Rodzinne historie: Wszyscy dorastaliśmy nad Stochodem
Artykuły

«Nawet przyjaciele ojca, którzy wyjechali do Polski, zawsze ze szczególną miłością wspominali rzekę Stochód. Jako dzieci biegaliśmy tutaj pływać i łowić ryby na wędkę. Z tatą pływaliśmy na łodzi po rozlewiskach» – opowiada Michał Kurhanowicz z Lubieszowa.

Śmierć dziadka, spalone podczas wojny domy, służba wojenna ojca, dzieciństwo nad rzeką, podróże do Polski i odrodzenie kościoła – dziś wspomina o tym opowiadając «Monitorowi Wołyńskiemu» swoją rodzinną historię.

Nasz rozmówca urodził się 21 września 1954 r. w Lubieszowie w obwodzie wołyńskim (po reformie administracyjnej w 2020 r. rejon koszyrski). Mieszka tam dotychczas. Żonaty z Marią Kucharyk (ur. 1954).

«Ukończyłem Lwowski Instytut Gospodarstwa Leśnego. Po studiach przez rok pracowałem w miejscu skierowania. Potem wróciłem do Lubieszowa, gdzie mieszkali rodzice. Najpierw byłem zatrudniony w szkole zawodowej, a następnie przeniosłem się do oddziału drogowego. Już od 45 lat pracuję w systemie drogowym. Z Marią pobraliśmy się w 1979 r. Mamy dwoje dzieci: Stanisława (ur. 1980) i Annę (ur. 1981). Doczekaliśmy się pięciorga wnuków» – mówi Michał Kurhanowicz.

Michał Kurhanowicz. 1980 r.

Ślub Michała Kurhanowicza i Marii Kucharyk. 1979 r

Zwiadowca w polskim oddziale partyzanckim

Dziadkowie naszego rozmówcy ze strony ojca – Stefan Kurhanowicz i Bronisława Wernikowska – do 1925 r. mieszkali we wsi Antonówka (dawniej rejon włodzimierzecki, obecnie waraski w obwodzie rówieńskim). Następnie przenieśli się do Lubieszowa. Mieli trójkę dzieci: Stanisława (1922–1997, ojciec naszego rozmówcy), Irenę i Helenę (ur. 1925).

Stanisław Kurhanowicz z siostrą Heleną. Pińsk, 1927 r.

«W Antonówce dziadek Stefan pracował na kolei, a babcia Bronisława była gospodynią domową. Po przeprowadzce do Lubieszowa nabyli dom. Siostra ojca Irena zmarła jako dziecko. W 1929 r., kiedy ojciec miał zaledwie sześć lat, zmarła jego matka, moja babcia. Niebawem dziadek ożenił się po raz drugi. Jego druga żona miała na imię Anna. Wkrótce urodził się im syn Józef.

W Lubieszowie dziadek do 1939 r. pracował w sklepie, a następnie był księgowym w sowchozie. Jak opowiadał ojciec, przez kilka miesięcy w 1943 r. dziadek Stefan był łącznikiem partyzanckim, ale nie wiemy, w jakiej jednostce. Zmarł we wrześniu 1943 r. Podobno sowieci omyłkowo wzięli go za szpiega i rozstrzelali niedaleko rzeki, w Lubieszowie. Nie wiemy nawet, gdzie został pochowany. Po śmierci dziadka jego żona Anna wyjechała do Polski, zostawiając syna Józefa ze swoją matką. Dom dziadka nie przetrwał wojny – spłonął» – mówi Michał Kurhanowicz.

Jego ojciec Stanisław chodził do szkoły w Lubieszowie. W latach wojny niemiecko-radzieckiej dołączył do oddziału partyzanckiego, który później otrzymał nazwę Brygada im. Wandy Wasilewskiej (jedna z jednostek Polskiego Sztabu Partyzanckiego). Był zwiadowcą. Służył w oddziale od sierpnia 1943 do kwietnia 1944 r.

Oto co Stanisław Kurhanowicz napisał w swoim życiorysie w 1997 r.: «Z narodowości jestem Polakiem. Od 1925 r., również w 1939 r., i do dzisiaj mieszkam w Lubieszowie. Przed 1939 r. miałem polskie obywatelstwo. Uczyłem się w szkole podstawowej w Lubieszowie, a następnie w gimnazjum pijarów. Od lipca 1940 r. do rozpoczęcia wojny pracowałem jako księgowy w szpitalu w Lubieszowie. Podczas okupacji od czasu do czasu pracowałem na tartaku, by nie zabrano mnie do pracy w Niemczech. W sierpniu 1943 r., kiedy w Lubieszowie został sformowany polski oddział partyzancki imienia Wandy Wasilewskiej, dołączyłem do niego. Walczyłem na terytorium obwodu wołyńskiego, brzeskiego i w Polsce. Brałem udział w bitwach. W partyzanckiej brygadzie służyłem w jednostce zwiadowczej. Po powrocie z wojny pracowałem jako księgowy, a następnie jako kierownik rejonowego oddziału finansów. Od 1983 r. jestem na emeryturze».

Stanisław Kurhanowicz z wnukami. Zdjęcie z gazety «Radianśka Wołyń». 1987 r.

Zawsze kupował dużo chleba

W Brygadzie im. Wandy Wasilewskiej ze Stanisławem Kurhanowiczem służyła jego siostra Helena, która była kucharką, a także bracia Zbigniew Małyszczycki i Antoni Małyszczycki, Anna Osaсka, Helena Starek (z domu Lesisz). Dorastali razem w Lubieszowie. Po wojnie wszyscy, oprócz Stanisława i Heleny Kurhanowiczów, osiedlili się w Polsce. Stanisław również mógł wyjechać, ale został w Lubieszowie, bo już założył rodzinę i dostał pracę. Utrzymywał kontakt ze swoimi przyjaciółmi. Wiele razy jeździł do nich w odwiedziny.

Stanisław Kurhanowicz (pierwszy od prawej) z przyjaciółmi w Polsce. Łódź, lata ok. 1962–1963

«Do końca życia utrzymywali kontakt. Bracia Zbigniew i Antoni, Ania i Helena mieszkali w Łodzi i Gdyni. Zbyszek napisał później książkę o historii ich służby – «Partyzanci z Polesia». Jeździliśmy nawet do nich. Traktowali nas jak bliskich krewnych – wspomina synowa Stanisława, Maria Kurhanowicz. – Teść miał możliwość wyjechania do Polski. O ile wiem, ostatni raz przyjaciele namawiali go do tego w 1961 r. Jednak nie pojechał: miał żonę, dzieci, był już kierownikiem oddziału finansów w Lubieszowie. Ogólnie rzecz biorąc, teść rzadko dzielił się wspomnieniami, rzadko o czymś opowiadał. Widać było, że go to boli: dużo przeżył. Wcześnie został bez matki. Potem stracił ojca. Wojna... Z siostrą nawet głodowali. Po tych przeżyciach zawsze kupował dużo chleba. Pytałam go: po co nam tyle chleba, przecież czerstwieje? Odpowiadał tylko: «Chleb musi być».

«Ojciec opowiadał, że zawsze byli z przodu. Ponieważ był w jednostce zwiadowczej, musiał jako pierwszy iść na rozpoznanie i informować dowództwo. Mówił, że było bardzo ciężko» – dodaje Michał Kurhanowicz.

W 1964 r. za służbę w tym oddziale jego ojciec dostał polskie wojskowe odznaczenie państwowe – Krzyż Partyzancki. A na krótko przed śmiercią Stanisław Kurhanowicz jako weteran Wojska Polskiego dostawał wypłaty z Polski.

Odznaczenie Stanisława Kurhanowicza. 1964 r.

Dusykowie z Lubiaża

W 1948 r. Stanisław Kurhanowicz ożenił się z Wirą (z domu Dusyk). Miał z nią czworo dzieci: Stefana (ur. 1949), Marię (ur. 1951), Jana (ur. 1952) i Michała (nasz rozmówca, ur. 1954).

Rodzina Kurhanowiczów. Na dole rodzice z Marią. Nad nimi (od lewej): Jan, Michał i Stefan. Ok. 1975 r.

Było to drugie małżeństwo Wiry. Jej pierwszym mężem był Polak Andrzej Janczewski. Miała z nim córkę Raisę (ur. 1939). «Andrzej pracował na kolei – na stacji w Lubiażu. Wówczas przebiegała tam kolej z Kamienia Koszyrskiego do Brześcia. Miał chore płuca, czy to gruźlicę, czy zapalenie. Zmarł w Brześciu. Babcia sama jeździła tam, by go pochować» – zaznacza Michał Kurhanowicz.

Stanisław i Wira Kurhanowiczowie. 1979 r.

Jego dziadkowie ze strony matki – Wasyl, s. Dmytra (ur. 1896) i Olga, c. Martyna (ur. 1897) Dusykowie – mieszkali we wsi Lubiaż (dawniej rejon lubieszowski, obecnie rejon koszyrski w obwodzie wołyńskim). W rodzinie dorastało sześcioro dzieci: Wira (1919–2003, matka naszego rozmówcy), Mychajło (ur. 1921), Josyp (ur. 1928), Maria (ur. 1934), Nina (ur. 1938) i Hałyna (ur. 1939).

«Wiem, że babcia Olga pochodzi ze wsi Horki (również dawny rejon lubieszowski). Kiedy dziadkowie się pobrali, mieszkali w Lubiażu. Dziadek prowadził sklep, a babcia była gospodynią domową. Dziadek jeździł po towary do Pińska. Nie mieli dużo ziemi. Prawdopodobnie nie trzymali też bydła. W czasie wojny ich dom spłonął, dlatego przez jakiś czas rodzina ukrywała się w ziemiankach. Po wojnie przenieśli się do Lubieszowa, kupili tu stary dom. Dziadek nie został zmobilizowany na wojnę, ale starszego brata matki Mychajła zabrali do Armii Czerwonej, gdy przechodziła tu linia frontu. Zginął ok. 1944 r., prawdopodobnie na terenie Polski. Przyszło zawiadomienie o śmierci, w którym zaznaczono, że zginął w miejscowości Wygoda. Krewni nigdy się nie dowiedzieli, gdzie został pochowany» – mówi Michał Kurhanowicz.

Rodzina Dusyków. Wira pierwsza od lewej. Lubiaż, ok. 1940 r.

Nad Stochodem

Swoje najlepsze wspomnienia z dzieciństwa nasz rozmówca łączy z rzeką Stochód. Teraz tereny nad nią to część Parku Narodowego «Prypeć–Stochód». «Wszyscy dorastaliśmy nad Stochodem. Nawet przyjaciele ojca, którzy wyjechali do Polski, zawsze ze szczególną miłością wspominali rzekę Stochód. Jako dzieci biegaliśmy tutaj pływać i łowić ryby na wędkę. Z tatą pływaliśmy po rozlewiskach. Mieliśmy swoją łódź. Polowaliśmy z tatą na zające, chodziliśmy po bagnach. Mieliśmy specjalne legitymacje myśliwskie» – przypomina Michał Kurhanowicz.

Jego rodzice, choć dorastali w środowisku polskojęzycznym, rozmawiali ze sobą i z dziećmi już po ukraińsku: «Wiem, że w Lubiażu była polska szkoła, a moja matka ukończyła tam siedem klas. Mama uczyła mnie czytać po polsku… Zawsze wiedzieliśmy, że mamy polskie korzenie. Kiedy jeszcze byłem dzieckiem, tata jeździł do Polski do swoich przyjaciół. Pamiętam, że przywoził mi zabawki. Wyjeżdżali też z matką. Opowiadali, że podróżni w pociągu nie mogli uwierzyć, że oni są z Ukrainy. Pasażerowie byli zaskoczeni, że rodzice tak płynnie mówią po polsku. Potem już razem z żoną jeździliśmy z moim ojcem do jego przyjaciół w Polsce. I na targ, jak wszyscy w tamtym czasie, również – po dżinsowe kurtki i spodnie.

Dzieci w rodzinie Stanisława i Wiry Kurhanowiczów chrzczono tajemnie: bali się, by Stanisław nie stracił pracy, ponadto kościół w Lubieszowie od 1939 r. był zamknięty. Z kolei święta obchodzili i polskie, i ukraińskie. «Świętowaliśmy w domu w kręgu rodzinnym. Mama zawsze coś piekła» – mówi Michał. «Na Wigilię zawsze był barszcz z uszkami. Do dzisiaj gotuję go przed Świętami. Musiały być też łamańce. Takie duże suche ciastka. Pieczono je w piekarniku. Teściowa rozparzała mak, przecierała go w makutrze, dodawała cukier, wodę i zalewała te łamańce. Dlaczego łamańce? Bo nie krojono ich, tylko łamano. I tak je jedliśmy. Bardzo dobrze smakowały. W ogóle bardzo smacznie gotowała, była mistrzynią kuchni. To od niej nauczyłam się piec ciasta i nadziewać ryby» – dodaje Maria Kurhanowicz.

Wiosną 1992 r. katolikom w Lubieszowie zwrócono kościół. Parafia dostała wezwanie Świętych Cyryla i Metodego. Michał Kurhanowicz opowiada, że świątynię zamknięto w 1939 r., jak przyszli sowieci. Później w kościele urządzono klub sportowy.

«Ksiądz Jan Mucharski na początku lat 90. włożył wiele wysiłku, by zjednoczyć katolików wokół przyszłej parafii: zbierał podpisy, sporządzał dokumenty… Zaczęliśmy chodzić do kościoła tuż po jego odrodzeniu. Rodzice jeszcze żyli. Również pomagali w pracach remontowych, gdyż dużo trzeba było zrobić: parafianie wymieniali podłogę, tynkowali, bielili, zbierali też pieniądze na to wszystko. Teraz wymieniono dach. Dziś nabożeństwa odprawia ksiądz Marcin Ciesielski. To dzięki kościołowi dowiedzieliśmy się także o oddziale Stowarzyszenia Kultury Polskiej im. Ewy Felińskiej w Lubieszowie» – mówi Michał Kurhanowicz.

Michał Kurhanowicz. Lubieszów, 2025 r. Fot. Olha Szerszeń

Olha Szerszeń

Zdjęcia pochodzą z rodzinnego archiwum Michała Kurhanowicza

Powiązane publikacje
Rodzinne historie: Wspomnienia rówieńskiego krajoznawcy Czesława Chytrego
Artykuły
«Pamiętam, jak pięknie grały organy w kościele Świętego Antoniego. Pamiętam również, jak je zniszczono, jak splądrowano świątynię, jak ścięto krzyże na wieżach, jak wszystko rozkradziono i wywieziono. Chociaż kościół zamknięto, wciąż modliliśmy się do Boga. Zaczęliśmy się gromadzić w domach. Potajemnie. Żyliśmy w wierze katolickiej» – wspomina 79-letni Czesław Chytry z Równego. 
13 marca 2026
Rodzinne historie: Tę historię chcę przekazać moim dzieciom
Artykuły
Oleksandr Kiś przez całe życie, z wyjątkiem lat studenckich spędzonych w Winnicy, mieszka w Łucku. Jego rodzina ze strony matki pochodzi z Podola, a przodkowie ze strony ojca przenieśli się na Wołyń z województwa lubelskiego, prawdopodobnie w okresie II wojny światowej.
27 lutego 2026
Rodzinne historie: Nasza polskość kształtowała się w kościele
Artykuły
Polacy osiedlili się na Podolu w czasach I Rzeczypospolitej. I pomimo trudnych wydarzeń historycznych i odległości geograficznej, wynikającej z faktu, że od współczesnej granicy polsko-ukraińskiej dzielą ich setki kilometrów, miejscowym skupiskom Polaków udało się przetrwać i zachować tożsamość narodową.
13 lutego 2026
Rodzinne historie: «Nie przypuszczałem, że zostanę wojskowym»
Artykuły
«Mój ojciec był Ukraińcem, a mama – Polką. Ucząc się języka polskiego, czytając polskie książki, a następnie wyjeżdżając do Polski, zacząłem odkrywać w sobie więź z polską linią swojej rodziny. Teraz uważam się za ukraińskiego Polaka. Za człowieka, który ma jedno serce na dwa narody» – mówi 45-letni Andrzej Końko.
30 stycznia 2026
Rodzinne historie: «Połowa uczniów w mojej klasie była Polakami»
Artykuły
«Polaków u nas, w Nowej Borowej na Żytomierszczyźnie, było wielu. W mojej klasie chyba z połowa uczniów była Polakami, a druga – Ukraińcami» – mówi Ludmiła Wysocka, z domu Rusecka.
21 listopada 2025
Rodzinne historie: Obu dziadków zamordował reżim sowiecki
Artykuły
«Obie moje babcie rozmawiały po polsku, dziadków nie znałem, bo obu zamordowały władze sowieckie» – opowiada Walenty Wysocki. Pochodzi ze wsi Nowa Borowa w obwodzie żytomierskim, obecnie mieszka w Zdołbunowie w obwodzie rówieńskim.
07 listopada 2025
Rodzinne historie: Od Krzemieńca do Buenos Aires
Artykuły
«Fascynuje mnie znajdywanie krewnych, których od dawna nie widziałam lub w ogóle nie znałam, i śledzenie, wyłapywanie wspólnych cech. Możesz nie znać człowieka, nie rozmawiać z nim przez lata, ale pokrewieństwo trwa» – mówi Natalia Urbańska (z domu Mszaniecka) z Tarnopola.
10 października 2025
Rodzinne historie: «Wszystko zaczęło się od ręczników mamy»
Artykuły
Maria Fedorczuk połączyła swoje życie z dwoma miejscowościami w obwodzie rówieńskim: w Kostopolu urodziła się i spędziła większość życia, a w Topczy w Hromadzie Korzec stworzyła etnograficzny skarbiec.
26 września 2025
Rodzinne historie: «Moi dziadkowie są przesiedleńcami»
Artykuły
Nasza rozmówczyni Lubow Doczak urodziła się i mieszka we wsi Sidorów w Hromadzie Husiatyn w rejonie czortkowskim w obwodzie tarnopolskim. Tu spotkali się i pobrali jej rodzice. «Nasze dzieciństwo było wspaniałe. Mieliśmy wielu krewnych, bardzo dobrych, wszyscy zjeżdżali się do nas na święta» – wspomina pani Lubow.
12 września 2025