Rodzinne historie: Chrześniaczka Ireny Sandeckiej
Artykuły

«Jest bardzo oddana ludziom» – mówią o Emilii Wolanickiej krzemienieccy Polacy. Całe życie pracowała jako nauczycielka, zawsze była i pozostaje aktywną parafianką kościoła Świętego Stanisława w Krzemieńcu, w przeszłości była prezesem Towarzystwem Odrodzenia Kultury Polskiej im. Juliusza Słowackiego, obecnie należy do Komitetu Seniorów tej organizacji. Jednak najważniejsza dla niej zawsze była rodzina. Dlatego dziś proponujemy naszym Czytelnikom rodzinne historie Emilii Wolanickiej.

«Przyszli sowieci i zabrali dziadka»

«Moi dziadkowie ze strony matki byli Polakami. Pochodzili ze wsi Zagórce (dziś w rejon krzemieniecki w obwodzie tarnopolskim – aut.). Dziadek nazywał się Jan Juchkiewicz, a babcia – Frania (Franciszka). Mieli ośmioro dzieci, z których dwoje zmarło wcześnie. Dziadek był leśniczym, uprawiał też własną rolę. Mama Stanisława urodziła się w 1907 r. Wspominała, że kiedy w 1918 r. przyszli Sowieci (prawdopodobnie chodzi o wiosnę 1919 r. – aut.), dziadka zabrano do Dederkał (dziś Dederkały Wielkie w rejonie krzemienieckim – aut.) i rozstrzelano. Babcia ukrywała się z dziećmi, ponieważ bolszewicy chcieli zlikwidować całą ich rodzinę.

W latach 20. mama uczyła się w Liceum Krzemienieckim, chciała zostać nauczycielką. Na ostatnim roku studiów zachorowała, zdiagnozowano u niej gruźlicę. Następnie zabrała ją do siebie na leczenie kuzynka matki ze wsi Szpikołosy (dziś rejon krzemieniecki – aut.). Nie miała z mężem, Mieczysławem Polakiem, dzieci. Kiedy mama wyzdrowiała, została u ciotki, opiekowała się nią. Żyli w dostatku, mieli dużo ziemi. Po śmierci ciotki wujek zaczął grać w karty i przegrał część ziemi, ale murowany dom z blaszanym dachem jednak został. Babcia Frania z Zagórców już wtedy zmarła. Na początku lat 30. mama wyszła za mąż za policjanta Józefa Czajkowskiego. Prowadzili gospodarstwo w Szpikołosach, a w 1934 r. urodziła się im córka Izabela» – zaznacza Emilia Wolanicka.

Uczniowie i nauczyciele Liceum Krzemienieckiego, 1929 r. (Stanisława Wolanicka stoi pierwsza po lewej stronie, Maria Sandecka siedzi ubrana na biało)

Uczniowie i nauczyciele Liceum Krzemienieckiego (Stanisława Wolanicka siedzi pierwsza po lewej stronie, Maria Sandecka siedzi w środku ubrana na biało)

Moja rozmówczyni opowiada o najmłodszym bracie swojej matki: «Zygmunt urodził się w 1911 r. i mieszkał z moją matką w Szpikołosach. W latach 30. często jeździł pod granicę radziecką, zajmował się nielegalnym handlem. Za te pieniądze kupił nawet rower. Raz został ciężko pobity, ale matka znalazła lekarza, który go uratował. To nie powstrzymało Zygmunta, nadal chodził na granicę. Później został deportowany na Syberię. Matka nawet wysłała mu jakieś paczki z pomocą. Ostatecznie pozwolono mu wrócić do Polski i osiedlić się w Szczecinie».

Pani Emilia opowiada o radzieckich represjach na początku II wojny światowej: «W Zahajcach (dziś Zahajce Wielkie w rejonie krzemienieckim – aut.) mieszkała siostra mojej matki – Teresa. Jej mąż, osadnik wojskowy Józef Piksa, pochodził z centralnej Polski. Mieli gospodarstwo w kolonii Sienkiewicze i opiekowali się piątką dzieci. W 1939 r. zostali aresztowani i zesłani na Syberię. Troje ich dzieci uciekło z aresztu i przyszło do mojej matki. W drodze na Syberię zmarło najmłodsze dziecko, a żołnierze po prostu wyrzucili je z pociągu. Z tego powodu ciocia Teresa wpadła w chorobę psychiczną, a później zmarła na Syberii. Wujek Józef poszedł do armii generała Andersa (Armia Polska w ZSRR – aut.), a po wojnie osiedlił się w Polsce. Ich najstarszy syn trafił do Anglii i tam został.

Wraz z nadejściem władzy radzieckiej aresztowano także męża mojej matki, policjanta Józefa Czajkowskiego. Był przetrzymywany w więzieniu we Lwowie, gdzie ciężko zachorował. Kiedy mama przyjechała do niego, pozwolono jej zabrać męża do domu, ponieważ ledwo mógł wstać, był bardzo słaby. Po powrocie do Szpikołosów żył jeszcze kilka miesięcy, zmarł w 1942 r.»

«Mamie przyśnił się krzyżyk»

«Po śmierci męża mama została z moją siostrą Izabelą w Szpikołosach. Razem z nimi mieszkała też moja kuzynka Teresa, córka Józefa Piksy, która nie została wywieziona na Syberię.

Teresa Piksa (kuzynka) i Emilia Wolanicka, ok. 1950 r.

Pewnego wieczoru w 1943 r. do drzwi mojej mamy zapukał sąsiad i powiedział, że coś się jej pali w gospodarstwie. Mama odpowiedziała, że o takiej porze już nikomu nie otwiera. Zauważyła jednak, że na jej ulicy, na której mieszkali Polacy, zaczęła się strzelanina, paliły się domy. Zebrała dzieci i ukryła się razem z nimi na strychu. Później do ich domu przyszli banderowcy, zaczęli zabierać wszystko, co mogli, wynosili z domu i ładowali na wozy. Jeden z nich wszedł na strych, przeszedł się i wrócił na dół. Mama mówiła, że możliwe jest, że ich zobaczył, ale nie wydał. Albo rzeczywiście nie zauważył» – wspomina pani Emilia.

«W przededniu tych wydarzeń mojej mamie przyśnił się krzyżyk, którym należało przeżegnać drogę, aby uciec przed niebezpieczeństwem. Kiedy matka z dziećmi zeszła ze strychu, zabrała z domu tylko ten krzyżyk i zrobiła tak, jak jej się śniło. Przechodzili przez różne pola i czołgali się na kolanach, żeby nikt ich nie zauważył. W ten sposób udało im się uciec ze wsi. Dołączyło do nich jeszcze dwóch chłopców. Moja mama zabrała ich do Krzemieńca. W mieście najpierw przygarnęła ich pewna kobieta, mieszkali u niej w jakiejś stodole» – kontynuuje Emilia Wolanicka.

Opowiada też o tragedii sąsiadów: «W sąsiedztwie mojej matki mieszkał Ukrainiec, który ożenił się z Polką. Kiedy banderowcy przyszli do nich, powiedzieli mu, że on może iść. Nie chciał, zaczął płakać i prosić, aby zostawili jego żonę i dzieci w spokoju. Wszyscy zostali zastrzeleni. Siostra jego żony uciekła do Krzemieńca, a później otrzymała zezwolenie na to, żeby zabrać zwłoki krewnych. Kiedy przybyła do Szpikołosów, znalazła żywe dziecko i zabrała je do siebie.

W Szpikołosach mieszkali zarówno Polacy, jak i Ukraińcy. Prosiłam mamę, żeby opowiedziała mi, kto dokładnie popełnił te krwawe zbrodnie, ale mówiła, że nie powinnam tego znać. Mama bardzo nie lubiła władzy radzieckiej. Mówiła, że nie przetrwa długo, bardzo się wtedy dziwiłam».

Ojciec został wywieziony na roboty przymusowe do Niemiec

«Moi dziadkowie, Mykoła i Stefanyda Wolaniccy, pochodzili spod Wiśniowca. W 1894 r. urodził się im syn Stanisław, mój ojciec. To była polska rodzina, która uprawiała rolę i zajmowała się przewozem różnych towarów. Później ojciec ożenił się ze Stefanią, która miała już dwoje dzieci, i przeniósł się do Szpikołosów. Jedna z ich córek miała już nawet dziecko, Milunię. Zostałam później nazwana na jej cześć. Interesujące jest również to, że pierwsza żona mojego ojca była matką chrzestną mojej siostry Izabeli» – zauważa Emilia Wolanicka.

O okresie okupacji niemieckiej opowiada tak: «Pomimo wieku ojciec został wysłany na roboty przymusowe do Niemiec. Mówił, że pracował w jakiejś fabryce i było mu ciężko, musiał szukać jedzenia na śmietnikach. Ci, którzy pracowali w rolnictwie, byli lepiej karmieni, dlatego mieli w Niemczech łatwiej.

Pierwsza żona mojego ojca, Stefania, mieszkała wówczas w Szpikołosach. Niedaleko wsi partyzanci zabili Niemca. W odwecie Niemcy postanowili zabić dziesięć osób ze wsi. Zapędzili przypadkowych ludzi do stodoły i spalili. Wśród nich była Stefania. Po wojnie jedna z jej córek wyjechała do Polski z własną rodziną».

«Opuszczając Niemcy ojciec miał dokumenty, które pozwoliłyby mu osiedlić się w Polsce. Chciał jednak wrócić do domu i pracować na roli. Poza tym nie wiedział, co się stało z jego żoną. Z granicy polsko-radzieckiej został skierowany do pracy w Mariupolu przy odbudowie zakładu produkcyjnego. Dopiero po roku otrzymał pozwolenie na powrót do Szpikołosów. W 1947 r., kiedy wrócił do domu, dowiedział się o losie swojej żony. Gospodarstwo również zostało zniszczone, pojechał więc do Krzemieńca, gdzie dostał pracę w piekarni» – mówi Emilia Wolanicka.

«W domu rozmawialiśmy tylko po polsku»

«Matka mieszkała w Krzemieńcu z córką Izabelą, siostrami Anielą i Teklą oraz ich dziećmi. Mieszkały w pomieszczeniu piwnicznym niedaleko młyna. Po pewnym czasie wszyscy zachorowali na tyfus, na który zmarła siostra matki Tekla i jej syn. Aby wyżywić rodzinę, mama pracowała w piekarni. W domu zarabiała tylko ona. Kiedy byli Niemcy, piekarnia piekła chleb dla Niemców, kiedy przyszli sowieci – dla sowietów. Mama mówiła, że Niemcy zachowywali się lepiej, a sowieci znęcali się nad ludźmi. Poza piekarnią mama chodziła do pracy do ludzi: pomagała młócić zboże lub kopała ziemniaki. Pieszo chodziła do Szpikołosów, aby zarobić.

To właśnie w piekarni w Krzemieńcu poznali się moi rodzice, Stanisław Wolanicki i Stanisława Juchkiewicz. Urodziłam się w 1949 r. Ojciec pracował później jako stolarz, a mama zajmowała się domem. Żyliśmy dość biednie. Mieliśmy jeden pokój za kościołem, w którym mieszkali rodzice, ja, moja starsza siostra Izabela z mężem i dwójką dzieci. Później moja siostra dostała mieszkanie i wyprowadziła się od nas» – kontynuuje Emilia Wolanicka.

Stanisław Wolanicki (pośrodku) z braćmi, ok. 1949 r.

Wspomina: «Kiedy chodziłam do ósmej klasy, nie miałam nawet własnego płaszcza. Rodzice oddali mnie do rosyjskiej szkoły, ale w domu rozmawialiśmy tylko po polsku. Na ulicy porozumiewałam się z dziećmi po ukraińsku. Ojciec był już w sędziwym wieku i trudno było mu pracować. Otrzymywał niewielką emeryturę. Aby jakoś zarobić, hodowałam króliki, a potem je oddawałam do skupu».

Po ukończeniu szkoły pani Emilia także poszła do pracy w piekarni: «Po dwóch tygodniach poczułam się słabo, straciłam przytomność na zmianie. Dobrze, że kolega to zauważył i pomógł mi się nie zranić, bo obok były gorące formy do pieczenia. Dyrektor chciał mnie zwolnić, ale poprosiłam o pomoc w znalezieniu pracy, ponieważ mieliśmy trudną sytuację materialną w domu.

Dyrektor wysłał mnie do swojej córki do rejonowego komitetu komsomołu. Zostałam skierowana do pracy jako drużynowa pionierów we wsi Komnatka (dziś Kimnata w rejonie krzemienieckim – aut.). Później wstąpiłam na studia zaoczne na Wydziale Fizyki Krzemienieckiego Instytutu Pedagogicznego, kończyłam jednak Wydział Matematyki Tarnopolskiego Instytutu Pedagogicznego. Po Komnatce pracowałam w Gajach i Dunajowie (wsie w rejonie krzemienieckim – aut.)».

W 1967 r. Emilia Wolanicka wyszła za mąż za Ukraińca Iwana Szulgana: «Pracował jako elektryk. Ślub braliśmy w kościele, przez co między naszymi rodzicami doszło do kłótni, ale jakoś się ułożyło. W 1981 r. otrzymaliśmy mieszkanie. Urodzili się nam synowie Paweł i Piotr oraz córka Alina. Starszy syn, Paweł, zmarł, a Piotr mieszka ze mną. Córka jest ze swoim synem w Warszawie. Póki żyła jeszcze moja mama, w domu zawsze rozmawialiśmy po polsku. Mama przechodziła na ukraiński tylko wtedy, kiedy się kłóciła (uśmiecha się – aut.)».

Od prawej do lewej: Stanisław Wolanicki, Izabela Batowska, Stanisława Wolanicka, Emilia Wolanicka, Iwan Szulgan, dzieci Emilii Wolanickiej

Moją matką chrzestną była Irena Sandecka

«Moją matką chrzestną była Irena Sandecka, bardzo znana w Krzemieńcu postać. Jej matka Maria (z domu Czartkowska – aut.) w latach 20. pracowała jako wychowawczyni w żeńskim internacie Liceum Krzemienieckiego. Wówczas uczyła się tam moja mama Stanisława. W czasie II wojny światowej Irena Sandecka należała do polskiej konspiracji. W związku z tym została aresztowana przez sowietów i przez pewien czas była przetrzymywana w więzieniu. Po wojnie była organistką w kościele parafialnym Świętego Stanisława w Krzemieńcu, a także przygotowywała dzieci do Pierwszej Komunii, uczyła języka polskiego. Miała zdolności pedagogiczne, umiała zainteresować podopiecznych. Wówczas nie mieliśmy stałego księdza. Później msze zaczął odprawiać ksiądz Jakub Macyszyn, choć od czasu do czasu dostawał zakaz prowadzenia nabożeństw.

Ksiądz Jakub Macyszyn z dziećmi (druga od prawej – Emilia Wolanicka)

Chodziłam do kościoła od dzieciństwa. Nawet gdy nie było księdza, krzemienieccy Polacy, w szczególności moja mama ze mną, Irena Sandecka i inni miejscowi Polacy, przychodziliśmy do kościoła i modliliśmy się. Irena Sandecka pracowała jako laborantka w szpitalu. Na emeryturze prowadziła również aktywną działalność kulturalną w polskim stowarzyszeniu» – wspomina moja rozmówczyni.

Emilia Wolanicka, 2022 r.

Irena Sandecka (1912–2010) – polska działaczka społeczna i katolicka, poetka, nauczycielka. Emilia Wolanicka opiekowała się nią do ostatnich dni jej życia. Po przejściu na emeryturę poświęciła się rodzinie, zawsze przychodzi do kościoła, należy do Komitetu Seniorów Towarzystwa Odrodzenia Kultury Polskiej im. Juliusza Słowackiego w Krzemieńcu.

***

Projekt «Rodzinne historie Polaków z obwodu wołyńskiego, rówieńskiego i tarnopolskiego» jest wspierany ze środków Kancelarii Prezesa Rady Ministrów w ramach konkursu Polonia i Polacy za Granicą 2021. Projekt «Polska Platforma Medialna Wschód» jest realizowany przez Fundację Wolność i Demokracja. Publikacja wyraża jedynie poglądy autora i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Kancelarii Prezesa Rady Ministrów.

Serhij Hładyszuk
Zdjęcia pochodz z rodzinnego archiwum Emilii Wolanickiej

Powiązane publikacje
Rodzinne historie: Wspomnienia rówieńskiego krajoznawcy Czesława Chytrego
Artykuły
«Pamiętam, jak pięknie grały organy w kościele Świętego Antoniego. Pamiętam również, jak je zniszczono, jak splądrowano świątynię, jak ścięto krzyże na wieżach, jak wszystko rozkradziono i wywieziono. Chociaż kościół zamknięto, wciąż modliliśmy się do Boga. Zaczęliśmy się gromadzić w domach. Potajemnie. Żyliśmy w wierze katolickiej» – wspomina 79-letni Czesław Chytry z Równego. 
13 marca 2026
Rodzinne historie: Tę historię chcę przekazać moim dzieciom
Artykuły
Oleksandr Kiś przez całe życie, z wyjątkiem lat studenckich spędzonych w Winnicy, mieszka w Łucku. Jego rodzina ze strony matki pochodzi z Podola, a przodkowie ze strony ojca przenieśli się na Wołyń z województwa lubelskiego, prawdopodobnie w okresie II wojny światowej.
27 lutego 2026
Rodzinne historie: Nasza polskość kształtowała się w kościele
Artykuły
Polacy osiedlili się na Podolu w czasach I Rzeczypospolitej. I pomimo trudnych wydarzeń historycznych i odległości geograficznej, wynikającej z faktu, że od współczesnej granicy polsko-ukraińskiej dzielą ich setki kilometrów, miejscowym skupiskom Polaków udało się przetrwać i zachować tożsamość narodową.
13 lutego 2026
Rodzinne historie: «Nie przypuszczałem, że zostanę wojskowym»
Artykuły
«Mój ojciec był Ukraińcem, a mama – Polką. Ucząc się języka polskiego, czytając polskie książki, a następnie wyjeżdżając do Polski, zacząłem odkrywać w sobie więź z polską linią swojej rodziny. Teraz uważam się za ukraińskiego Polaka. Za człowieka, który ma jedno serce na dwa narody» – mówi 45-letni Andrzej Końko.
30 stycznia 2026
Rodzinne historie: «Połowa uczniów w mojej klasie była Polakami»
Artykuły
«Polaków u nas, w Nowej Borowej na Żytomierszczyźnie, było wielu. W mojej klasie chyba z połowa uczniów była Polakami, a druga – Ukraińcami» – mówi Ludmiła Wysocka, z domu Rusecka.
21 listopada 2025
Rodzinne historie: Obu dziadków zamordował reżim sowiecki
Artykuły
«Obie moje babcie rozmawiały po polsku, dziadków nie znałem, bo obu zamordowały władze sowieckie» – opowiada Walenty Wysocki. Pochodzi ze wsi Nowa Borowa w obwodzie żytomierskim, obecnie mieszka w Zdołbunowie w obwodzie rówieńskim.
07 listopada 2025
Rodzinne historie: Od Krzemieńca do Buenos Aires
Artykuły
«Fascynuje mnie znajdywanie krewnych, których od dawna nie widziałam lub w ogóle nie znałam, i śledzenie, wyłapywanie wspólnych cech. Możesz nie znać człowieka, nie rozmawiać z nim przez lata, ale pokrewieństwo trwa» – mówi Natalia Urbańska (z domu Mszaniecka) z Tarnopola.
10 października 2025
Rodzinne historie: «Wszystko zaczęło się od ręczników mamy»
Artykuły
Maria Fedorczuk połączyła swoje życie z dwoma miejscowościami w obwodzie rówieńskim: w Kostopolu urodziła się i spędziła większość życia, a w Topczy w Hromadzie Korzec stworzyła etnograficzny skarbiec.
26 września 2025
Rodzinne historie: «Moi dziadkowie są przesiedleńcami»
Artykuły
Nasza rozmówczyni Lubow Doczak urodziła się i mieszka we wsi Sidorów w Hromadzie Husiatyn w rejonie czortkowskim w obwodzie tarnopolskim. Tu spotkali się i pobrali jej rodzice. «Nasze dzieciństwo było wspaniałe. Mieliśmy wielu krewnych, bardzo dobrych, wszyscy zjeżdżali się do nas na święta» – wspomina pani Lubow.
12 września 2025