Antonina Bardyga pochodzi z Żytomierszczyzny. Do Łucka przyjechała ponad 50 lat temu. Na przełomie lat 80. i 90. była jedną z najbardziej aktywnych przedstawicielek społeczności katolickiej miasta, dzięki którym wiernym zwrócono kościół. Jako jedna z pierwszych zapisała się z siostrami do Stowarzyszenia Kultury Polskiej im. Ewy Felińskiej na Wołyniu.
Na żytomierskim Polesiu
«Moi dziadkowie ze strony matki pochodzą z polskich rodzin katolickich. Nazywali się Kalikst i Faustyna Domalewscy. Mieszkali we wsi Seberka (od 1946 r. wieś Ceberka w rejonie żytomierskim obwodu żytomierskiego – aut.)». Pewnego razu dziadek odwiedził Polesie, zobaczył, ile tam jest lasów, i uznał, że warto tam się przenieść. W ten sposób jeszcze w czasach Imperium Rosyjskiego moi dziadkowie przeprowadzili się do Michałówki (dziś rejon korosteński w obwodzie żytomierskim – aut.), a dokładnie do chutoru Załawie w pobliżu tej wsi. Dziadek zmarł na tyfus podczas I wojny światowej. W tym czasie babcia czekała na narodziny dziewiątego dziecka» – opowiada pani Antonina.
Swoją matkę wspomina tak: «Moja mama, Kazimiera Domalewska, urodziła się w 1912 r. Po śmierci ojca rodzina z trudem wiązała koniec z końcem. Mama bardzo dobrze się uczyła, ale ukończyła tylko kilka klas szkoły podstawowej, ponieważ musiała pomagać w gospodarstwie domowym i opiekować się młodszym rodzeństwem. Później nauczyciel z Michałówki pytał, gdzie się podziała ta dziewczynka, która tak pięknie śpiewała, mając na myśli moją mamę. Babcia została wcześnie sparaliżowana, dlatego mama musiała pracować u innych ludzi, żeby zarobić na utrzymanie rodziny. Chociaż nigdy nie ukończyła studiów, była mądrą osobą. W Seberce, skąd pochodzili moi dziadek i babcia, mieszkali głównie Polacy, a już w Michałówce było więcej Ukraińców. Mama wspominała, że od dziecka chodziła do kościoła w Olewsku. Później ten kościół został zburzony, pozostała tylko plebania.

Matka Antoniny Bardygi, Kazimiera Domalewska, (po lewej) z siostrą Marią i bratem Cezarym (siedzi po prawej). Lata 30. XX w.

Maria i Kazimiera Domalewskie z bratem Cezarym. Lata 30. XX w.
Mama opowiadała, że jej braci Faustyna i Feliksa na początku lat 30. władze radzieckie zesłały do Republiki Karelii. Rodzina odmówiła zasiewania pól wczesną wiosną i została ukarana za nieprzestrzeganie poleceń rządu. Później młodszy Faustyn wrócił, a starszemu Feliksowi pozwolono opuścić Karelię dopiero w 1952 r.» – wspomina moja rozmówczyni.
«Moi dziadkowie ze strony ojca pochodzili z chutoru Załawie. Nazywali się Tryfon Prymak i Jefymia z domu Żukowska. Dziadek pochodził z rodziny ukraińskiej i był pszczelarzem. Babcia pochodziła z wielodzietnej rodziny katolickiej, która w czasach Imperium Rosyjskiego zmuszona była przejść na prawosławie pod groźbą konfiskaty ziemi. Mój tata Oleksandr Prymak urodził się w 1909 r. Też skończył tylko kilka klas szkoły podstawowej i, podobnie jak jego ojciec, był pszczelarzem. To właśnie w Załawiu moi rodzice się poznali» – kontynuuje pani Antonina.
Wysiedlenie na wschód Ukrainy
«Moi rodzice, Oleksandr Prymak i Kazimiera Domalewska, pobrali się w 1935 r. i początkowo mieszkali w chutorze Załawie w Ukraińskiej SRR, w pobliżu granicy z Polską. Kiedy czekali na narodziny mojej starszej siostry, wraz z innymi mieszkańcami wsi zostali przesiedleni do obwodu dniepropetrowskiego. Oskarżono ich wówczas o kontakty z mieszkańcami Polski i zmuszono do przeniesienia się na wschód Ukrainy. Wydaje mi się, że mieszkali we wsi Pokrowskie (dziś rejon nikopolski w obwodzie dniepropetrowskim – aut.). Dwa lata później zostali przeniesieni do innej miejscowości, gdzie urodziły się dwie moje starsze siostry. W obwodzie dniepropetrowskim rodzice pracowali w kołchozach i mieszkali w różnych budynkach, własnego domu nie posiadali.

Rodzice Antoniny Bardygi, Oleksandr Prymak i Kazimiera Domalewska. Lata powojenne
Rodzice porozumiewali się głównie po ukraińsku, ale matka modliła się w języku polskim, dzieci również uczyła jak się modlić. Tata z kolei modlił się przed ikonami po ukraińsku. W obwodzie dniepropetrowskim pewna kobieta doniosła organom bezpieczeństwa, że mama często się modli i ma w domu księgi liturgiczne. Jednak ktoś ją ostrzegł przed niebezpieczeństwem, więc przed przeszukaniem ukryła te księgi na strychu. Mama była bardzo pobożna, głęboko wierząca. Dobrze śpiewała, zawsze była zapraszana na święta i różne wydarzenia kulturalne» – dodaje pani Antonina.
W 1941 r. jej ojciec został zmobilizowany do armii radzieckiej: «Mama została sama z dziećmi. Bóg ją jakoś uchronił, ale zmarł mój młodszy brat, który nie miał jeszcze dwóch lat. Ojciec zawsze tęsknił za nim, mówił, że miał tylko jednego syna, i ten umarł. Martwił się, że jego nazwisko rodowe Prymak może zniknąć. Wiem, że w czasie nazistowskiej okupacji Kijowa zginął brat mojej mamy, Cezary.
Pod koniec wojny, kiedy wojska nazistowskie opuściły nasze ziemie, a ojciec wrócił z frontu, naszej rodzinie pozwolono przenieść się do obwodu żytomierskiego. Rodzice osiedlili się we wsi Młynok (dziś rejon korosteński – aut.)».
«Wszyscy mówili po ukraińsku»
«Po wojnie nasza rodzina mieszkała w Młynku. Urodziłam się w 1947 r., a po mnie – jeszcze dwie siostry. Rodzice pracowali w kołchozie za grosze, a my z siostrami chodziłyśmy do lasu po jagody i wykonywałyśmy inne prace rolnicze, żeby trochę zarobić. Mieliśmy kawałek ziemi, jak wszyscy kołchoźnicy. Moja mama Kazimiera dożyła 88 lat, a ojciec Oleksandr – 89.

Po prawej stoi Kazimiera z córkami Antoniną (w białej sukni) i Janiną. Lata 50. XX w.
Szkołę podstawową skończyłam w Młynku, a potem uczyłam się w Sobiczynie (od 1960 r. – Pokrowskie w rejonie korosteńskim – aut.). Wykształcenie średnie zdobyłam w Olewsku. Następnie wstąpiłam do Czernihowskiego Instytutu Pedagogicznego na kierunek «Język i literatura ukraińska». Studiowałam zaocznie, jednocześnie przez dwa lata pracowałam w szkole. Później mój wydział został zlikwidowany, dlatego postanowiłam przenieść się do mojej starszej siostry Marii, która mieszkała w Łucku. Tu kontynuowałam studia, ukończyłam je w 1972 r.» – opowiada Antonina Bardyga.
«Wszyscy mówili po ukraińsku – wyjaśnia wybór kierunku pani Antonina. – Chociaż miałam rozterki, ponieważ musiałam mówić dzieciom, że Boga nie ma. Mama zawsze nam kazała, abyśmy słuchali nauczycieli, ale nie wierzyli, że Boga nie ma. Zaznaczała, że nauczyciele muszą tak mówić, inaczej zostaną ukarani. Miałam Boga w duszy, ale czasami musiałam mówić coś zupełnie innego».

Rodzina Prymaków (stoją od lewej: Maria, Stanisława, Sofia, Antonina, siedzą od lewej: Janina, rodzice Oleksandr i Kazimiera, Anna). Prawdopodobnie 1970 r.
«Po zdobyciu wyższego wykształcenia poszłam do pracy w fabryce tworzyw sztucznych, aby dostać mieszkanie. W szkolnictwie wówczas były słabe zarobki. W fabryce zarzucano mi, że pracuję niezgodnie z wykształceniem. W związku z tym postanowiłam zatrudnić się w przedszkolu jako wychowawczyni, a później się przekwalifikowałam. Kiedy nasze przedszkole zostało zlikwidowane, trochę wcześniej przeszłam na emeryturę. Pasowało mi to, ponieważ musiałam opiekować się chorą mamą. Przypominam, że pod koniec lat 80. ludziom, których w latach 30. przymusowo przesiedlano, płacono odszkodowanie. Mówiłam o tym mamie, a ona powiedziała, że Ukraina jest zbyt biedna, żeby jeszcze brać od niej jakiekolwiek pieniądze (uśmiecha się – aut.).
Podczas pracy w fabryce poznałam mojego przyszłego męża Rostysława Bardygę. W 1975 r. pobraliśmy się. Pochodził z Łucka. Urodzili się nasi dwaj synowie – Jurij i Roman, mam dwie wnuczki – Julię i Anastazję. Niestety mąż zmarł w kwietniu tego roku» – mówi pani Antonina.
Otwarcie kościoła
Pani Antonina tak wspomina otwarcie kościoła w Łucku: «Kościół był zamknięty, ale ludzie chcieli go otworzyć. Zaczęli sporządzać listy osób, które opowiadały się za przywróceniem nabożeństw. Też zostałam tam wpisana. Kiedy pracowałam w fabryce tworzyw sztucznych, czułam presję z powodu moich przekonań religijnych. Z inicjatywy katolików utworzono «dwudziestkę» osób, które zbierały się w różnych mieszkaniach na modlitwę. Niektórzy z naszych aktywnych działaczy, w tym Anna Steciak, nawet jeździli do Kijowa, gdzie prosili o otwarcie kościoła.
Pewnego dnia postanowiliśmy pójść na modlitwę do kościoła. Niektóre osoby groziły nam nawet, że nas skrzywdzą. Jednak w tym czasie powstawał Ludowy Ruch Ukrainy. Jego przedstawiciele powiedzieli nam, żebyśmy się nie bali i że w razie potrzeby staną w naszej obronie. Modliliśmy się przy kościele, a później pozwolono nam odprawić nabożeństwo w zakrystii. Wówczas przyjeżdżali do nas księża Antoni Andruszczyszyn i Ludwik Kamilewski. Wreszcie odzyskaliśmy kościół».
«Otwarcie kościoła było dla nas wielkim szczęściem. Życie się zmieniło. Przyprowadziłam do świątyni swoich synów, którzy byli jednymi z pierwszych ministrantów. Starałam się zawsze brać udział w nabożeństwach, jeździłam na otwarcie nowych kościołów, uczestniczyłam w organizacji chóru. Cała ta aktywność dodawała mi otuchy i uszczęśliwiała.
W sierpniu 1991 r. miałam okazję pojechać na Światowe Dni Młodzieży (ogólnoświatowy kongres młodzieży katolickiej w Częstochowie, organizowany przez papieża Jana Pawła II – aut.) ze swoim synem Jurijem, który miał wówczas 15 lat. To była dla mnie nieopisana radość. Miejscowi proponowali nam nocleg, wszyscy byli bardzo przyjaźni. Ci ludzie, którzy pochodzili z Wołynia, wypytywali nas o życie w Ukrainie. Później jeździłam też na inne spotkania w Krośnie i Zamościu, aby zobaczyć Ojca Świętego» – mówi pani Antonina.
Antonina Bardyga należy do Stowarzyszenia Kultury Polskiej im. Ewy Felińskiej na Wołyniu, które swoje istnienie zawdzięcza m.in. jej. Jest aktywną parafianką katedry Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Łucku, w której przywrócenie katolikom była zaangażowana. Chociaż dzieci nieustannie proszą ją, by przeprowadziła się do nich, pozostaje w Łucku. Mówi, że nie chce opuszczać kościoła i ludzi, którzy w ciągu tych lat stali się dla niej rodziną.
***
Projekt «Rodzinne historie Polaków z obwodu wołyńskiego, rówieńskiego i tarnopolskiego» jest wspierany ze środków Kancelarii Prezesa Rady Ministrów w ramach konkursu Polonia i Polacy za Granicą 2021. Projekt «Polska Platforma Medialna Wschód» jest realizowany przez Fundację Wolność i Demokracja. Publikacja wyraża jedynie poglądy autora i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Kancelarii Prezesa Rady Ministrów.
Serhij Hładyszuk
Zdjęcia z rodzinnego archiwum Antoniny Bardygi