Rodzinne historie: «W domu rozmawialiśmy po polsku i białorusku»
Wydarzenia

W Kowlu, niedaleko dworca kolejowego, odnajduję mieszkanie pochodzącej z Białorusi Watii Krawczyk, c. Wincentego. Pani Watia opowiada o życiu swojej rodziny i przeprowadzce na Wołyń po II wojnie światowej.

Tu, w Kowlu, przez ponad 40 lat była aktywną członkinią ludowego amatorskiego zespołu pieśni i tańca «Lisowa pisnia».

Polsko-białoruska rodzina

«Mój dziadek ze strony ojca Anton Korsak pochodził ze wsi Strzałowo (dziś rejon baranowicki w obwodzie brzeskim na Białorusi – aut.). Przed wojną zajmował jakieś ważne stanowisko administracyjne w naszej wsi. Z kolei babcia Maria Sianożyńska pochodziła z Mohylewa (obecnie miasto na wschodzie Białorusi – aut.). Po ślubie mieszkali w Strzałowie. Dziadkowie byli Polakami. Mój ojciec Wincenty, którego w rodzinie nazywano Winek, urodził się w 1918 r. Był pierwszym dzieckiem. Oprócz niego Korsakowie mieli jeszcze czworo dzieci: córki Stasię i Antolię oraz synów Adama i Wiktora. Ze względu na miejscowość, z której pochodziła babcia, we wsi nazywano nas Mahylowkami. Dziadek uwielbiał grać na instrumentach muzycznych i przez to naszą rodzinę nazywano też Muzykantami. Korsakowie nie byli bogatymi gospodarzami. Obchodzili święta katolickie. Dziadek Anton zmarł jeszcze przed II wojną światową i został pochowany na cmentarzu w Strzałowie» – mówi pani Watia.

Moja rozmówczyni wspomina o swoim ojcu Wincentym Korsaku: «Był człowiekiem wykształconym. Uczył się w szkole, a pod koniec lat 30. XX w. służył w Wojsku Polskim. Podobnie jak dziadek Anton, ojciec lubił grać na instrumentach muzycznych, zwłaszcza na skrzypcach. Prawdopodobnie sam się tego nauczył. Często był zapraszany do grania na weselach w Strzałowie i okolicach».

RH Krawczyk 6

Dom Korsaków we wsi Strzałowo

«Moi dziadkowie ze strony matki pochodzą ze wsi Kadyczyce (dziś rejon baranowicki w obwodzie brzeskim na Białorusi – aut.). Dziadek Serhij Woronko był budowniczym, a babcia Natalia – gospodynią domową. Była to białoruska rodzina prawosławna, w której oprócz mojej mamy Marii urodzonej w 1925 r., było jeszcze czworo dzieci: bracia Mykoła, Arkadij, Oleksij i siostra Nina. Kiedyś były duże rodziny, prawdopodobnie po to, żeby miał kto pracować w polu (uśmiecha się – aut.).

RH Krawczyk 1

Maria Korsak, 1945 r.

Mama również uczyła się w polskiej szkole. Wspominała, że mogła czasem dostać od nauczyciela po rękach za jakieś przewinienie. Przed ślubem uczęszczała do kościoła prawosławnego» – kontynuuje Watia Krawczyk.

Mówi, że rodzice poznali się na jednym z wesel, na którym ojciec grał na skrzypcach: «Wzięli ślub pod koniec II wojny światowej, kiedy ojciec wrócił z frontu, na który został zmobilizowany przez władze radzieckie. Mama była prawosławna, ale prawdopodobnie po ślubie z ojcem przeszła na katolicyzm».

«Nasze wsie były bardzo zniszczone przez wojnę. Na polach było wiele masowych grobów. Pod koniec wojny urodziła się moja starsza siostra Jelena, a po pewnym czasie mój starszy brat Gienek. Ja urodziłam się w 1948 r. i zostałam ochrzczona jako Watia (rzadko spotykane dziś imię pochodzące od greckiego (wg innych danych – od aramejskiego) Sawwatij, Sawwatija – red.). Imię poleciła siostra mojego ojca, jej córka miała takie. Później w naszej rodzinie urodzili się: siostry Marysia i Janina oraz bracia Edzio i najmłodszy Jurek, który został nazwany imieniem pierwszego kosmonauty.

W księdze metrykalnej istnieje zapis, że zarówno matka, jak i ojciec są Polakami, chociaż od urodzenia matka była prawosławna. W rodzinie obchodziliśmy zarówno katolickie, jak i prawosławne święta, bo w naszej wsi mieszkali Polacy i Białorusini. W Strzałowie nie było kościoła, więc jeździliśmy na msze święte do wsi Lisna (obecnie rejon baranowicki w obwodzie brzeskim – aut.). Była tam stacja kolejowa, a w latach wojennych nazistowski obóz dla radzieckich jeńców wojennych» – mówi pani Watia.

«W jakim języku rozmawialiście w rodzinie?» – pytam. «W domu rozmawialiśmy po polsku i białorusku. Była to mieszanka, ponieważ język białoruski jest bardzo podobny do polskiego. Prawosławni z kolei mówili po białorusku. To bardzo ładny język i przykro mi, że teraz tak niewielu ludzi na Białorusi go używa» – odpowiada Watia Krawczyk.

«Chcieliśmy wyjechać, ale nie podstawiono pociągu»

Pani Watia opowiada o próbie wyjazdu do Polski w okresie powojennym: «Zaraz po wojnie bracia i siostry mojego ojca wraz z babcią Marią wyjechali do Gorzowa Wielkopolskiego, który przed wojną należał do Niemiec. Babcia mówiła, że kiedy się przeprowadzili, w domach stała woda i było dużo niepochowanych ciał. Później do Polski wyjechała moja chrzestna Niusia. My również planowaliśmy przenieść się do Polski. Przygotowaliśmy dokumenty, spakowaliśmy się i już nawet przyjechaliśmy na dworzec w Baranowiczach, ale nie podstawiono pociągu, więc wróciliśmy do domu. Potem mama już nie chciała opuszczać domu i majątku w Strzałowie, zostaliśmy więc na Białorusi. W taki sposób ojciec jedyny ze swojej rodziny nie przeniósł się do Polski».

«Do nas, do Strzałowa, co jakiś czas przyjeżdżała babcia Maria z Polski, przywoziła ubrania dla dzieci, a na Boże Narodzenie przysyłała opłatki. W rodzinie staraliśmy się pościć. Ojciec też jeździł do Polski, odwiedzał rodzinę» – wspomina pani Watia.

RH Krawczyk 2

Rodzina Korsaków (pośrodku siedzą Maria i Wincenty Korsakowie, stoją Watia i Mykoła Krawczykowie), koniec lat 60. XX w.

«Po wojnie mama spełniła swoje dziecięce marzenie i nauczyła się szyć ubrania, co bardzo się przydało ze względu na dużą rodzinę. Ojciec najpierw pracował jako brygadzista w kołchozie, później – na stanowisku leśniczego. Wszyscy staraliśmy się pomagać rodzicom w gospodarstwie domowym i zbierać szyszki, za które wtedy można było dostać pieniądze.

Praca leśniczego była wówczas niebezpieczna, wiele osób kradło drewno. Kiedy chodziliśmy do kina, ojciec kazał, żebyśmy mówili mu, czy jakiś samochód nie jedzie przez rzekę do lasu. Jak tylko mu powiedzieliśmy, że widzieliśmy samochód, od razu brał karabin i szedł do lasu. Zawsze się martwiliśmy, mama czekała przez całą noc. Było nam przykro, że ojciec tak ryzykował, ale gdyby wszyscy wywozili drewno, władze ukarałyby go za niedbalstwo. Ojciec był dumny ze swojego lasu. Sam ciężko pracował i od dzieciństwa uczył nas tego samego. Tak żyliśmy w Strzałowie po wojnie. Z kolei rodzina mojej matki została w pobliżu Kadyczyc» – mówi Watia Krawczyk.

«Po ukończeniu ósmej klasy razem z przyjaciółką wstąpiłam do szkoły kinooperatorów w miejscowości Ostryno (dziś rejon szczuczyński w obwodzie grodzieńskim na Białorusi – aut.). Studia w tym czasie odbywały się w języku białoruskim, a w miastach mówiono zarówno po białorusku, jak i po rosyjsku. Po ukończeniu tej szkoły przeniosłam się do Baranowicz na wydział kultury w miejscowej szkole zawodowej. Później zostałam skierowana do pracy w jednej ze wsi pod Baranowiczami w celu organizowania imprez kulturalnych – pokazów filmów i koncertów z pieśniami i tańcami.

W tym czasie moja starsza siostra Jelena pracowała w Baranowiczach w zakładzie bawełniarsko-papierniczym, postanowiłam też pójść tam do pracy. Szybko dostałam czwartą kategorię i awansowałam. Poza tym z siostrą często śpiewałyśmy w zakładzie, na różnych koncertach i w jednostkach wojskowych. Nazywano nas «siostry Fiodorowy», nawiązując do popularnego wówczas żeńskiego zespołu wokalnego» – wspomina pani Watia.

RH Krawczyk 3

Watia Krawczyk (po lewej), lata 60. XX w.

«Byłam zszokowana, gdy zobaczyłam Kowel»

Na moje pytanie o to, jak trafiła do Kowla, pani Watia odpowiada: «Mój mąż Mykoła Krawczyk, s. Ołeksandra, pochodził ze wsi Dubowe (dziś rejon kowelski w obwodzie wołyńskim – aut.), służył w wojsku w Baranowiczach. Tam się poznaliśmy i pobraliśmy, a pod koniec 1966 r. postanowiliśmy przenieść się do jego rodziców na Wołyń. Kiedy przybyliśmy do Kowla, byłam zszokowana wyglądem miasta, tak bardzo mi się na początku tam nie podobało. Z Kowla pojechaliśmy do wsi Dubowe. Mieliśmy mały domek, w którym mieszkaliśmy razem z rodzicami. Przez jakiś czas nadal rozmawiałam po białorusku lub po rosyjsku.

Mąż Mykoła ukończył Łucką Szkołę Muzyczną i grał na trąbce. W 1968 r. urodził się nasz syn Gennadij. Chcieliśmy wrócić na Białoruś, ale ojciec mojego męża chorował i potrzebował opieki» – kontynuuje.

«Jakie różnice w porównaniu do białoruskich wsi zauważyła pani na Wołyniu?» – pytam. «Kiedy mąż przyjechał do moich rodziców do Strzałowa, był zaskoczony, że mieliśmy wyjątkowy porządek. Ponadto w naszej rodzinie młodsze siostry i bracia nigdy nie siadali do stołu razem z dorosłymi, dopóki ojciec ich nie zawołał. Zdziwiło mnie, że na Wołyniu przy stole siedzą zarówno dorośli, jak i dzieci. Ja, na przykład, zawsze starałam się chodzić w odwiedziny bez dzieci» – mówi moja rozmówczyni.

Mąż widział, jak ciężko jest mi na wsi, zaczęliśmy więc szukać mieszkania w Kowlu. Poszłam do pracy w zakładzie taboru samochodowego jako kadrowa, a mój mąż dostał pracę w firmie przewozowej jako kierownik klubu. Udało mu się zorganizować pracowniczą orkiestrę dętą. W tym czasie popularne było organizowanie zespołów muzycznych w przedsiębiorstwach. Nasze życie zaczęło się poprawiać, w 1972 r. urodziła się nasza córka Tatiana» – mówi pani Watia.

«Od lat 70. zaczęłam śpiewać w ludowym amatorskim zespole pieśni i tańca «Lisowa pisnia». Dobrze pamiętam nasz pierwszy wyjazd za granicę już w okresie niepodległości, byliśmy w Jugosławii. Niedługo później wybuchła tam wojna. Byliśmy także w Niemczech, Polsce, na Węgrach, Białorusi, w Grecji. Zawsze mieliśmy najlepsze kostiumy i godnie reprezentowaliśmy Ukrainę na międzynarodowych festiwalach. Od trzech lat nie śpiewam w zespole i jest mi z tego powodu trochę smutno, bo tam minęły moje najlepsze lata, tam odpoczywałam od pracy i rodzinnych zmartwień» – dodaje pani Watia.

RH Krawczyk 4

Watia Krawczyk, lata 90.

Wspomina też tragiczne chwile ze swojego życia: «W 1978 r. mojego męża Mykołę śmiertelnie potrącił motocykl, zostałam sama z dwójką dzieci, nadal pomagałam teściowi i teściowej. Tragicznie zakończyło się też życie mojej córki Tatiany – została okradziona i pobita. Leczyła się w Łucku. Pewnego dnia przed świętami Bożego Narodzenia poszła kupić choinkę i nigdy nie wróciła. Dostałam telefon, powiedziano mi, że nie żyje. Dziewięć lat temu zmarł mój syn Gennadij. Miał problemy z sercem».

Pani Watia opowiada również o swoim wnuku Olegu: «Aktywnie uczestniczył w Rewolucji Godności, następnie pojechał do strefy ATO, gdzie służył w pułku «Azow». Brał udział w wyzwoleniu Mariupola. Mam także wnuczkę Anastazję, jest studentką».

Dziś Watia Krawczyk jest aktywną członkinią Towarzystwa Kultury Polskiej w Kowlu, uczęszcza do kościoła i bierze udział w wydarzeniach kulturalnych związanych z życiem polskiej społeczności w mieście.

RH Krawczyk 5a

Watia Krawczyk, 2021 r.

***

Projekt «Rodzinne historie Polaków z obwodu wołyńskiego, rówieńskiego i tarnopolskiego» jest wspierany ze środków Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Projekt «Polska Platforma Medialna Wschód» jest realizowany przez Fundację Wolność i Demokracja. Publikacja wyraża jedynie poglądy autora i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Kancelarii Prezesa Rady Ministrów.

Serhij Hładyszuk

CZYTAJ TAKŻE:

RODZINNE HISTORIE: «NIE KOLĘDOWALIŚMY W GRUDNIU»

RODZINNE HISTORIE: DŁUGA DROGA DO ZDOŁBUNOWA

RODZINNE HISTORIE: MINISTRANT KSIĘDZA SERAFINA KASZUBY

RODZINNE HISTORIE: «MIESZKALIŚMY NA SAMEJ GRANICY, PO STRONIE RADZIECKIEJ»

RODZINNE HISTORIE: KAZACHSTAŃSKIE ZESŁANIE WILCZYŃSKICH

RODZINNE HISTORIE: Z RADOMIA DO KAMIENIA KOSZYRSKIEGO

RODZINNE HISTORIE: ŻYTOMIERSKIE KORZENIE ALINY ŁUCKIEWICZ

RODZINNE HISTORIE: NA POGRANICZU POLSKO-RADZIECKIM

RODZINNE HISTORIE: ABY NASZA WIARA PRZETRWAŁA

RODZINNE HISTORIE: TARNOPOL STANISŁAWY DĄBROWSKIEJ

RODZINNE HISTORIE: SPOD WŁODAWY DO ALEKSIEJÓWKI

RODZINNE HISTORIE: SYBERYJSKI HART ALINY ROGOZIŃSKIEJ

RODZINNE HISTORIE

Powiązane publikacje
Rodzinne historie: Wspomnienia rówieńskiego krajoznawcy Czesława Chytrego
Artykuły
«Pamiętam, jak pięknie grały organy w kościele Świętego Antoniego. Pamiętam również, jak je zniszczono, jak splądrowano świątynię, jak ścięto krzyże na wieżach, jak wszystko rozkradziono i wywieziono. Chociaż kościół zamknięto, wciąż modliliśmy się do Boga. Zaczęliśmy się gromadzić w domach. Potajemnie. Żyliśmy w wierze katolickiej» – wspomina 79-letni Czesław Chytry z Równego. 
13 marca 2026
Rodzinne historie: Tę historię chcę przekazać moim dzieciom
Artykuły
Oleksandr Kiś przez całe życie, z wyjątkiem lat studenckich spędzonych w Winnicy, mieszka w Łucku. Jego rodzina ze strony matki pochodzi z Podola, a przodkowie ze strony ojca przenieśli się na Wołyń z województwa lubelskiego, prawdopodobnie w okresie II wojny światowej.
27 lutego 2026
Rodzinne historie: Nasza polskość kształtowała się w kościele
Artykuły
Polacy osiedlili się na Podolu w czasach I Rzeczypospolitej. I pomimo trudnych wydarzeń historycznych i odległości geograficznej, wynikającej z faktu, że od współczesnej granicy polsko-ukraińskiej dzielą ich setki kilometrów, miejscowym skupiskom Polaków udało się przetrwać i zachować tożsamość narodową.
13 lutego 2026
Rodzinne historie: «Nie przypuszczałem, że zostanę wojskowym»
Artykuły
«Mój ojciec był Ukraińcem, a mama – Polką. Ucząc się języka polskiego, czytając polskie książki, a następnie wyjeżdżając do Polski, zacząłem odkrywać w sobie więź z polską linią swojej rodziny. Teraz uważam się za ukraińskiego Polaka. Za człowieka, który ma jedno serce na dwa narody» – mówi 45-letni Andrzej Końko.
30 stycznia 2026
Rodzinne historie: «Połowa uczniów w mojej klasie była Polakami»
Artykuły
«Polaków u nas, w Nowej Borowej na Żytomierszczyźnie, było wielu. W mojej klasie chyba z połowa uczniów była Polakami, a druga – Ukraińcami» – mówi Ludmiła Wysocka, z domu Rusecka.
21 listopada 2025
Rodzinne historie: Obu dziadków zamordował reżim sowiecki
Artykuły
«Obie moje babcie rozmawiały po polsku, dziadków nie znałem, bo obu zamordowały władze sowieckie» – opowiada Walenty Wysocki. Pochodzi ze wsi Nowa Borowa w obwodzie żytomierskim, obecnie mieszka w Zdołbunowie w obwodzie rówieńskim.
07 listopada 2025
Rodzinne historie: Od Krzemieńca do Buenos Aires
Artykuły
«Fascynuje mnie znajdywanie krewnych, których od dawna nie widziałam lub w ogóle nie znałam, i śledzenie, wyłapywanie wspólnych cech. Możesz nie znać człowieka, nie rozmawiać z nim przez lata, ale pokrewieństwo trwa» – mówi Natalia Urbańska (z domu Mszaniecka) z Tarnopola.
10 października 2025
Rodzinne historie: «Wszystko zaczęło się od ręczników mamy»
Artykuły
Maria Fedorczuk połączyła swoje życie z dwoma miejscowościami w obwodzie rówieńskim: w Kostopolu urodziła się i spędziła większość życia, a w Topczy w Hromadzie Korzec stworzyła etnograficzny skarbiec.
26 września 2025
Rodzinne historie: «Moi dziadkowie są przesiedleńcami»
Artykuły
Nasza rozmówczyni Lubow Doczak urodziła się i mieszka we wsi Sidorów w Hromadzie Husiatyn w rejonie czortkowskim w obwodzie tarnopolskim. Tu spotkali się i pobrali jej rodzice. «Nasze dzieciństwo było wspaniałe. Mieliśmy wielu krewnych, bardzo dobrych, wszyscy zjeżdżali się do nas na święta» – wspomina pani Lubow.
12 września 2025