin, był malarzem, autorem obrazu «Wzięcie Łuckiego Zamku przez Seweryna Naływajkę», jednym z inicjatorów założenia Wołyńskiego Związku Artystów Plastyków.
Prababcia Jadzia, oprócz tego, że była nauczycielką, pracowała jako wychowawczyni kolonijna, organizowała wycieczki dla dzieci. Razem z dziećmi jeździła m.in. do Polski. Podczas jednej z takich podróży przekazała list swoim krewnym, których nigdy w życiu nie widziała. W rzeczywistości w Polsce miała liczną rodzinę, ponieważ praprababcia Marianny miała kilkoro braci i sióstr. Jednak kontakt z nimi się urwał. Ostatecznie udało się go przywrócić. Wiem, że w latach 70. i 80. prababcia jeździła z dziećmi do Polski i spotkała się tam ze swoimi krewnymi. Później oni wiele razy przyjeżdżali do Łucka.

Jadwiga Kurczyńska z synową w Siedlcach. 1980 r.
To właśnie namiary zapisane w notatniku mojej prababci pomogły mi przywrócić kontakt z tymi krewnymi kilka dekad później… Kiedy studiowałem w Polsce, poznałem osobiście wielu z nich: dopytałem ich o pewne rzeczy oraz sam im coś poopowiadałem.

Jadwiga Kurczyńska w łuckiej katedrze. Lata 2000.
Kołaczkowie
Mój prapradziadek ze strony matki Władysław Kołaczek urodził się we wsi Kocoń (dziś Gmina Ślemień w powiecie żywieckim, województwo śląskie), a praprababcia Marianna Fornal – w Bedlnie (obecnie Gmina Końskie w powiecie konieckim, województwo świętokrzyskie). Poznali się w Niemczech w mieście Korbach, gdzie oboje pojechali do pracy przed I wojną światową. Pobrali się w 1913 r. w katolickim kościele w Korbach.

Marianna i Władysław Kołaczkowie. Korbach, 1913 r.
Nie wiem dokładnie, kiedy wrócili do Polski, do Bedlna, ale mój pradziadek Wacław (1922–1993) urodził się już tam. Mieli też syna Władysława (ur. 1924) i córkę Irenę (ur. ok. 1926).
W 1924 r. rodzina przeniosła się do kolonii Nowiny niedaleko Maniewicz (dziś część wsi Kukły w Hromadzie Maniewicze, rejon koszyrski w obwodzie wołyńskim). Około 1938 r. rodzina przeniosła się do Czerewachy (dzisiaj również Hromada Maniewicze), gdzie mieszkała aż do II wojny światowej.

Niezidentyfikowany krewny. Maniewicze, lata 30. XX wieku
Mój pradziadek Wacław pracował w tartaku, a kiedy zaczęła się II wojna światowa, udał się jako pracownik najemny do Kozina (obecnie rejon łucki). Tam poznał moją prababcię Siańkę, czyli Aleksandrę Stepaniuk, (1918–2003). Jej rodzice byli przeciwni ich małżeństwu, jednak pradziadkowie mimo wszystko się pobrali. Wówczas Niemcy zaczęli namawiać ludzi do wyjazdu do pracy w Niemczech. Moi pradziadkowie zostali jednymi z pierwszych, którzy tam pojechali. Był kwiecień 1942 r. Zostali ostarbeiterami. Brat pradziadka Władysław również wyjechał do pracy, tylko do Austrii.
Mam zdjęcie, które Władysław wysłał bratu z Austrii w 1943 r.

Władysław Kołaczek. To zdjęcie wysłał do swojego brata Wacława z Austrii. 5 czerwca 1943 r.
Posiadam również listy, które moi krewni pisali z Czerewachy do Niemiec – do Wacława i Siańki. A także mały modlitewnik, wydany w 1930 r. w Częstochowie, który praprababcia Marianna dała Siańce przed wyjazdem do pracy w Niemczech.

List z Czerewachy do Wacława i Siani Kołaczków
Praprababcia Marianna z prapradziadkiem Władysławem i córką Ireną w czasie II wojny światowej zostali w Czerewasze, jednak później wyjechali, prawdopodobnie do Bedlna.
Jeśli zaś chodzi o Siańkę i Wacława, najpierw pracowali we wsi Daube (obecnie wieś Dęby w województwie lubuskim) u frau Merkel. Gospodyni ich wyzyskiwała, nawet ukrywała przed nimi kartki żywnościowe… Pod koniec lutego 1943 r. urodziła się moja babcia Maria. Prababcia jednak wciąż pracowała. Na początku marca ta frau Merkel powiedziała do mojej prababci: idź pracuj, a ja zaopiekuję się dzieckiem. Otworzyła okno i zostawiła dziecko bez nakrycia na parapecie. Pewnie chciała, by zamarzło. Jednak Siańka coś wyczuła, powiedziała o tym pradziadkowi i poszła sprawdzić, jak się ma jej córka. Prababcia natychmiast włożyła dziecko sobie pod ubranie, by się odgrzało. A pradziadek tak się wkurzył, że pobił frau Merkel. Wówczas taki uczynek oznaczał wyrok śmierci. Jednak pradziadek rozmawiał trochę po niemiecku, więc kiedy przyjechała policja, potrafił wyjaśnić im, co się stało. Na szczęście udało mu się uniknąć kary.
Potem rodzina została przeniesiona. Wiem, że babcia Maria została ochrzczona w Bytnicy koło Krosna Odrzańskiego (wówczas Crossen an der Oder, a dzisiaj miasto w województwie lubuskim w Polsce). W rodzinie urodził się także syn, jednak zmarł jako dziecko około 1945 r. Próbowałem odnaleźć grób tego chłopca, niestety okazało się to nierealne.
W lutym 1945 r. zostali wyzwoleni przez wojsko sowieckie. Pradziadek został powołany do armii sowieckiej, a prababcia Siańka z córką pojechała na Wołyń. Miały długą podróż. W Rawie Ruskiej zostały obrabowane. Jej córka Maria, czyli moja babcia, nawet zaginęła po drodze, jednak się odnalazła. Koniec wojny, wielki przepływ ludzi, wszędzie wojskowi, NKWD, różni bandyci, repatrianci, kontrole…
Pradziadek, kiedy wrócił do Kozina, wymyślił sobie nowy życiorys. Choć miał na imię Wacław s. Władysława, potem wszyscy na niego mówili Wasyl Wasylowycz. W 1942 r. został zapisany jako Wasyl na niemieckich listach mieszkańców Wołynia. Dlaczego jednak Wasylowycz, a nie Władysławowycz? Dla mnie to zagadka. Wszyscy we wsi wiedzieli, że jest Polakiem, jednak w czasach sowieckich nie miał z tego powodu żadnych specjalnych problemów.
Po wojnie pradziadek uczył się na jakichś kursach, pracował w kołchozie, a następnie na farmie drobiu. Prababcia pracowała w kołchozie, co było obowiązkową częścią sowieckiego życia na wsi. W rodzinie urodziło się jeszcze dwoje dzieci: Halina i Witalis.

Od lewej: Halina, Maria, Wacław, Witalis, Aleksandra Kołaczkowie i Eugeniusz Mosijczuk (stoi). 1962 r.

Aleksandra i Wasyl Kołaczkowie. Początek lat 90. XX wieku
W dokumentach babci Marii zapisano, że urodziła się w Kozinie. Mieszkała tam z rodzicami, dopóki nie wstąpiła do szkoły medycznej w Kowlu. Przez jakiś czas pracowała we wsi Sokił (obecnie rejon łucki), a następnie przeniosła się do Torczyna. Tam poznała mojego dziadka Serhija Protaczuka (1940–1990). Pochodził z Sieniawki koło Kisielina. Mieli dwie córki: Olgę, moją matkę. i Hałynę.
Z tego, co wiem, jeszcze kiedy moi pradziadkowie byli na robotach Niemczech, przyjeżdżała do nich praprababcia Marianna. Przypuszczam, że był to 1944 r. Później stracili ze sobą kontakt. Marianna szukała swojego syna, czyli mojego pradziadka: około rok temu znalazłem w archiwach wniosek praprababci do niemieckiego Czerwonego Krzyża. Wreszcie ich krewnej Leokadii udało się za pomocą Czerwonego Krzyża znaleźć kontakt do mojego pradziadka Wacława i wymienić się z nim adresami. Być może na początku problemy były związane z tym, że po wojnie Marianna z rodziną wiele razy zmieniała miejsce zamieszkania w Polsce: Bytów, Prudnik, Bielsko-Biała, Wałbrzych...
Po tym, jak krewnym udało się go odnaleźć, pradziadek Wacław jeździł do rodziny w Polsce, a oni przyjeżdżali do niego.

Pradziadek Wacław Kołaczek podczas pierwszego wyjazdu do krewnych w Polsce
Niestety, jego ojciec Władysław zmarł w Prudniku w 1955 r., dlatego pradziadek już go nie zobaczył. Grobu Władysława nigdy nie znalazłem. Nikt z krewnych nie pamiętał, gdzie został pochowany. Mam za to zdjęcia z pogrzebu mojej praprababci Marianny. Spoczywa w Dziećmorowicach (niedaleko Wałbrzycha w województwie dolnośląskim). Byłem przy jej grobie.


Zdjęcie z pogrzebu Marianny Kołaczek (z domu Fornal)
Kustosz pamięci rodzinnej
Studiowałem ekonomię na Uniwersytecie imienia Łesi Ukrainki w Łucku oraz turystykę historyczną na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. Przygodę z genealogią rozpocząłem około 2005 r., gdy miałem 11 lat. Zacząłem wypytywać babcię Marię. Później chodziłem do archiwum w Łucku, gdzie przeglądałem metryki, listy wyborców, materiały związane z historią tych miejscowości, w których mieszkali moi przodkowie. Czyli jednocześnie zacząłem interesować się zarówno historią jako taką, jak i historią mojej rodziny.
Odwiedzałem także różnych krewnych (i bliskich, i bardzo dalekich), wielu z nich poznałem podczas takich podróży. Interesowałem się ich wspomnieniami, imionami przodków, przeglądałem rodzinne archiwa. Z niektórymi krewnymi zacząłem się często kontaktować, stali się moimi dobrymi przyjaciółmi.
Wykonałem dla swojej rodziny około 20 badań DNA. Dzięki nim udało się ustalić tych krewnych, których nie znalazłbym za pomocą tradycyjnych metod, takich jak poszukiwania archiwalne.
Byłem w wielu miejscach związanych z historią moich przodków w różnych krajach, w szczególności w Polsce, na przykład w Mariance, Sosnowicy, Ślemieniu, Koconiu, Wałbrzychu, Dziećmorowicach, Bielsku-Białej. Jeździłem do wsi, gdzie moich bezpośrednich przodków nie było od ponad 100 lat. Chodziłem na cmentarze i szukałem grobów krewnych, jeździłem do kościołów, gdzie modlili się moi bliscy, kartkowałem metryki. Gdzieś ze mną chętnie się dzielono informacjami, pomagano mi poznać historię rodziny, a gdzieś niestety nie dostawałem dostępu. Każdy, kto poznaje historię swojej rodziny, staje w jakimś momencie przed faktem, że jedne drzwi są otwarte, a inne – nie. Nie wszędzie miałem okazję pojechać osobiście, nie z każdym potrafiłem się dogadać...
Czy kontynuuję swoje rodzinne poszukiwania? Cały czas. Jest to ciągły niekończący się proces. Nawet moi krewni dzielą się ze sobą nawzajem informacją o moich poszukiwaniach. To bardzo miłe, gdy moi starsi krewni dzwonią do mnie, by dowiedzieć się czyjąś datę urodzenia lub jakieś fakty o kimś z rodziny, choć logiczne byłoby, gdybym to ja ich o to pytał. Czyli w jakimś sensie zostałem kustoszem pamięci rodzinnej.
Poszukiwanie swoich korzeni pomaga pielęgnować pewien rodzaj lokalnego patriotyzmu. Wszystkie miejscowości, w których niegdyś mieszkali moi przodkowie, bądź to w Ukrainie, bądź w Białorusi, bądź w Polsce, uważam za swoje. Tak je nazywam – moje wsie, moje miasteczka. Jestem z nimi związany poprzez historię swojej rodziny.
Olga Szerszeń
Zdjęcia z rodzinnego archiwum Artura Aloszyna.
Na głównym zdjęciu: Modlitewnik wydany w Częstochowie w 1930 r. W 1942 r. Aleksandra Kołaczek pojechała z nim na roboty do Niemiec
