«Urodziłam się na Białorusi, we wsi Samarowicze w rejonie zelwieńskim w obwodzie grodzieńskim. Cała moja rodzina jest stamtąd. Z dziada pradziada jesteśmy katolikami» – zauważa 76-letnia Józefa Parfeniuk.
Przez ponad 40 lat mieszkała we wsi Żeleźnica (rejon koszyrski w obwodzie wołyńskim). Pracowała jako nauczycielka chemii i biologii w miejscowej szkole. Obecnie mieszka w Lubieszowie (również rejon koszyrski).
O swojej rodzinie, dzieciństwie w białoruskiej wsi i powrocie do wiary opowiada dzisiaj «Monitorowi Wołyńskiemu».
Lata wojenne
Nasza rozmówczyni Józefa Parfeniuk urodziła się 1 lutego 1949 r. Z bratem Stanisławem (1944–2014) dorastała w polskiej rodzinie Cezarego (1912–1997) i Ksaweryny (z d. Makarewicz, 1921–2014) Suszczewiczów. I rodzice, i dziadkowie pochodzą ze wsi Samarowicze w obwodzie grodzieńskim.

Zdjęcia rodziców Cezarego i Ksaweryny Suszczewiczów, które Józefa Parfeniuk zawsze ma przy sobie, trzymając je w portfelu

Pogrzeb Cezarego . 1997 r. Ksaweryna siedzi pierwsza od lewej strony, obok – jej siostry
«To była polska wieś. Wszyscy moi przodkowie tam się urodzili. Za czasów II RP mieli rolę, na której pracowali, prowadzili gospodarstwo. Z opowieści wiem, że moi krewni uprawiali swoją ziemię, a także chodzili na zarobek do bogatszego gospodarza. Miał dużą szklarnię, rosły tam sadzonki i różne rośliny, w tym rumianek i tytoń. Opowiadano mi, że wszystkie dzieci z rodziny mojej matki chodziły wiązać tytoń i zbierać rumianek. Każdego wieczoru po pracy dostawali wynagrodzenie. Tak sobie dorabiali... Podczas wojny ten dworek został zniszczony: podobno w pobliżu został zestrzelony samolot. Kiedy byłam mała, mama często mnie tam zabierała, chodziłyśmy po tamtym terenie. Był tam staw. A ile było odmian bzu! Głóg, czeremcha, mnóstwo piwonii, niezliczone gatunki drzew, krzewów, kwiatów… Sowieci urządzili tam farmy. Postawili też pomnik rosyjskim pilotom. Kiedy jeździłam do Samarowicz po raz ostatni, jeszcze przed pełnoskalową inwazją, dwór został odnowiony. Co tam dzieje się teraz, nie wiem» – mówi Józefa Parfeniuk.
Jej matka Ksaweryna pochodzi z wielodzietnej rodziny. Oprócz niej Wiktoria (z domu Kowalewicz) i Józef Makarewiczowie (dziadkowie naszej rozmówczyni) wychowywali Marię, Jadwigę, Antoninę, Aleksandra i Władysława.
Dziadkowie ze strony ojca – Jan i Anna Suszczewiczowie – mieli troje dzieci: Cezarego (ojca naszej rozmówczyni), Antoniego i Wacława.
«Dziadek Józef poszedł na wojnę w 1914 r. Wrócił bez prawej ręki. Nie mógł pracować w gospodarstwie, głównie pasł krowy. Dostawał jakieś pieniądze za ziemię. Dzieci cały czas chodziły na zarobek do dworu. Tak udawało im się utrzymać.
Wiem, że przed wojną radziecko-niemiecką rodzina kuzyna matki, Wacława Makarewicza, który był osadnikiem, została wywieziona na Syberię, podobno gdzieś w okolice Workuty. I co się stało? Gdy byli gdzieś za Uralem, wujek podczas postoju wyskoczył z wagonu, by nabrać dzieciom wody, i wpadł pod pociąg. Tak ciotka Leokadia została sama z czwórką dzieci. Po kilku latach pozwolono im wyjechać do Polski. Pamiętam, jak przyjeżdżali do nas i płakali, opowiadając, jak cierpieli na tej Syberii: nie mieli ani domu, ani jedzenia, ani ubrań czy obuwia...
Brata matki, Władysława, podczas wojny Niemcy wysłali przeganiać krowy do Niemiec. I gdzieś nad Odrą radzieckie samoloty przestraszyły to stado tak, że rozbiegło się. Po wojnie Władysław bał się wracać, ponieważ ówczesne władze uznałyby go za zdrajcę. Został więc w Niemczech, tam się ożenił» – opowiada pani Józefa.
Jej ojca Cezarego nie zdążyli zmobilizować do wojska, natomiast jego brat Antoni Suszczewicz był szwoleżerem w Wojsku Polskim, zginął na wojnie w 1939 r. Rodzinie nie udało się dowiedzieć, gdzie jest pochowany. «Zostało po nim tylko wojenne zdjęcie. Niestety nie zabrałam go. Bardzo teraz żałuję. Wisi obecnie w chacie: dom rodzinny wciąż stoi na Białorusi. Nie byłam tam od trzech lat. Mama dożywała swojego wieku tutaj, przy mnie. Po śmierci odwiozłam ją tam i pochowałam. Tak mnie prosiła, bo tam spoczywa ojciec. W Samarowiczach jest cmentarz katolicki, na którym chowa się miejscowych Polaków» – zaznacza nasza rozmówczyni.

Starszy szwoleżer Antoni Suszczewicz, brat ojca Józefy Parfeniuk. To właśnie to zdjęcie zostało w rodzinnym domu na Białorusi. Znaleźliśmy je na stronie forum.odkrywca.pl
Podczas II wojny światowej Samarowicze zostały spalone: «Mama opowiadała, że kiedy Niemcy wycofywali się, gdzieś za wsią zaczęli do nich strzelać partyzanci. Dlatego wrócili i spalili naszą wieś i sąsiednią. Tamta sąsiednia się nie odbudowała – zostały same studnie. A w Samarowiczach przetrwała piętrowa szkoła. Ludzie opowiadali, że całymi rodzinami mieszkano w niej tamtej zimy. Wiosną ludzie wykopali ziemianki i przenieśli się do nich. Wielu wyjechało. Nasza rodzina została, ponieważ ojciec kupił dom».
Dzieciństwo i wiara
Jak wspomina pani Józefa, jeszcze na początku lat 50. władze radzieckie zezwalały Polakom na wyjazd z Białorusi do Polski. W tym czasie z Samarowicz do Wrocławia przeniósł się brat jej ojca, Wacław. Rodzina naszej rozmówczyni również planowała wyjazd.
«Też mieliśmy jechać. Wiem, że malutką mnie i brata fotografowano do dokumentów. Dlaczego nie wyjechaliśmy? Nie mam pojęcia. Być może ojciec nie chciał opuszczać domu.
Przed wkroczeniem sowietów tata pracował jako szewc, a mama gospodarowała na swojej ziemi. Potem sowieci zorganizowali kołchozy. Moja matka poszła do brygady kołchozowej, a ojciec – do budowlanej. Dzięki Bogu nie mieliśmy na Białorusi głodu. Mój mąż, który pochodzi z dawnego rejonu lubieszowskiego, opowiadał, że w tamtych latach nie mieli co jeść. My z kolei nie byliśmy głodni. Rodzice mieli krowę. Dziadek Jan był bardzo pracowity i miał duży ogród, być może największy na wsi, trochę handlował wiśniami, śliwkami, jabłkami» – zaznacza Józefa Parfeniuk.
Jej matce Ksawerynie udało się ukończyć siedem klas polskiej szkoły. Nasza rozmówczyni zauważa, że jej matka była najlepiej wykształcona w rodzinie. I to ona uczyła dzieci modlitw.
«Dziadkowie, rodzice – wszyscy byli Polakami i katolikami. Jak rozmawialiśmy w domu? Było dużo polskich słów, ale nie mówiliśmy w czystym języku polskim. Być może dziadkowie jeszcze rozmawiali po polsku, ale rodzice już nie. A jak się modliliśmy? Tylko po polsku. Na Białorusi było dużo kościołów. Pamiętam, że starsi ludzie na wielkie święta chodzili pieszo nawet do Wilna, do kościoła Świętej Anny. Stamtąd przynosili poświęcony chleb» – mówi nasza rozmówczyni.
Najbliższy do Samarowicz kościół w latach dzieciństwa pani Józefy działał w oddalonej 5 km miejscowości Krzemienica. Chodzili do niego na piechotę. Nasza rozmówczyni pamięta, jak matka przyprowadziła ją do pierwszej spowiedzi: «Uszyli mi ładną białą sukienkę. Bardzo się martwiłam, ponieważ do spowiedzi wtedy mieli iść mój brat i sąsiedzcy chłopcy, którzy byli o głowę ode mnie wyżsi. Chodziłam chyba do pierwszej klasy, a oni byli już w czwartej lub piątej. Dobrze pamiętam, że chłopaki mnie lekceważyli: nigdy nie brali mnie nad rzekę, nie pozwalali się z nimi bawić… A teraz prowadzą mnie z nimi do tej spowiedzi. Weszliśmy do kościoła, ksiądz pyta, czy znamy «Ojcze nasz», podstawowe przykazania, jakie są grzechy… Ja odpowiadam, a chłopaki tylko stoją i milczą. Na koniec ksiądz mówi: «Tacy duzi, a nic nie wiedzą, a ta mała to wszystko wie». Po tym chłopaki zaczęli mnie szanować, nawet zabierali mnie ze sobą nad rzekę».
W swojej rodzinnej wsi Józefa Parfeniuk ukończyła osiem klas, a następnie uczęszczała do szkoły w Krzemienicy. «Kiedy byliśmy mali, matka zabierała nas do kościoła, a w starszych klasach już zakazywano nam uczestniczyć w nabożeństwach. Co robiliśmy? Sami chodziliśmy do spowiedzi i na mszę. Po lekcjach tajemnie biegliśmy ze szkoły do kościoła. Tam się spowiadaliśmy, modliliśmy i czekaliśmy, aż będzie ciemno. Żeby nikt nie zobaczył, jak wracamy do domu. Trzeba było iść 5 km, a nauczyciele mogli nas zobaczyć. Gdyby nas przyłapali, zostalibyśmy wezwani na zebranie komsomolskie. Dobrze pamiętam, jak na Wielkanoc wszyscy szli do kościoła, a my z łopatami i grabiami – do szkoły na subotnik. Zawsze w sobotę przed Wielkanocą w szkole organizowano wielkie porządki.
Opowiem jeszcze taką zabawną historię. W domu uczono nas, że, mijając krzyż, powinniśmy się przeżegnać. A w szkole mówiono: jak idzie gdzieś nauczyciel lub dyrektor, trzeba powiedzieć «zdrastwujtie». Pewnego dnia idziemy w trójkę z przyjaciółkami, a naprzeciwko nas – dyrektor szkoły. My we dwójkę się witamy, a trzecia mówi: «W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego». I się żegna. Pomyliła się. Baliśmy się, że wszystkie dostaniemy karę. Ale się nam udało: dyrektor tylko się roześmiał» – wspomina pani Józefa.
Nauczanie i listy od matki
Po szkole nasza rozmówczyni wstąpiła do Brzeskiego Instytutu Pedagogicznego. Tam poznała swojego męża Iwana, s. Mykoły, Parfeniuka (ur. 1942). Uczyli się na tym samym kierunku – chemii i biologii. Pobrali się po studiach. Najpierw zostali skierowani do pracy w wojskowym miasteczku w obwodzie brzeskim, jednak nie było dwóch wolnych miejsc dla nauczycieli tych samych przedmiotów. Ponieważ Iwan Parfeniuk pochodzi ze wsi Siedliszcze (obecnie rejon koszyrski), małżeństwo postanowiło przenieść się do obwodu wołyńskiego. Tutaj Józefa i Iwan Parfeniukowie osiedlili się we wsi Żeleźnica. Był rok 1969. Józefa podjęła pracę nauczycielki chemii i biologii w miejscowej szkole, a Iwan został powołany na dyrektora. Jako nauczyciele musieli zajmować się wychowaniem ateistycznym uczniów.

Fragment listu Ksaweryny Suszczewicz do córki. 2003 r.
«Ci, którzy pamiętają tamte czasy, wiedzą, o co chodzi. We wsi była cerkiew, ale nie miałam prawa do niej chodzić. Zostalibyśmy z mężem bez pracy. Mieliśmy obowiązek tłumaczyć dzieciom teorię Oparina o pochodzeniu życia, ale powiedzieć, że istnieje niematerialna siła wyższa – już nie mogliśmy. Ani ja, ani mąż nigdy nie goniliśmy dzieci z cerkwi. Niech chodzą, to jest wybór ich rodziców… Na Wielkanoc i na Boże Narodzenie nie chodziłam do kościoła, ale piekłam paschę, a mama przysyłała mi opłatki. Wkładała je do listów. Dzieci cały czas czekały, aż babcia wyśle na Święta opłatki. Dodam, że niedawno pokazywałam w lubieszowskim kościele listy, które moja mama pisała do mnie, jak miała 83 lata. Zachowałam wszystkie listy od matki, ponieważ jest to szczególne wspomnienie o niej. Często pokazuję je wnukom» – mówi nasza rozmówczyni.
Józef i Iwan Parfeniukowie wychowali trzy córki: Switłanę, Ałłę i Alonę. Pani Józefa ochrzciła je we wczesnym dzieciństwie w kościele na Białorusi. «Tu, na Wołyniu, nie mogłabym ich ochrzcić. Kościoły tutaj nie działały. Dlatego zabierałam je na Białoruś, ale nawet nie do Krzemienicy, tylko do Rużan (obwód brzeski, 40 km od rodzinnej wsi naszej rozmówczyni – aut.), żeby nikt ze znajomych nas nie zobaczył. Z mężem wzięliśmy kościelny ślub też w Rużanach, ale dopiero w 1992 r., przy wolnej Ukrainie. Kto by udzielił nam ślubu w czasach sowieckich? Wyrzucono by nas z pracy. Nie wolno było mieć w domu ikon. Wieszaliśmy je na ścianach i przykrywaliśmy dywanami» – wspomina pani Józefa.

Iwan Parfeniuk z najmłodszą córką Aloną

Z przyjaciółmi. Józefa i Iwan Parfeniukowie w centrum (trzeci od lewej). Żeleźnica. 1988 r.

Na ślubie u krewnej. Józefa i Iwan Parfeniukowie obok panny młodej po lewej stronie. 1997 r.
Do Lubieszowa, gdzie zamieszkała średnia córka, Parfeniukowie przenieśli się w 2011 r., kiedy przeszli na emeryturę, a dzieci rozjechały się po świecie. Powód przeprowadzki pani Józefa wyjaśnia krótko: «Ałła powiedziała, że mamy się przenieść, dlatego sprzedaliśmy dom w Żeleźnicy i przyjechaliśmy tutaj. Kupiliśmy dom. W Lubieszowie jest kościół. Zaczęłam co niedzielę i w święta chodzić na msze. Jest mi tu bardzo dobrze! Mamy tu przyjaciół, z którymi jesteśmy niemal rodziną».

Rodzina Parfeniuków koło domu w Lubieszowie. Lata 2010.

Józefa Parfeniuk. Lubieszów, 2025 r.
Olga Szerszeń
Na głównym zdjęciu: Album fotograficzny Józefy Parfeniuk
Zdjęcia pochodzą z rodzinnego archiwum Józefy Parfeniuk
***
