Niedawno biblioteka «Monitora Wołyńskiego» wzbogaciła się o słownik biograficzny «Zostali na Wschodzie. Słownik inteligencji polskiej w ZSRS 1945–1991». Trzeci tom serii o tym samym tytule przekazał naszej gazecie redaktor naukowy tej publikacji Adam Hlebowicz.
Losy Polaków w ZSRS przez długi czas pozostawały białą plamą, swoistą terra incognita. W Związku Sowieckim, który pragnął stopić wszystkie narody w jakąś amorficzną masę bez rodowodu i korzeni, o Polakach niewiele się mówiło. Polityka etniczna państwa totalitarnego miała na celu pozbawienie wszystkich (z wyjątkiem być może tzw. starszego brata, czyli Rosjan – ich przeinaczano według innego scenariusza) tożsamości narodowej i związanej z nią pamięci historycznej. Informacje o rzeczywistym położeniu Polaków w ZSRS nie docierały do socjalistycznej Polski, a nawet te okruchy prawdy, które sporadycznie się pojawiały, podlegały ścisłej cenzurze. W ten sposób okazało się, że cała warstwa informacji o Polakach, którzy mieszkali w ZSRS, ale mimo wszystko pozostawali Polakami, była nieznana po obu stronach granicy.
Obecnie seria «Zostali na Wschodzie. Słownik inteligencji polskiej w ZSRS 1945–1991», wydawana pod auspicjami Instytutu Pamięci Narodowej, liczy trzy tomy. Publikacja zawiera ogromną liczbę kolorowych ilustracji, z których znaczna część nie była dotąd ujawniona. Łącznie na jej stronach opisano 259 losów, w większości dotąd nieznanych. Wśród bohaterów esejów znaczną część stanowią księża, a także inne osoby związane z Kościołem Katolickim: siostry zakonne, katecheci, zakrystianie, organiści. Wygląda też na to, że można tu znaleźć przedstawicieli wszystkich zawodów polskiej inteligencji. Są prawnicy, naukowcy, dziennikarze, pisarze, pedagodzy, lekarze, artyści, działacze społeczni i kulturalni. Wielu z nich doświadczyło sowieckich represji, przeszło przez więzienia i obozy, ale wszyscy zachowali polskość i miłość do polskiej kultury.
We wszystkich tomach około połowę objętości zajmują biografie Polaków, których życie związane było z ziemiami ukraińskimi. Większość esejów opisuje losy Polaków w Galicji, wiele jest poświęconych także Polakom z Wołynia i Podola.

Na 728 stronach trzeciego tomu «Zostali na Wschodzie. Słownik inteligencji polskiej w ZSRS 1945–1991» redaktor zebrał biografie 90 Polaków mieszkających w ośmiu byłych republikach ZSRS: Białorusi, Gruzji, Kazachstanie, Litwie, Łotwie, Mołdawii, Rosji i Ukrainie. Autorami szkiców biograficznych zawartych w trzecim tomie jest 18 badaczy, w tym sam Adam Hlebowicz. Dokładnie połowa życiorysów, czyli 45, to biografie Polaków mieszkających na Ukrainie. Wśród nich jest trzech Polaków związanych z Wołyniem.
Pierwszy na kartach książki pojawia się ksiądz Antoni Chomicki, proboszcz w Klesowie, który po sowieckim łagrze pełnił posługę kapłańską w Połonnem (obwód chmielnicki), moim rodzinnym Szarogrodzie i Murafie (obwód winnicki). Ze względu na swój autorytet otrzymał przydomek Patriarchy Podola. Miałem okazję poznać tego legendarnego księdza w dzieciństwie i młodości.
Inny kapłan, Ludwik Kamilewski, urodzony w polskiej rodzinie zesłanej do Kazachstanu, był inicjatorem zwrócenia wiernym kilku kościołów w odrodzonej diecezji łuckiej, a także proboszczem łuckiej katedry Świętych Apostołów Piotra i Pawła (1991–1998) oraz kościoła w Kiwercach (1998–2000). Po odejściu na emeryturę powrócił do Łucka, który uważał za swoje rodzime miasto, gdzie zmarł w 2019 r.
Ksiądz Andrzej Gładysiewicz, wikariusz w Kowlu, a następnie proboszcz parafii we Włodzimierzu, spędził 12 lat w łagrach. Po ich opuszczeniu pozostał w ZSRS, żył tu przez kolejne 27 lat, aż do śmierci w 1983 r., pracując w Połonnem na Podolu. Został duchowym mistrzem kilku przyszłych księży, w tym wspomnianego Ludwika Kamilewskiego. Ksiądz Andrzej brał czynny udział w powstaniu w Norylsku – najdłuższym i najbardziej masowym w historii stalinowskich obozów. Więźniowie wybrali go nawet na członka komitetu strajkowego. Niestety, ten epizod, jak się wydaje, nie był znany badaczowi, który napisał esej, więc nie znalazł odzwierciedlenia w słowniku.

Ta seria nie mogła pozostawić mnie obojętnym. Pan Bóg tak pokierował moim losem, że znałem również wołyńskich bohaterów z dwóch pierwszych tomów – zaocznie lub w mniejszym czy większym stopniu osobiście. Z pierwszego tomu to ksiądz Władysław Bukowiński z działu «Kazachstan». Podczas II wojny światowej był proboszczem mojej łuckiej parafii katedralnej, a po sowieckich łagrach spędził jakiś czas na Podolu, m.in. w mojej rodzinnej parafii w Szarogrodzie w obwodzie winnickim.
Następny to bliski przyjaciel księdza Władysława ksiądz Józef Kuczyński, kapłan diecezji łuckiej, proboszcz w Dederkałach, który po 17 latach obozów pracował na Podolu. Zmarł, gdy byłem jeszcze dzieckiem, więc go nie pamiętam, ale stał się jednym z bohaterów mojej książki «Dzięki nim» poświęconej łuckiej parafii katedralnej.
W drugim tomie znalazła się biografia kolejnego mojego zaocznego znajomego, czyli księdza Bronisława Drzepeckiego, proboszcza Huty Stepańskiej, a później mojej rodzinnej parafii w Szarogrodzie na Podolu, duszpasterza moich rodziców.
Miałem też szczęście osobiście poznać księdza Augustyna Mednisa: mój gabinet w Łucku znajdował się przez ścianę z jego mieszkaniem, przez kilka lat razem jedliśmy, pracowaliśmy, a nawet czasami spędzaliśmy wolny czas. Był niezwykle ciekawym, pełnym erudycji rozmówcą, otwartym w komunikacji i pracowitym. Miał marzenie – otworzyć przy katedrze muzeum sztuki sakralnej. Ksiądz zgromadził pokaźną kolekcję unikatowych zabytków, przydzielono mu już pomieszczenie, sam wykonał półki dla muzeum. Nie zdążył. Ksiądz Augustyn został pochowany w Torczynie, niedaleko kościoła, w którym spędził ostatnie lata życia. Mówi się, że nie ma ludzi niezastąpionych. Ale czy naprawdę tak jest?
Kolejny esej poświęcony jest duszpasterzowi wołyńskiemu, o. Serafinowi Kaszubie OFMCap, który po II wojnie światowej odmówił repatriacji i do 1956 r. był proboszczem parafii w Równem, kiedy to został pozbawiony praw kapłańskich. Następnie nielegalnie służył Bogu i Kościołowi w niemal wszystkich republikach radzieckich i zmarł podczas kolejnej podróży misyjnej. Jego proces beatyfikacyjny jest obecnie w toku.
W drugim tomie opublikowano życiorys Anatola Sulika, historyka i publicysty z Kowla. Jako opiekun i odnowiciel polskich cmentarzy na Wołyniu, otrzymał wymowny przydomek Duch Polesia. Był członkiem Towarzystwa Kultury Polskiej im. Ewy Felińskiej w Łucku i współzałożycielem jego oddziału w Kowlu.

Nie mogę nie wspomnieć także o trzech kolejnych bohaterach serii, których miałem szczęście poznać osobiście. Każdy z nich to żywa legenda. Pierwszym jest o. Martynian Wojciech Darzycki OFM, więzień Kołymy. Po powrocie z obozu przez ponad 50 lat pełnił posługę kapłańską w Miastkówce (obecnie Horodkiwka) na Podolu. Przez wiele dziesięcioleci był jedynym przedstawicielem swojego zakonu na Ukrainie i to dzięki jego staraniom udało się odnowić działalność Zakonu Braci Mniejszych, którzy obecnie w Polsce nazywani są bernardynami. Jego zapał duszpasterski, energia, talent muzyczny i miłość do Ojczyzny były imponujące. Obecnie franciszkanie bernardyni są najliczniejszym zakonem na Ukrainie.
U drugiego, czyli biskupa kamienieckiego Jana Olszańskiego, pracowałem w kurii przez pięć lat. Był człowiekiem modlitwy, niezwykle ascetycznym w życiu codziennym, bardzo wymagającym wobec siebie i życzliwym ludziom. Mieszkając z nim pod jednym dachem, mogłem na własne oczy, bez żadnego udawania, zobaczyć życie człowieka, którego (mam nadzieję) Kościół wkrótce ogłosi błogosławionym, bo proces beatyfikacyjny biskupa trwa.
Pamiętam też wizyty w kurii w Kamieńcu Podolskim pod koniec lat 90. innego legendarnego kapłana, wieloletniego proboszcza parafii w Odessie, o. Tadeusza Hoppe SDB (wówczas Odessa należała do diecezji kamieniecko-podolskiej, największej w Europie), jego anegdoty i figurki z chusteczek, którymi odgrywał komiczne sceny w redakcji czasopisma «Ave Maria», gdzie wówczas pracowałem. Nawiasem mówiąc, jako przedstawiciel redakcji zostałem wysłany w 1996 lub 1997 r. na sympozjum mediów katolickich do Kijowa, gdzie miałem okazję spotkać autora naszego słownika, wówczas młodego dziennikarza Adama Hlebowicza. Oczywiście, może mnie nie pamiętać, ale ten fakt po raz kolejny dowodzi, jak zawiłe mogą być koleje ludzkich losów.
Zdaję sobie sprawę, że być może moje wnioski są zbyt stronnicze, ale uważam, że słownik «Zostali na Wschodzie» to udana realizacja wspaniałego pomysłu. Niniejsza publikacja wypełnia kolejną, i to dość istotną, lukę w dziejach społeczności polskiej w ZSRS. Zapomniane i na wpół zapomniane życiorysy Polaków dopełniają historyczny obraz tamtych czasów, a jednocześnie dają nam lekcję, jak zachować swój język i kulturę w obliczu presji wrogiego otoczenia. Pragnę wyrazić szczerą wdzięczność autorom i redaktorowi za ich pracę. Z niecierpliwością czekam na kolejny tom.
Anatol Olich