89-letnia Anna Klebanowicz pochodzi z polskiej rodziny z północy współczesnej Białorusi. Spotkaliśmy się w Łucku, w Stowarzyszeniu Kultury Polskiej im. Ewy Felińskiej na Wołyniu, którego członkinią jest od około 30 lat
«Mama dostała wiadomość, że ojciec zaginął»
«Moi dziadkowie ze strony ojca, Izydor Batkowski i Magdalena Niemkowicz, pochodzili ze wsi Jaje (dziś rejon brasławski w obwodzie witebskim na Białorusi – aut.). Tu w 1908 r. urodził się mój ojciec Bonifacy Batkowski. Natomiast ze strony matki dziadek Józef Jarocki i babcia Kazimiera Lipska pochodzili ze wsi Puńki (dziś także rejon brasławski – aut.). Tu w 1915 r. urodziła się moja mama, Anna Jarocka» – opowiada Anna Klebanowicz.
Wsie Jaje i Puńki w międzywojennej Polsce znajdowały się w województwie wileńskim (Puńki do 1926 r. należały do województwa nowogrodzkiego). Mieszkali w nich niemal wyłącznie sami Polacy. Miejscowości te położone są w pobliżu zachodniej Dźwiny i współczesnej granicy białorusko-łotewskiej.
«Moi rodzice, Bonifacy Batkowski i Anna Jarocka, pobrali się na początku lat 30. XX w. i przenieśli się do Zajajówki (dziś wieś w rejonie brasławskim – aut.). Ja urodziłam się w 1933 r. i byłam najstarszym dzieckiem. Po mnie przyszli na świat jeszcze Wanda, dwojaczki Alicja i Franek, Piotr i Józefa. Nasza rodzina nie była bogata. Matka wychowywała dzieci, a ojciec pracował na kolei. Nasz dom był mały, ale przytulny» – kontynuuje pani Anna.

Rodzina Batkowskich: siedzi Anna Batkowska, po lewej – córka Józefa, po prawej – syn Piotr, po lewej u góry – córka Alicja, po prawej – córka Wanda

Siostra Alicja, 18 lat, 1955 r.

Brat Piotr z żoną Marią i córką
Pytana, w jakim języku rozmawiano w rodzinie, odpowiada: «Po polsku, ale używaliśmy też białoruskich słów. Mieszkali tam głównie Polacy. Żydzi mieszkali w okolicznych wsiach. Do kościoła chodziliśmy 7 km do wsi Druja (dziś w rejonie brasławskim – aut.). Pamiętam, że w większości dzieci chodziły na bosaka, ale ja zawsze miałam buty. W tym kościele zostałam ochrzczona i przyjęłam Pierwszą Komunię. Za kościołem znajdował się klasztor, w którym mieszkały zakonnice. Po wojnie władze sowieckie zniszczyły w Drui wiele zabytków. W wieku sześciu lat poszłam do szkoły. Moją nauczycielką była pani Janicka».
«Z wybuchem wojny niemiecko-radzieckiej w 1941 r. mojego ojca Bonifacego zmobilizowano do armii radzieckiej. Został ranny i długo leżał w szpitalu. Być może dlatego moja mama otrzymała wiadomość, że tata zaginął. Później opowiadał, że dostał podobną wiadomość o nas. Tak więc w pierwszych latach powojennych mieszkaliśmy na Białorusi, nic nie wiedząc o ojcu.
Nasz dom w Zajajówce został w czasie wojny zniszczony, więc rada wsi przydzieliła nam budynek polskiego gospodarza Palczewskiego, który wyjechał z rodziną do Polski. Przeprowadziliśmy się do jego chutoru w pobliżu wsi. Zaraz po wojnie bracia mojej mamy wyjechali do Polski. Prosili ją, żeby pozwoliła mi z nimi pojechać, ale mama się nie zgodziła» – opowiada Anna Klebanowicz.
Tak wspomina przeprowadzkę swojej rodziny do Drui, w pobliżu której płynie zachodnia Dźwina: «Przez jakiś czas mieszkaliśmy w chutorze pod Zajajówką, ale na nasze podwórko zaczęli przychodzić jacyś bandyci i mama postanowiła, że powinniśmy się przeprowadzić w inne miejsce. Przenieśliśmy się do Drui, gdzie mama pracowała na kolei. Dzięki temu dali nam tam dom.
W wieku 14 lat zaczęłam uczyć się szycia ubrań. Razem z moją nauczycielką pracowałyśmy w domu pana Wasilewskiego. Tam szyłyśmy ubrania dla jego rodziny. Później moja nauczycielka wyszła za mąż, a ja musiałam pracować sama».

Pogrzeb babci Magdaleny, 1947 r. Od lewej – brat matki Alfons, Alicja w białym szaliku, mali Józefa i Piotrek, obok Piotra – Anna Klebanowicz, obok Anny – Wanda, po prawej stronie – brat Franek
«Rodzina przeniosła się do Polski, a ja zostałam»
«Pewna kobieta szukała chętnych do wyjazdu do Rygi, aby zaopiekować się jej psami. Moja siostra Wanda zgłosiła się na ochotnika. Po pewnym czasie przyzwyczaiła się do miasta i ściągnęła tam całą naszą rodzinę. Nie pojechałam, bo miałam inne plany, a mama przeniosła się do siostry z młodszymi dziećmi, dostała tam pracę i mieszkanie.
W połowie lat 50. nasz znajomy pojechał do Polski i przypadkowo spotkał tam mojego ojca. Nic nie wiedział o naszym losie. Później zaczął wymieniać z mamą listy i wysłał nam zaproszenie do Polski. W 1956 r. przeniosła się tam cała nasza rodzina, oprócz mnie i Wandy. Byłyśmy już zamężne, dlatego postanowiłyśmy zostać. Wanda później przeprowadziła się do Odessy, a ja zostałam na Białorusi. Kiedy mama otrzymała od ojca zaproszenie, najpierw nic mi i siostrze nie powiedziała, bo nie chciała, żeby rozpadły się nasze rodziny» – mówi Anna Klebanowicz.
Pani Anna wspomina losy swoich krewnych, którzy przenieśli się do Polski: «Po wojnie ojciec pracował jako kowal i mieszkał we wsi Łubianka (dziś powiat myśliborski w województwie zachodniopomorskim w Polsce – aut.). Zmarł w 1975 r. w Szczecinie. Ze strony ojca zostały w Polsce jeszcze dwie moje siostry – Jadwiga i Teresa. Matka zmarła w 2000 r. w Gorzowie Wielkopolskim (dziś jedno z dwóch centrów administracyjnych województwa lubuskiego – aut.). Brat Franek w wieku 52 lat zginął w wypadku samochodowym. Brat Piotr pracował jako nauczyciel i był miłośnikiem sportu, a na początku lat 90. kandydował do Senatu RP z Gorzowa Wielkopolskiego».
«Wszystkich zapisywano jako Rosjan»
«W 1952 r. wyszłam za mąż za Stanisława Klebanowicza, który pracował na kolei. Mój mąż też pochodził z polskiej rodziny. Początkowo mieszkaliśmy w Drui. W 1953 r. urodził się mój starszy syn Albert.
Pamiętam, jak w 1956 r. mieliśmy powódź i nasz dom, podobnie jak wiele innych, został zalany. Musieliśmy pływać między domami na łodziach. Mieszkaliśmy nad zachodnią Dźwiną. Po jednej stronie – Białoruś, a po drugiej już Łotwa. Przy samej granicy. Do domu trafiliśmy dopiero, gdy opadła woda. Pamiętam też, że zimą, kiedy rzeka zamarzła, poszłam na Łotwę kupić wannę dla syna. Kiedy wracałam, lód był już bardzo cienki, ale jakoś Bóg mnie ochronił» – wspomina pani Anna.

Dom Anny Klebanowicz w Drui po powodzi, 1956 r. Anna Klebanowicz wraz z synem Albertem siedzą po lewej stronie
«Później mój mąż Stanisław został zabrany do wojska, pojechałam więc z nim do Uzbekistanu, do obwodu taszkenckiego. Wkrótce się rozwiedliśmy. Zabrałam syna Alberta, swoją maszynę do szycia i pojechałam do Taszkentu. Tam pracowałam w salonie krawieckim i szyłam ubrania dla kursantów szkoły pancernej. Po pewnym czasie dostałam mieszkanie. W mieście było wielu Ukraińców. W 1958 r. poznałam chłopaka z Ukrainy i przyjechałam z nim do Łucka. W 1960 r. urodził się nasz syn Oleksandr. W Łucku przez wiele lat pracowałam w salonie krawieckim, miałam 12 uczniów» – kontynuuje Anna Klebanowicz.

Anna Klebanowicz i syn Albert, początek lat 70

Anna Klebanowicz w Odessie, 1972 r.
Moja rozmówczyni wspomina kłopoty, które napotkała podczas sporządzania dokumentów w latach 60.: «Kiedy robiłam nowy akt urodzenia, tam, gdzie ma być podana narodowość ojca i matki, wpisano kreski. Wówczas z reguły wszystkich zapisywano jako Rosjan, a tym, którzy odmówili, wpisywano kreskę. Też tak miałam w papierach, choć moi rodzice są Polakami. Moje polskie koleżanki miały w paszportach podobne wpisy. Kiedy moja siostra Wanda robiła sobie podobny odpis aktu urodzenia w 1990 r., w rubryce o narodowości ojca już zapisano, że jest Polakiem. Zawsze miałam problem z tym, żeby udowodnić formalnie, że jestem Polką».

Anna Klebanowicz, 1980 r.
Opowiada, że w czasach radzieckich jeździła do Polski do krewnych: «Pamiętam, jak pojechałam tam z synem Oleksandrem na Boże Narodzenie w 1964 r. Na dworcu podeszłam do kierownika stacji i zapytałam, gdzie mogę przenocować. Kiedy dowiedział się, że jestem z Łucka, powiedział, że był tam, i zabrał mnie do domu. Dostaliśmy kolację i nocleg. Rano poszliśmy na dworzec, gdzie spotkała nas moja mama».
Dodaje: «Mam paszport zagraniczny, ale teraz już nie jeżdżę do Polski. Moja siostrzenica, córka Wandy, mieszka w Warszawie. Z innymi siostrami straciłam kontakt».
Anna Klebanowicz opowiada o swoim dalszym życiu w Łucku: «Mój starszy syn Albert ukończył szkołę i wyjechał do Charkowa, aby uczyć się na kierowcę spycharki. Później wyjechał zarobkowo za granicę, a w 1993 r. przyjechał do Ukrainy. Bardzo się ucieszyłam, że syn wrócił, ale niestety wkrótce tragicznie zmarł. Młodszy syn Oleksandr pracował jako kierowca, obecnie jest na emeryturze.
W Łucku pracowałam w salonie krawieckim, szyłam ubrania. Kupiłam sobie mieszkanie. Przeszłam na emeryturę w wieku 55 lat, ale nadal pracowałam. Dopiero cztery lata temu przerwałam pracę. Mam 62 lata stażu zawodowego».
Od początku lat 90., czyli od chwili wznowienia nabożeństw, Anna Klebanowicz jest parafianką kościoła Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Łucku. Jest również członkinią Stowarzyszenia Kultury Polskiej im. Ewy Felińskiej na Wołyniu od założenia organizacji. Ma sześcioro wnuków, ośmioro prawnuków i jednego praprawnuka. Podczas naszej rozmowy pokazuje mi rodzinne zdjęcia, a także medale, które otrzymała za wieloletnią pracę krawcowej. Mówi, że bardzo tęskni za rodziną mieszkającą w Polsce.
***
Projekt «Rodzinne historie Polaków z obwodu wołyńskiego, rówieńskiego i tarnopolskiego» jest wspierany ze środków Kancelarii Prezesa Rady Ministrów w ramach konkursu Polonia i Polacy za Granicą 2021. Projekt «Polska Platforma Medialna Wschód» jest realizowany przez Fundację Wolność i Demokracja. Publikacja wyraża jedynie poglądy autora i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Kancelarii Prezesa Rady Ministrów.
Serhij Hładyszuk
Zdjęcia pochodzą z rodzinnego archiwum Anny Klebanowicz