Rodzinne historie: «Od dziecka wiedzieliśmy, że jesteśmy Polakami»
Artykuły

Rozmawialiśmy o rodzinach Bagińskich i Truchanowskich z Żytomierszczyzny z Janem i Ireną Bagińskimi, członkami Towarzystwa Kultury Polskiej w Kostopolu. Drogi bohaterów tej publikacji skrzyżowały się w Romanowie. Są razem już od 52 lat.

Dziadek zmarł wcześnie

«Mój dziadek Albin Bagiński urodził się w polskiej kolonii Julianówka (dziś wieś Ulaniwka w rejonie żytomierskim obwodu żytomierskiego – aut.). Jego żona Rafalina Sawicka pochodziła ze zubożałej szlachty. Jej ojciec Stefan posiadał 17 ha ziemi wokół Julianówki. W 1921 r. w domu Albina i Rafaliny Bagińskich urodził się syn Antoni, mój ojciec. Oprócz niego w rodzinie wychowywały się córki Julia i Adela oraz syn Tomasz. Dziadek zmarł bardzo wcześnie, dlatego niewiele o nim wiem. Po jego śmierci babcia Rafalina po raz drugi wyszła za mąż za Piotra Zielińskiego. W tym małżeństwie urodziło się jeszcze dwoje dzieci – Kazimierz i Mieczysław.

W okresie międzywojennym moi krewni mieszkali w Julianówce. Uprawiali ziemię, chodzili do kościoła w Romanowie lub Miropolu (wsie w rejonie żytomierskim – aut.). W największe święta jeździli do kościoła w Połonnem (miasto w rejonie szepetowskim obwodu chmielnickiego – aut.). Chrzczono w nim większość naszych krewnych, ale ja zostałem ochrzczony w kościele w Miropolu» – opowiada pan Jan.

O życiu swojego ojca Jan Bagiński wspomina tak: «Tata nie pamiętał swojego ojca Albina. Został wychowany przez ojczyma Piotra Zielińskiego, który w latach 30. pracował w kołchozie. Wielki Głód w latach 1932–1933 i późniejsze represje ominęły rodzinę. Kiedy ojciec był młody, nadepnął na kosę i miał wadę stopy. Z tego powodu nie został powołany do służby wojskowej. Ojciec był człowiekiem wykształconym, pracował jako księgowy».

Podczas II wojny światowej rodzina przez jakiś czas ukrywała się w lesie: «W pobliżu byli radzieccy partyzanci. Na naszych terenach pojawiali się również banderowcy. Około 1942 r. ojciec poznał matkę, Helenę Liśniewską, i wkrótce się pobrali».

«Moja mama Helena Liśniewska pochodziła z wioski Olszanka (dziś w rejonie żytomierskim – aut.). Jej matka zmarła wcześnie, dlatego wychowywała ją babcia. Po ślubie matka z ojcem zostali w Julianówce. W 1943 r. urodziła się im córka Maria, która zmarła jako niemowlę, w 1945 r. – Zofia, w 1947 r. – ja, a w 1954 r. – ich najmłodszy syn Wiktor» – kontynuuje pan Jan.

Antoni i Helena Bagińscy z córką Zofią i synem Janem, lata 50. XX w.

W domu mówiło się po polsku

«Po wojnie ojciec pracował w kołchozie jako księgowy, a matka jako ogniwowa. Następnie przenieśliśmy się do Romanowa (dziś wieś w rejonie żytomierskim – aut.), ponieważ w naszej Julianówce zostało niewiele osób. Tam chodziłem do szkoły. Kiedy byłem mały, w domu rozmawialiśmy po polsku, a w szkole i na wsi – po ukraińsku. Mieszkała z nami babcia Rafalina, która do końca życia mówiła tylko po polsku. W rodzinie wszystkie dzieci wiedziały, że jesteśmy Polakami.

Jan Bagiński z rodzicami Antonim i Heleną, koniec lat 50. XX w.

W latach powojennych rozmawiano o wyjeździe do Polski, ale baliśmy się przesiedlenia. Po ukończeniu szkoły w Romanowie wstąpiłem na uczelnię w Dowbyszu (dziś rejon zwiahelski w obwodzie żytomierskim – aut.). Studiowałem także w Siewierodoniecku. Tam zostałem powołany do służby wojskowej, którą odbywałem w Białej Cerkwi. Ćwiczyłem sztuki walki. Po wojsku chciałem studiować wychowanie fizyczne w Kijowie, ale mama schowała moje dokumenty, dlatego wróciłem do rodziny w Romanowie (uśmiecha się – aut.). Przyjechała tam też moja przyszła żona Irena» – wspomina Jan Bagiński.

Wujek został pisarzem

Polskie korzenie Ireny Bagińskiej sięgają Romanowa: «Dziadek Klemens Truchanowski s. Andrzeja urodził się w 1874 r., a babcia Karolina c. Franca – w 1880 r. Dziadek pracował na stacji kolejowej Razine pod Romanowem, a babcia zajmowała się domem. W rodzinie wychowało się sześcioro dzieci. Najstarszy syn Kazimierz przeniósł się do Polski w okresie międzywojennym. Został pisarzem».

Rodzina Truchanowskich. Pierwsza od lewej strony – Karolina Truchanowska z córką Zofią, pierwszy od prawej – Klemens Truchanowski, 1932 r.

Kazimierz Truchanowski, wujek Ireny Bagińskiej, urodził się w 1904 r. Według historyka Oleksandra Kondratiuka, cytowanego przez czasopismo «Twij Romaniw», przyszły pisarz uczył się w Żytomierzu, a później studiował w Kijowie na Uniwersytecie Świętego Włodzimierza, gdzie zaczął wykazywać się zdolnościami literackimi. W 1925 r. rodzina postanowiła tajemnie wysłać Kazimierza z ZSRR do Polski, aby uchronić go przed prześladowaniami polskiej inteligencji i zapewnić możliwość rozwijania talentu literackiego. Rodzice znaleźli przewodnika, który zgodził się przeprowadzić Kazimierza przez radziecko-polską granicę.

W Kiwercach urodziła się córka Kazimierza Truchanowskiego, Bożena Truchanowska, znana polska ilustratorka. W «Wołyńskim Dzienniku Wojewódzkim» z 1931 r. jest o nim wzmianka jako o pracowniku Dyrekcji Lasów Państwowych w Łucku. Jako pisarz zadebiutował w kwartalniku «Echa Leśne». Później mieszkał w Warszawie i Łodzi. Pracował w tygodniku «Nowiny Literackie». Za najsłynniejsze dzieło Kazimierza Truchanowskiego uznawana jest powieść fantastyczna «Totenhorn».

Kazimierz Truchanowski z siostrą Heleną podczas wizyty w Romanowie, koniec lat 60. XX w.

O innych dzieciach z rodziny Truchanowskich Irena Bagińska opowiada w taki sposób: «Stanisław uczestniczył w II wojnie światowej, Bronisława wysłano do pracy na Uralu. Córki Helena i Maria zostały w Romanowie, a moja matka Zofia, która urodziła się jako najmłodsze dziecko w 1927 r., mieszkała z rodzicami aż do aresztowania dziadka».

W 1937 r. dziadek pani Ireny Klemens Truchanowski został aresztowany i oskarżony o działalność antyradziecką: «Pod koniec roku został rozstrzelany w Berdyczowie. Mama opowiadała, że dziadka zamordowano za nasze polskie pochodzenie. Następnie babcia Karolina wraz z najmłodszą córką Zofią udała się na Ural do syna Bronisława, ponieważ obawiała się, że, podobnie jak jej mąż, może być represjonowana. Tam babcia zmarła, a matka pracowała w fabryce wojskowej. Po wojnie w 1945 r. postanowiła wrócić do naszej wsi, ale siostry nie przyjęły jej ze względu na trudną sytuację materialną. Dlatego matka pojechała na dworzec kolejowy Razine, gdzie przed wojną pracował dziadek Klemens».

Na zesłaniu

«Na dworcu kolejowym Razine mama spotkała się z Polakami, którzy zaproponowali jej wyjazd z nimi do Polski. Mieli dokumenty na osobę, która zrezygnowała z podróży, z czego moja matka skorzystała. Na podstawie cudzych dokumentów udała się do Polski, licząc na to, że znajdzie brata Kazimierza. Następnie trafiła do Krakowa, gdzie pracowała w stołówce. W mieście było wielu rosyjskich oficerów, którzy dowiedzieli się, że wjechała do Polski nielegalnie. Wydano ją organom bezpieczeństwa, po czym przewieziono do Mińska. Tam odbył się proces. Początkowo oskarżono ją o zdradę stanu, za którą przewidziano najwyższą karę. Jednak pewien starszy sędzia zlitował się nad młodą dziewczyną i zmienił artykuł, z którego została oskarżona. Mama została zesłana do Republiki Komi ASRR na trzy lata. Tam poznała mojego ojca, Juwenala Denisowa, s. Lwa.

Ojciec urodził się w 1909 r. na Syberii. W składzie Armii Czerwonej brał udział w II wojnie światowej, trafił do niewoli niemieckiej. Wspominał, że z niewoli został wyzwolony przez Amerykanów. Następnie Rosjanie zabrali go i zesłali do Republiki Komi ASRR. To była kara za przebywanie w niemieckiej niewoli. W drodze traktowano go okrutnie. Opowiadał, że więźniów często rozstrzeliwano bez żadnego powodu» – wspomina Irena Bagińska.

W 1949 r. w Republice Komi ASRR urodziła się jej starsza siostra Tetiana, w 1952 r. – sama pani Irena, w 1953 r. – brat Wiktor, a w 1957 r. – siostra Ałła: «Mieszkaliśmy w osadzie typu miejskiego Wodnyj (dziś część okręgu miejskiego Uchta Republiki Komi w Rosji – aut.). Ojciec pracował w zakładzie produkcyjnym, a matka – w magazynach. Po jakimś czasie ojciec wyjechał do Nowosybirska, dlatego matka wychowywała nas sama. Pamiętam, że w jakiś sposób miała prenumeratę gazety «Przyjaciółka», ale z nami po polsku nie rozmawiała, bała się, że będziemy mieli z tego powodu problemy».

Zofia Truchanowska z mężem Juwenalem i dziećmi: po lewej – Irena, w centrum – Tetiana, po prawej – Wiktor, 1954 r.

W Ukrainie

«W 1969 r. ukończyłam szkołę w Wodnym, pracowałam tam w fabryce. Rok później podczas urlopu postanowiłam udać się do Ukrainy, do Romanowa. Moje ciotki mieszkały obok rodziny Bagińskich. Tam poznałam Jana. W 1971 r. pobraliśmy się. Rok później urodziła się nasza córka Anna, a w 1976 r. – syn Dmytro. W 1978 r. przenieśliśmy się do Kostopola. Otwierała się tam szkoła sportowa, do której Iwan został zaproszony jako trener. Studiował na Łuckim Instytucie Pedagogicznym, a ja – na Charkowskiej Akademii Prawa, po czym byłam zatrudniona jako prawniczka w inspekcji podatkowej. Przed przejściem na emeryturę pracowałam także w funduszu emerytalnym, a Jan dotychczas prowadzi wychowanie fizyczne w lokalnej szkole budowlano-technologicznej» – opowiada Irena Bagińska.

Córka Jana i Ireny Bagińskich obecnie mieszka w Białymstoku, pracuje w Operze i Filharmonii Podlaskiej, a syn Dmytro pozostał w Kostopolu, obecnie jest żołnierzem Sił Zbrojnych Ukrainy.

Jan i Irena Bagińscy są małżeństwem od 52 lat. Cieszą się trójką wnuków i dwójką prawnuków. Jeśli mają możliwość, biorą udział w wydarzeniach odbywających się w Towarzystwie Kultury Polskiej w Kostopolu, którego członkami są od lat 90. Tutaj, w szczególności podczas tworzenia statutu organizacji, przydało się prawnicze doświadczenie pani Ireny. Stała też u początków ruchu harcerskiego na Wołyniu, a raczej jego odrodzenia: w 1998 r. w Kostopolu powstała Drużyna Harcerska «Arka». Był to pierwszy ośrodek harcerski w obwodzie rówieńskim, po którym powstały drużyny w Zdołbunowie, Równem i Tomaszgrodzie. Irena Bagińska zajmowała się przede wszystkim zuchami – dziećmi w wieku 7–8 lat, które przygotowywały się do harcerstwa. Wraz z założeniem «Arki» dbała o szycie mundurów, dawała zuchom różne zadania, organizowała zabawy i wyjazdy edukacyjne.

Dodamy także, że gazeta «Monitor Wołyński» do czytelników z Kostopola dociera właśnie dzięki Irenie Bagińskiej. Po śmierci Jewhenija Witolda Naumowicza to ona odbiera ją na poczcie i dba o to, aby nasz dwutygodnik trafił do parafian kościoła Najświętszego Serca Pana Jezusa Chrystusa w Kostopolu, członków towarzystwa, sąsiadów i znajomych.

Serhij Hładyszuk

Na głównym zdjęciu: Jan i Irena Bagińscy, 2023 r.
Fot. Serhij Hładyszuk.
Pozostałe zdjęcia pochodzą z rodzinnego archiwum Jana oraz Ireny Bagińskich.

Powiązane publikacje
Rodzinne historie: Wspomnienia rówieńskiego krajoznawcy Czesława Chytrego
Artykuły
«Pamiętam, jak pięknie grały organy w kościele Świętego Antoniego. Pamiętam również, jak je zniszczono, jak splądrowano świątynię, jak ścięto krzyże na wieżach, jak wszystko rozkradziono i wywieziono. Chociaż kościół zamknięto, wciąż modliliśmy się do Boga. Zaczęliśmy się gromadzić w domach. Potajemnie. Żyliśmy w wierze katolickiej» – wspomina 79-letni Czesław Chytry z Równego. 
13 marca 2026
Rodzinne historie: Tę historię chcę przekazać moim dzieciom
Artykuły
Oleksandr Kiś przez całe życie, z wyjątkiem lat studenckich spędzonych w Winnicy, mieszka w Łucku. Jego rodzina ze strony matki pochodzi z Podola, a przodkowie ze strony ojca przenieśli się na Wołyń z województwa lubelskiego, prawdopodobnie w okresie II wojny światowej.
27 lutego 2026
Rodzinne historie: Nasza polskość kształtowała się w kościele
Artykuły
Polacy osiedlili się na Podolu w czasach I Rzeczypospolitej. I pomimo trudnych wydarzeń historycznych i odległości geograficznej, wynikającej z faktu, że od współczesnej granicy polsko-ukraińskiej dzielą ich setki kilometrów, miejscowym skupiskom Polaków udało się przetrwać i zachować tożsamość narodową.
13 lutego 2026
Rodzinne historie: «Nie przypuszczałem, że zostanę wojskowym»
Artykuły
«Mój ojciec był Ukraińcem, a mama – Polką. Ucząc się języka polskiego, czytając polskie książki, a następnie wyjeżdżając do Polski, zacząłem odkrywać w sobie więź z polską linią swojej rodziny. Teraz uważam się za ukraińskiego Polaka. Za człowieka, który ma jedno serce na dwa narody» – mówi 45-letni Andrzej Końko.
30 stycznia 2026
Rodzinne historie: «Połowa uczniów w mojej klasie była Polakami»
Artykuły
«Polaków u nas, w Nowej Borowej na Żytomierszczyźnie, było wielu. W mojej klasie chyba z połowa uczniów była Polakami, a druga – Ukraińcami» – mówi Ludmiła Wysocka, z domu Rusecka.
21 listopada 2025
Rodzinne historie: Obu dziadków zamordował reżim sowiecki
Artykuły
«Obie moje babcie rozmawiały po polsku, dziadków nie znałem, bo obu zamordowały władze sowieckie» – opowiada Walenty Wysocki. Pochodzi ze wsi Nowa Borowa w obwodzie żytomierskim, obecnie mieszka w Zdołbunowie w obwodzie rówieńskim.
07 listopada 2025
Rodzinne historie: Od Krzemieńca do Buenos Aires
Artykuły
«Fascynuje mnie znajdywanie krewnych, których od dawna nie widziałam lub w ogóle nie znałam, i śledzenie, wyłapywanie wspólnych cech. Możesz nie znać człowieka, nie rozmawiać z nim przez lata, ale pokrewieństwo trwa» – mówi Natalia Urbańska (z domu Mszaniecka) z Tarnopola.
10 października 2025
Rodzinne historie: «Wszystko zaczęło się od ręczników mamy»
Artykuły
Maria Fedorczuk połączyła swoje życie z dwoma miejscowościami w obwodzie rówieńskim: w Kostopolu urodziła się i spędziła większość życia, a w Topczy w Hromadzie Korzec stworzyła etnograficzny skarbiec.
26 września 2025
Rodzinne historie: «Moi dziadkowie są przesiedleńcami»
Artykuły
Nasza rozmówczyni Lubow Doczak urodziła się i mieszka we wsi Sidorów w Hromadzie Husiatyn w rejonie czortkowskim w obwodzie tarnopolskim. Tu spotkali się i pobrali jej rodzice. «Nasze dzieciństwo było wspaniałe. Mieliśmy wielu krewnych, bardzo dobrych, wszyscy zjeżdżali się do nas na święta» – wspomina pani Lubow.
12 września 2025