Weronij Korczyński urodził się w 1936 r. na Chmielnicczyźnie. Obecnie mieszka w Tarnopolu. Dzieląc się z nami swoimi wspomnieniami mówi, że Polakami w jego stronach rodzinnych nazywano tych, którzy chodzili do kościoła, a wszystkich członków jego polskiej rodziny po II wojnie światowej zarejestrowano jako Ukraińców.
Imienna szabla ojca
«Moi rodzice pochodzą z katolickich rodzin Podola. Ojciec Stanisław Korczynski, s. Pawła, urodził się w 1884 r. we wsi Gniłowody (obecnie część wsi Słobódka Rachnowiecka w rejonie kamienieckim obwodu chmielnickiego – aut.), która wówczas położona była na terenie guberni podolskiej w Imperium Rosyjskim. Jego przodkowie byli pochodzenia szlacheckiego, ale on sam był już zwykłym chłopem, pracował we własnym gospodarstwie, bardzo dobrze kosił. Matka Józefa Czajkowska-Szewczyk, c. Józefa, pochodziła ze Słobódki Zalesieckiej. Urodziła się w 1891 r. Przodkowie mamy jeszcze na początku XIX wieku nazywali się Czajkowscy, człon Szewczyk pojawił dopiero pod koniec tamtego stulecia.
Rodzice pobrali się w 1909 r. i zamieszkali w Gniłowodach. Ślub wzięli w kościele w sąsiedniej wsi Zaleśce (dziś rejon kamieniecki – aut.). W 1910 r. urodziła się moja siostra Hanna, a rok później brat Iwan. W 1914 r. na świat przyszła siostra Jadwiga. Później mojego ojca zabrano na wojnę z Austro-Węgrami» – mówi Weronij Korczyński.
O służbie ojca w armii rosyjskiej podczas I wojny światowej wspomina tak: «Mój ojciec niewiele opowiadał o wojnie, ale z tego, co wiem, był artylerzystą. Otrzymał nawet imienną szablę. Po powrocie do domu ukrył ją pod strzechą. Później szukaliśmy tej szabli, ale nie mogliśmy znaleźć. Już po II wojnie światowej nowi właściciele domu znaleźli ją podczas rozbierania dachu i żartowali, że stary Korczyński chował broń i szykował się do wojny».
Mój rozmówca zauważa, że już po I wojnie światowej, w 1919 r., w rodzinie urodziła się córka Zinowia.
Burzliwe lata rewolucji ukraińskiej 1917–1921, kiedy Kamieniec Podolski był przez pewien czas stolicą Ukraińskiej Republiki Ludowej, minęły dość spokojnie: «Moi rodzice tylko dowiadywali się o zmianach władzy, ale sami pracowali i prowadzili gospodarstwo na wsi».
«W naszej wsi prawie wszyscy byli katolikami»
«W latach 20. XX w. nasza rodzina miała własne gospodarstwo. W 1929 r. zaczęto organizować kołchozy i rodzice musieli oddać konie i sprzęt do wspólnego użytkowania. Na początku lat 30. rozpoczął się Wielki Głód, ale nie dotknął naszych wsi zbyt mocno» – mówi Weronij Korczyński.
«Urodziłem się w 1936 r. w Gniłowodach, zostałem ochrzczony dopiero siedem lat później w kościele w Kamieńcu Podolskim. Moi rodzice byli Polakami. W rodzinie nazywaliśmy siebie ukraińskimi Polakami, ale najczęściej katolikami. Tych, którzy szli do kościoła, u nas też czasami nazywano Polakami, a prawosławnych, którzy chodzili do cerkwi, określano «ruskimi». We wsi nie było kościoła, więc chodziliśmy na nabożeństwa do sąsiedniej wsi Zaleśce lub do Kamieńca Podolskiego.
W naszej wsi prawie wszyscy byli katolikami i rozmawiali po ukraińsku. W rodzinie też rozmawiano po ukraińsku. Moja mama dobrze czytała po polsku, ale mnie nie uczyła. Kiedy jeździła do rodziny w Słobódce Zalesieckiej, rozmawiała z nimi po polsku. Tata z kolei czytał po polsku gorzej» – kontynuuje Weronij Korczyński.
Wspomina też początek wojny niemiecko-radzieckiej: «Pamiętam, że w nocy 21 na 22 czerwca 1941 r., jeszcze przed wypowiedzeniem wojny, Niemcy zbombardowali fabrykę sukna w Dunajowcach. Moje siostry w tym czasie były już zamężne i miały własne rodziny, a brat Iwan został wcielony do Armii Czerwonej.
Pewnego dnia w 1941 r. bawiłem się z innymi dziećmi na polanie. Rodzice zaczęli zabierać je do domów, gdyż rozpoczął się niemiecki atak. Jak się później okazało, wieś zaatakowali nie Niemcy, tylko Rumuni. Jedna z brygad rumuńskich przejechała rowerami przez naszą wioskę i zatrzymała się na odpoczynek. Następnie żołnierze zaczęli zrywać korę brzozy i pisać na niej listy do domu. Po kilkugodzinnym pobycie opuścili wioskę».
«Pamiętam, że kiedy przyszli Niemcy, przynieśli ze sobą plakaty, na których Hitler trzymał Stalina za grzywkę. Za ich czasów w naszej wsi na ogół było spokojnie. Kiedy już mieli się wycofać, zorganizowali w jednym z pokoi naszego domu kwaterę. Całą noc spędzili przyglądając się mapom, popijając piwo i wspominając Kamieniec Podolski. Prawdopodobnie byli otoczeni i szukali najlepszej drogi do wycofania się. Kiedy przechodziłem koło Niemców, proponowali mi nawet cukierki. W nocy podpalili swój sprzęt i wycofali się do lasu. Kilka osób ze wsi zostało zabitych w związku z podejrzeniem o powiązania z czerwonymi partyzantami» – dodaje pan Weronij.
Opowiada też o ukraińskich partyzantach, którzy przychodzili do ich wsi w czasie wojny: «Któregoś razu pod koniec 1944 r. przyszli z lasu ludzie w cywilnych ubraniach i poprosili o mleko. Mówili, że służą w Armii Czerwonej. Moja mama cały czas pytała, dlaczego nie są ubrani w mundury wojskowe, a oni twierdzili, że nie dla wszystkich wystarczyło. To byli banderowcy. Zjedli i wrócili do lasu. Mniej więcej tydzień później znowu przyszli w nocy i zaczęli pukać do okna. Ojciec nie otwierał, więc poszli po żywność do innych ludzi. Później koledzy ze wsi opowiadali, że chcieli wrzucić granat do naszego domu, ponieważ nie otworzyliśmy, ale przekonano ich, żeby tego nie robili».
«Co się stało z pana bratem Iwanem, który został wcielony do Armii Czerwonej na początku wojny niemiecko-radzieckiej?» – pytam. «Po mobilizacji w 1941 r. chłopaki z naszej wsi najpierw udali się na zachód, a po wycofaniu się wrócili do swoich rodzinnych wsi. W 1944 r. ponownie zostali zabrani na front. Dotarli do Równego, gdzie zginęło wielu żołnierzy. Mój brat walczył także w Karpatach, gdzie został ranny. Iwan miał szczęście, ponieważ natychmiast został zabrany samolotem do Saratowa, gdzie przeszedł operację nogi. Wrócił do wsi o kulach. Pracował jako księgowy. Ożenił się w 1946 r.» – opowiada Weronij Korczyński.
«Kiedy miałem 11 lat, rozpoczął się powojenny głód. Mieliśmy krowę i konie, dlatego nie poczuliśmy go za mocno, w porównaniu z innymi ludźmi. Ci, którzy żyli biedniej, gotowali zupę z komosy i tak przeżyli. Później odnowiono kołchozy i wszystko zostało nam ponownie odebrane» – mówi pan Weronij.
Mój rozmówca wspomina też o represjach: «Pięć osób z naszej wsi zostało zabranych, nigdy już nie wróciły. Mówili o nich, że są zdrajcami Ojczyzny. Faktem jest, że w wiosce był jeden tajniak (agent organów bezpieczeństwa – aut.), który relacjonował władzom wszelkie rozmowy i niezadowolenie z władz radzieckich. Kiedy mieszkańcy naszej wsi dowiedzieli się o tym, natychmiast na niego donieśli, że jest zdrajcą Ojczyzny. Został aresztowany, po czym wieś stała się bardziej spokojna i bezpieczna».
Wszyscy byliśmy zapisani jako Ukraińcy
«Po wojnie moi rodzice, brat i siostry zostali zapisani jako Ukraińcy, chociaż nadal staraliśmy się przy każdej okazji odwiedzać kościół. W 1950 r. poszedłem do pierwszej spowiedzi. Mieszkańcy naszej wsi chodzili do kościoła w Kamieńcu Podolskim. Od czasu do czasu przyjeżdżał tam ksiądz i odprawiał nabożeństwa. Później ten kościół został zamknięty i ludzie zaczęli jeździć do Greczan» – wspomina pan Weronij (dziś na miejscu Greczan położona jest dzielnica mieszkalna na zachodnich obrzeżach Chmielnickiego – aut.).
Weronij Korczyński opowiada o swoich latach szkolnych: «Nawet pod Niemcami mieliśmy we wsi małą chatkę, w której nauczycielka uczyła dzieci po ukraińsku. Tam nauczyłem się tylko alfabetu. Po wojnie kontynuowałem naukę na wsi. W Gniłowodach była tylko czteroklasowa szkoła, a później trzeba było chodzić do sąsiedniej wsi oddalonej o 5 km. Postanowiłem porzucić naukę, więc ojciec powierzył mi wypasanie krów. Po pewnym czasie znudziła mnie praca, zacząłem żałować, że wypasam krowy, podczas gdy wszystkie inne dzieci uczą się w szkole. Rok później już kontynuowałem naukę we wsi Maków (dziś rejon kamieniecki – aut.). Podobała mi się matematyka, w siódmej klasie nauczycielka pozwalała mi nawet uczyć inne dzieci.
Po ukończeniu siódmej klasy zdecydowałem się wstąpić do klasy ósmej, gdzie za jeden semestr musiałem zapłacić 75 rubli. Aby zebrać pieniądze, hodowałem króliki, sprzedawałem mięso i skóry. Tylko trzy osoby z naszej wsi uczyły się w ósmej klasie. Mieliśmy jedną książkę na wszystkich. W Makowie skończyłem dziesięć klas, planowałem iść do szkoły lotniczej. Jednak mama poprosiła mnie, abym został przez jakiś czas w domu i doczekał pełnoletności. Zostałem więc we wsi i poszedłem do pracy w kołchozie».
«Rok później zostałem powołany do wojska i wysłany do szkoły młodszych specjalistów lotnictwa w obwodzie odeskim. Po sześciu miesiącach szkolenia skierowano mnie do szkoły lotniczej w mieście Czuhujew w obwodzie charkowskim, którą ukończyłem w 1960 r. Później wysłano mnie do Łucka, gdzie właśnie były organizowane wojska rakietowe. Otrzymałem stopień kapitana i przez pewien czas uczyłem młodszych specjalistów. W 1971 r. zostałem wysłany z Łucka na Zabajkale, do obwodu czytyjskiego, gdzie spędziłem pięć lat. W 1977 r. napisałem raport w związku ze stanem zdrowia i zostałem skierowany do Tarnopola» – mówi Weronij Korczyński.
W 1960 r. bohater niniejszego artykułu ożenił się z pochodzącą z Dunajowiec (dziś rejon kamieniecki – aut.) Haliną Kuchar: «Wzięliśmy ślub kościelny dopiero w 2010 r., kiedy obchodziliśmy 50-lecie wspólnego życia. W 1961 r. urodziła się nasza córka Walentyna. Otrzymała wykształcenie ekonomiczne, studiowała we Lwowie i Tarnopolu. Później została zaproszona do pracy w Moskwie i tam została» – podsumowuje pan Weronij.
Dziś Weronij Korczyński jest jednym z najstarszych członków Polskiego Centrum Kultury i Edukacji im. prof. Mieczysława Krąpca w Tarnopolu i stara się uczestniczyć w wydarzeniach kulturalno-oświatowych związanych z życiem polskiej społeczności w mieście.
***
Projekt «Rodzinne historie Polaków z obwodu wołyńskiego, rówieńskiego i tarnopolskiego» jest wspierany ze środków Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Projekt «Polska Platforma Medialna Wschód» jest realizowany przez Fundację Wolność i Demokracja. Publikacja wyraża jedynie poglądy autora i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Kancelarii Prezesa Rady Ministrów.
Serhij Hładyszuk
Na zdjęciu: Weronij Korczyński