Rodzinne historie: Tata chciał wyjechać do Polski, ale KGB zastraszyło mamę
Artykuły

«W 1957 r. tata chciał wyjechać do Polski. Zaczął załatwiać dokumenty. Tymczasem kagebiści, w tajemnicy przed ojcem, wezwali do siebie mamę i powiedzieli: droga jest długa, możecie nie dojechać. Zastraszyli ją tak bardzo, że kategorycznie odmówiła wyjazdu. Bała się, dlatego nic tacie nie wyjaśniła» – mówi Halina Sokalska.

Nasza rozmówczyni jest prezesem oddziału Stowarzyszenia Kultury Polskiej im. Ewy Felińskiej w Beresteczku. Od 1996 r. do chwili obecnej pani Halina uczy dzieci języka polskiego w szkole sobotnio-niedzielnej działającej przy SKP. Dziś podzieliła się z «Monitorem Wołyńskim» historią swojej rodziny.

Trzej bracia i trzy siostry

Jej dziadkowie ze strony ojca – Maria Wiszniewska (1871–1964) i Konstanty Stocki – mieszkali we wsi Strzemilcze, 6 km od Beresteczka (obecnie rejon szeptycki, obwód lwowski). Małżeństwo miało dziewięcioro dzieci, z których troje zmarło na błonicę. W rodzinie było trzech braci i trzy siostry: Teodozjusz, Antonina, Elżbieta, Barbara, Jan (1912–2000, ojciec naszej rozmówczyni) i Józef.

Rodzina. Jan Stocki pierwszy po lewej. 1958 r. Wieś Strzemilcze w obwodzie lwowskim

«Najstarszy, Teodozjusz, został zabity, gdy wrócił z frontu w 1945 r. Przez kogo – nie wiemy. Podszywali się pod członków OUN. Teodozjusz przybył z przyjacielem, który miał jechać dalej, bo pochodził ze wschodu Ukrainy. Przyszli, zjedli coś, a potem zabrano ich obu z domu i zamordowano. Podobno nawet zrobili to znajomi. Bo jak mi opowiadała jego najstarsza córka, która miała wtedy około 12 lat, zapytała wówczas: dokąd ich zabierasz, wujku? I nazwała tego człowieka po imieniu... Po Teodozjuszu pozostały cztery córki i żona» – mówi Halina Sokalska.

Antonina była żoną polskiego policjanta Żakowskiego. Pierwsi sowieci wywieźli rodzinę z czwórką dzieci do obwodu archangielskiego. «Mąż zmarł na gruźlicę. Uratowało ich to, że ciocia była krawczynią. Szyjąc zarabiała pieniądze i tak potrafiła wyżywić swoje dzieci. Później opowiadała tacie, że uratowała ich maszyna do szycia. Zabierała ją wszędzie ze sobą, a później nawet umieściła we własnym domu jako relikwię. Jej mąż pracował przy wyrębie lasu. Zachorował na gruźlicę i zmarł» – mówi pani Halina.

W 1943 r. Antoninie i jej dzieciom udało się wyjechać do Anglii. Najstarszy syn Antoni, urodzony w 1924 r., wstąpił do Armii Andersa. W 1944 r. walczył we Włoszech, brał udział w bitwie o Monte Cassino. Zginął 17 lipca 1944 r. i został pochowany na Polskim Cmentarzu Wojskowym w Loreto. Później Antonina wraz z trójką dzieci wyjechała do Chicago, gdzie mieszkał wówczas jej ojciec chrzestny z żoną. W USA ciocia naszej rozmówczyni również pracowała jako krawczyni.

«W 1980 r., w wieku 68 lat, tata pojechał odwiedzić swoją siostrę w Chicago. Wtedy był rok igrzysk olimpijskich, krewni wyrobili zaproszenie, więc pojechał. Ale musiał przejść «rozmowę» z kagebistami – zarówno wtedy, kiedy szykował się do podróży, jak i po powrocie. W USA obchodził dwie Wielkanoce. Mieszkał tam jego ukraiński przyjaciel Mykoła. Tata najpierw świętował Wielkanoc katolicką w gronie bliskich, a potem Wielkanoc prawosławną z przyjacielem. Był tam przez miesiąc. Kiedy przyjechał, opowiadał: jest taka maszynka, siostra wrzuca do niej bieliznę, siada, rozmawia ze mną, a maszynka sama pierze. Czyli były tam już pralki automatyczne, co było dla nas czymś niewiarygodnym – wspomina Halina Sokalska. – Ciocia Antonina ciągle przysyłała nam paczki. Moja mama też była szwaczką, więc gdy ciocia wysyłała nam tkaniny, szyła dla nas ubrania. My z siostra zawsze miałyśmy ekskluzywne rzeczy».

Elżbieta i Barbara także opuściły kraj ojczysty. W 1928 r. Elżbieta wyemigrowała do Kanady. A Barbara w 1946 r. wyjechała do Polski. Józef pozostał w obwodzie lwowskim. «Wszyscy kuzyni i kuzynki mojego ojca z linii Wiszniewskich zostali wysiedleni do Polski. Zamieszkali we wsi Sobczyce (obecnie województwo dolnośląskie – aut.). Osiedlano ich w domach poniemieckich. Józefa i taty nie tykali prawdopodobnie dlatego, że mieli żony Ukrainki. Moja mama pochodziła z mieszanej rodziny polsko-ukraińskiej, więc pierwsi sowieci zapisali ją jako Ukrainkę» – mówi pani Halina.

Rodzina z obwodu lwowskiego. Halina Stocka stoi piąta po prawej. Lata 1973–1974

Od lat 60. do jej rodziny zaczęli przyjeżdżać krewni z Polski, szczególnie często – w latach 70. Jak wspomina Halina Sokalska, gościli u nich od wiosny do jesieni. Natomiast rodzice naszej rozmówczyni jeździli do Polski. Po raz pierwszy pani Halina pojechała z ojcem do krewnych za granicę w 1977 r.

Rodzeństwo Stoccy: Antonina, Barbara, Jan i Józef. Wieś Sobczyce w Polsce. 1978 r.

«Miałam szczęście, że trafiłam tutaj, bo nie widziałam głodu»

Dziadek ze strony matki Mateusz Cybulski był Polakiem, a babcia Natalia Storożko (1895–1995) była Ukrainką z obwodu charkowskiego. Według pani Haliny, po rozpoczęciu I wojny światowej Cybulskich ewakuowano z Beresteczka do wsi Lageri (obecnie część miasta Bałaklija), gdzie mieszkała rodzina Storożków.

«Dziadek zabrał babcię ze sobą do Beresteczka. Mieli troje dzieci: Ludmiłę (1918–2006, moja matka), Antoninę (ur. 1922) i Piotra (ur. 1923). Babcia nauczyła się polskiego, pracowała w szpitalu. Dziadek zmarł w 1923 r. Chorował na żołądek. Piotr urodził się miesiąc po jego śmierci. Babcia Natalia została sama z trójką dzieci. Ciężko pracowała. Udało jej się jednak dokończyć dom, zaopiekować się rodzicami zmarłego męża i wychować dzieci. Na przykład moja mama ukończyła siedem klas polskiej szkoły i kursy u polskiej modystki. Babcia Natalia żyła 100 lat i cztery miesiące. Praktycznie do samej śmierci miała sprawny umysł. Tylko przez ostatni tydzień straciła kontakt z rzeczywistością. Opowiadała mi kiedyś, że w Łageriach było mnóstwo gęsi. Wypasała je na lewadzie i zbierała jajka do podołka. A kiedy pędziła gęsi do domu, krzyczała do matki: zabierz jajka. Więc przed śmiercią babcia usiadła na łóżku i zaczęła mówić: zabierz jajka, zabierz jajka. Prawdopodobnie wróciła we wspomnieniach do dzieciństwa» – mówi Halina Sokalska.

Już po odzyskaniu przez Ukrainę niepodległości w 1993 r. do Beresteczka przyjeżdżali holenderscy dziennikarze. «Przyszli do babci i zapytali ją: pod czyimi rządami lepiej było żyć? Odpowiedziała: różnie bywało, ale wcześniej nie było takich urządzeń jak teraz, nie było nic, więc prawdopodobnie teraz jest lepiej. Babcia dużo nam opowiadała, mówiła: miałam szczęście, że trafiłam tutaj, czyli do Beresteczka, bo nie widziałam głodu» – dodaje nasza rozmówczyni.

Jej rodzice, Jan Stocki i Ludmiła Cybulska, poznali się w Beresteczku. Tata był stolarzem, a babcia Natalia, która wykańczała dom, zatrudniła go do robienia okien, drzwi i innych drewnianych elementów. «Mama była krawczynią i szyła w domu za szafą. Była bardzo piękna. Tata mi opowiadał: zajrzałem za szafę, a tam taka ślicznotka siedzi, szyje... Rodzice pobrali się w 1939 r. Tata przeprowadził się do mojej mamy do Beresteczka» – mówi pani Halina.

Stoccy mieli troje dzieci: Fedira (1942–2008), Marię (1946–2022) i Halinę (naszą rozmówczyni, ur. 1951).

Halina Sokalska z siostrą Marią

Jan i Ludmiła Stoccy. Lata. 1958–1959

«Tata ukrył się w ziemniakach»

W 1932 r. Jan Stocki odbył szkolenie w wojsku. W okolicy mieszkali wówczas Niemcy, Czesi i Żydzi. Więc oprócz języka polskiego rodzice pani Haliny znali czeski, niemiecki i jidysz. Jan Stocki przyjaźnił się z Żydem, który był fotografem. «Nauczył mojego ojca robić zdjęcia. Kiedy przyszli Niemcy, z jakiegoś powodu uznali, że tata jest Żydem. Do domu wszedł Niemiec z karabinem maszynowym i zaczął mu grozić, a babcia pokazała mu, że w domu wiszą ikony prawosławne. Jakoś udało jej się przekonać tego Niemca» – zaznacza Halina Sokalska.

Jej teść Serhij Sokalski opowiadał o egzekucji Żydów w Beresteczku w 1942 r. Niemcy łapali tych, którzy mieli konie i zmuszali ich do wywożenia Żydów na rozstrzelanie. Na polu za Beresteczkiem wykopano duże doły, w pobliżu których rozstrzeliwano ludzi. Łącznie w Beresteczku zamordowano około 3300 Żydów.

«Mama opowiadała, że w 1943 r. po mojego ojca przyszła banda. W czasie wojny ojciec wynajął dom niedaleko ówczesnej szkoły i założył tam sklep. Jeździł do Radziechowa i Łopatyna, skąd przywoził sól, mydło i inne rzeczy. Pewnego razu do ich domu wpadli bandyci z karabinami maszynowymi. Dobrze, że tacie i Piotrowi udało się schować w ziemniakach. Mogli tylko patrzeć, jak wynoszono wszystko z domu: szukali pieniędzy. Jeśli ma się sklep, to w domu muszą być pieniądze! Ale mama wymyśliła, żeby ukryć je w materacu mojego brata Fedira. Ci bandyci przewrócili wszystko, nawet poduszkę dziecka, ale nie sprawdzili w materacu. Więc tata miał pieniądze i miał z czym znowu pojechać po towar. Był też drugi napad. W 1944 r., kiedy Niemcy opuścili Beresteczko, a do miasta jeszcze nie wkroczyły wojska radzieckie, do mojej mamy przyszła banda: jesteś żoną Polaka. Zabierz ją na rozstrzelanie, mówi jeden do drugiego. Odprowadzili ją do szpitala. Pozostawili przy niej jednego wartownika i prawdopodobnie poszli szukać kolejnych ofiar. A ten, który pozostał, znał moją matkę. Poczekał chwilę i powiedział: «Udam, że nie widzę, a ty uciekaj, będziesz miała szczęście, jeżeli ci się powiedzie». Więc uciekła. Mama wspominała tego mężczyznę przez całe życie. Nie wiem, kto to był. Starsi ludzie mówili, że członkowie OUN byli wyszkoleni, że byli patriotami, a nie bandytami. I że przebierali się za nich partyzanci radzieccy i wszelkiego rodzaju zbrodniarze» – mówi Halina Sokalska.

W marcu 1944 r. Jan Stocki został powołany do armii radzieckiej. Prawie rok jako żołnierz przebywał na Węgrzech. Został ranny. Nauczył się węgierskiego, bo miał talent do języków. Do domu wrócił w listopadzie 1945 r. «Opowiadał, że żołnierze wiedząc, że w domu nie ma w co się ubrać, wieźli z Węgier wszystko, co mogli. Tata przywiózł cztery aparaty fotograficzne i skrzypce. Bardzo dobrze grał na skrzypcach. A po wojnie pracował jako fotograf. Znała go cała okolica, zewsząd ludzie do Stockiego jeździli» – dodaje nasza rozmówczyni.

Kagebiści wezwali mamę i zastraszyli

W 1957 r. Jan Stocki miał zamiar wraz z rodziną wyjechać do Polski i zamieszkać blisko krewnych. Zaczął załatwiać dokumenty. «Pamiętam, jak wszystko było gromadzone, mama już planowała, komu odda kwiaty domowe… ​​A wtedy kagebiści, w tajemnicy przed ojcem, wezwali mamę i powiedzieli jej: droga jest długa, możecie nie dojechać do Polski. Zastraszyli ją tak bardzo, że kategorycznie odmówiła wyjazdu. Tata bardzo się obraził, że nie chciała się przeprowadzić, wypominał jej przez całe życie. Nawet krewni, którzy mieszkali w Polsce, mówili: to jej wina, że nie wyjechaliście. Mama się bała, więc nic tacie nie wyjaśniła. Została bardzo zastraszona. Powiedziano jej, że nie ma prawa nikomu o tym mówić. Dopiero po odzyskaniu przez Ukrainę niepodległości wyznała wszystko ojcu» – mówi Halina Sokalska.

«W tym czasie trwała procedura wydawania paszportów. Sowieci potrzebowali fotografa, który robiłby wysokiej jakości zdjęcia do dokumentów. Pewnie dlatego zadziałali, żeby tata nie wyjeżdżał» – sugeruje.

W domu rodzina Stockich mówiła po ukraińsku, ale kiedy przychodzili krewni, rozmawiali z nimi po polsku. «W ten sposób nauczyliśmy się języka polskiego. Nasze radio przez cały czas było nastawione na «Tu mówi Warszawa». Zawsze było u nas słychać język polski. Krewni przywozili elementarze i inne książki w języku polskim» – opowiada nasza rozmówczyni.

Jan i Ludmiła Stoccy siedzą z wnukami. Halina stoi nad matką. Brat Fedir z żoną i siostra Maria. 1974 r.

Halina Sokalska uczyła się w technikum we Lwowie. Następnie przez jakiś czas pracowała w Winnicy, Beresteczku, potem przeniosła się do Łucka, gdzie w latach 1973–1982 pracowała w fabryce skór syntetycznych jako technik telefoniczny. Później wstąpiła do Akademii Rolniczej w Kijowie. W 1988 r. wróciła do Beresteczka. Wyszła za mąż za Anatolija Sokalskiego (ur. 1955), urodziła córkę Ludmiłę (1994 r.).

W 1995 r. w Beresteczku rozpoczął działalność oddział Stowarzyszenia Kultury Polskiej im. Ewy Felińskiej. Oficjalna rejestracja nastąpiła w 1996 r. W tym samym roku Stowarzyszenie zorganizowało szkołę sobotnio-niedzielną. Halina Sokalska od samego początku uczyła dzieci języka polskiego. Później ukończyła trzyletni kurs języka polskiego na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. Od 2006 r. pani Halina jest prezesem oddziału SKP w Beresteczku i nadal prowadzi zajęcia z języka polskiego.

Halina Sokalska. 2024 r.

Olga Szerszeń

Zdjęcia pochodzą z archiwum rodzinnego Haliny Sokalskiej
Na głównym zdjęciu: Natalia Cybulska z wnukami. 1956 r

Powiązane publikacje
Rodzinne historie: Wspomnienia rówieńskiego krajoznawcy Czesława Chytrego
Artykuły
«Pamiętam, jak pięknie grały organy w kościele Świętego Antoniego. Pamiętam również, jak je zniszczono, jak splądrowano świątynię, jak ścięto krzyże na wieżach, jak wszystko rozkradziono i wywieziono. Chociaż kościół zamknięto, wciąż modliliśmy się do Boga. Zaczęliśmy się gromadzić w domach. Potajemnie. Żyliśmy w wierze katolickiej» – wspomina 79-letni Czesław Chytry z Równego. 
13 marca 2026
Rodzinne historie: Tę historię chcę przekazać moim dzieciom
Artykuły
Oleksandr Kiś przez całe życie, z wyjątkiem lat studenckich spędzonych w Winnicy, mieszka w Łucku. Jego rodzina ze strony matki pochodzi z Podola, a przodkowie ze strony ojca przenieśli się na Wołyń z województwa lubelskiego, prawdopodobnie w okresie II wojny światowej.
27 lutego 2026
Rodzinne historie: Nasza polskość kształtowała się w kościele
Artykuły
Polacy osiedlili się na Podolu w czasach I Rzeczypospolitej. I pomimo trudnych wydarzeń historycznych i odległości geograficznej, wynikającej z faktu, że od współczesnej granicy polsko-ukraińskiej dzielą ich setki kilometrów, miejscowym skupiskom Polaków udało się przetrwać i zachować tożsamość narodową.
13 lutego 2026
Rodzinne historie: «Nie przypuszczałem, że zostanę wojskowym»
Artykuły
«Mój ojciec był Ukraińcem, a mama – Polką. Ucząc się języka polskiego, czytając polskie książki, a następnie wyjeżdżając do Polski, zacząłem odkrywać w sobie więź z polską linią swojej rodziny. Teraz uważam się za ukraińskiego Polaka. Za człowieka, który ma jedno serce na dwa narody» – mówi 45-letni Andrzej Końko.
30 stycznia 2026
Rodzinne historie: «Połowa uczniów w mojej klasie była Polakami»
Artykuły
«Polaków u nas, w Nowej Borowej na Żytomierszczyźnie, było wielu. W mojej klasie chyba z połowa uczniów była Polakami, a druga – Ukraińcami» – mówi Ludmiła Wysocka, z domu Rusecka.
21 listopada 2025
Rodzinne historie: Obu dziadków zamordował reżim sowiecki
Artykuły
«Obie moje babcie rozmawiały po polsku, dziadków nie znałem, bo obu zamordowały władze sowieckie» – opowiada Walenty Wysocki. Pochodzi ze wsi Nowa Borowa w obwodzie żytomierskim, obecnie mieszka w Zdołbunowie w obwodzie rówieńskim.
07 listopada 2025
Rodzinne historie: Od Krzemieńca do Buenos Aires
Artykuły
«Fascynuje mnie znajdywanie krewnych, których od dawna nie widziałam lub w ogóle nie znałam, i śledzenie, wyłapywanie wspólnych cech. Możesz nie znać człowieka, nie rozmawiać z nim przez lata, ale pokrewieństwo trwa» – mówi Natalia Urbańska (z domu Mszaniecka) z Tarnopola.
10 października 2025
Rodzinne historie: «Wszystko zaczęło się od ręczników mamy»
Artykuły
Maria Fedorczuk połączyła swoje życie z dwoma miejscowościami w obwodzie rówieńskim: w Kostopolu urodziła się i spędziła większość życia, a w Topczy w Hromadzie Korzec stworzyła etnograficzny skarbiec.
26 września 2025
Rodzinne historie: «Moi dziadkowie są przesiedleńcami»
Artykuły
Nasza rozmówczyni Lubow Doczak urodziła się i mieszka we wsi Sidorów w Hromadzie Husiatyn w rejonie czortkowskim w obwodzie tarnopolskim. Tu spotkali się i pobrali jej rodzice. «Nasze dzieciństwo było wspaniałe. Mieliśmy wielu krewnych, bardzo dobrych, wszyscy zjeżdżali się do nas na święta» – wspomina pani Lubow.
12 września 2025