Prezes Polskiego Towarzystwa Kulturalno-Oświatowego «Zbaraż» Piotr Bajdecki i jego matka Lubow Bajdecka wspominają swoich przodków i ich życie w Zbarażu oraz na jego przedmieściach w XX wieku. Ponadto rodzina Bajdeckich opowiada o odrodzeniu lokalnej społeczności polskiej i jej sytuacji w obecnym, trudnym czasie.
«Moja babcia z linii ojca nazywała się Franciszka Stankiewicz. Urodziła się na początku XX wieku w polskiej rodzinie w Zbarażu. W domu wspominano, że był to dawny miejscowy ród rzemieślniczy, który pamiętał najazdy Tatarów i ukrywanie się przed nimi w starej zbaraskiej twierdzy.

Babcia Franciszka Stankiewicz (stoi po prawej) w kręgu rodzinnym.

Babcia Franciszka Stankiewicz (siedzi po prawej) w kręgu rodzinnym
Dziadek ze strony ojca nazywał się Orest Diaczun. Pochodził z zamożnej ukraińskiej greckokatolickiej rodziny mieszkającej we wsi Stechnikowce (dziś rejon tarnopolski w obwodzie tarnopolskim – aut.). Rodzina miała pasiekę liczącą 100 uli. Oprócz hodowli pszczół dziadek prowadził gospodarstwo, zajmował się stolarstwem i znał się na ogrodnictwie. Jego rodzina szukała synowej, która zostałaby dobrą gospodynią. Dopytując się dowiedzieli się o Franciszce Stankiewicz. Na początku lat 20. XX wieku dziadek i babcia pobrali się i osiedlili w Stechnikowcach» – opowiada Lubow Bajdecka.
Na emigracji w Kanadzie
O życiu dziadka i babci w okresie międzywojennym pani Lubow opowiada w następujący sposób: «W podobnych do naszej polsko-ukraińskich rodzinach przed wkroczeniem Rosjan panował pokój. Babcia opowiadała, że mieszane rodziny odwiedzały zarówno cerkwie, jak i kościoły, spędzały razem czas w niedziele. W 1922 r. w Stechnikowcach urodził się mój ojciec Jarosław. Był jedynakiem. Ojciec wspominał, że jeszcze jako dziecko chodził z matką do kościoła. Po narodzinach mojego ojca rodzina postanowiła przenieść się do Zbaraża. Dziadek Orest oczywiście miał trochę pieniędzy, ale za mało, by wystarczyło na kupno ziemi i domu w Zbarażu. W końcu w 1920 r. zdecydował się na wyjazd zarobkowy za granicę».
«Do Kanady dziadek dostał się półlegalnie. Zatrudnił się jako palacz na statku płynącym do «Nowego Świata» i został w Kanadzie. Tam ciężko pracował w kamieniołomie, mył i szklił okna w domach prywatnych. Zarabiał pieniądze i od czasu do czasu wysyłał je babci. Ona kupiła w Zbarażu ziemię i stary domek, który potrzebował remontu. Byli również właścicielami ogrodu i lasu. Kiedy dziadek wrócił, przywiózł kanadyjski projekt nowego domu, ale zdążył wybudować tylko chlew i pomieszczenia gospodarcze oraz kupić materiały budowlane. «Wyzwoliciele» (władze radzieckie – aut.), kiedy organizowali kołchozy, zabrali wszystkie materiały, a pomieszczenia gospodarcze rozebrali» – kontynuuje pani Lubow.
Jej ojciec Jarosław ukończył siedem klas szkoły w Zbarażu: «Był zdolny z matematyki, lubił czytać. Nauczyciele doradzali mu, by kontynuował naukę w gimnazjum, ale przeszkodziła mu wojna. W tym czasie nie myślało się już o szkole».

Jarosław Diaczun, druga połowa lat 40. XX wieku
II wojna światowa w Zbarażu
«Podczas okupacji niemieckiej przebywanie w mieście było niebezpieczne dla Żydów. Dziadek Orest miał znajomości w urzędzie miasta. Proponowano mu nawet, by kandydował na burmistrza, ale nie chciał przewodzić Zbarażowi podczas okupacji. Dziadek pomagał Żydom w sporządzaniu dokumentów potrzebnych do ucieczki za granicę. Dzięki temu udawało się im uciec przed Holokaustem. Wiem też, że on i jego rodzina przez dwa tygodnie ukrywali dwie żydowskie dziewczyny. Następnie skierowali je do bezpieczniejszego miejsca. Jedna z tych dziewcząt, gdy była już za granicą, pisała do dziadka i dziękowała za uratowanie. Później jednak radzieckie służby bezpieczeństwa zmusiły go do napisania do tej dziewczyny listu pełnego gniewu, dlatego znajomość między nimi się urwała» – mówi Lubow Bajdecka.

Uratowane żydowskie dziewczyny ze Zbaraża, 1943 r. Hamburg
Po donosie Orest Diaczun trafił do więzienia w Tarnopolu. Jednak naziści nie znaleźli przekonujących dowodów na to, że ukrywał Żydów. Pani Lubow dodaje: «Jego żona Franciszka Diaczun (z domu Stankiewicz) była mądrą i oczytaną kobietą. Przekonała niemieckiego oficera, że donos jest nieprawdziwy, dlatego dziadka zwolniono».
«Po powrocie władz radzieckich w 1943 r. dziadek Jarosław Diaczun został wcielony do Armii Czerwonej. Służył na terenie Polski, doszedł do Berlina, został trzykrotnie ranny, był kontuzjowany. Po zakończeniu wojny musiał służyć jeszcze przez kilka lat, gdyż nie zwalniano ich do cywila od razu. Po powrocie do Zbaraża ożenił się ze Stefanią Kowalczuk» – opowiada Piotr Bajdecki.

Jarosław Diaczun (po lewej) podczas służby wojskowej, 1946 r. Poznań

Jarosław Diaczun, lata 80. XX wieku
W czasie wojny rodzina Diaczunów mieszkała na obrzeżach Zbaraża, które wówczas nazywano Tarnopolskim Przedmieściem. «Tam mieszkali i prowadzili gospodarstwo» – mówi pani Lubow.
Rodzina z Załuża
Moja babcia ze strony matki miała na imię Paulina, urodziła się na początku XX wieku w polskiej rodzinie Jana i Katarzyny Gurgurewiczów. Dziadek Petro Kowalczuk pochodził z ukraińskiej greckokatolickiej rodziny. Obie rodziny mieszkały na jednej ulicy we wsi Załuże pod Zbarażem. Dziadek i babcia pobrali się w pierwszej połowie lat 20. XX wieku.
W 1926 r. urodziła się moja mama Stefania. Była najstarszym dzieckiem w rodzinie. Przed wojną ukończyła pięć klas szkoły. Pochodziła z rodziny chłopskiej, która żyła z rolnictwa. Wiem, że dziadek i babcia zatrudniali pracowników do prac sezonowych. Wraz z początkiem II wojny światowej Petro również został zmobilizowany do Armii Czerwonej. Babcia Paulina została z moją matką i innymi dziećmi sama» – dodaje Lubow Bajdecka.
«Przedwojenny Zbaraż był miastem trzech kultur (Ukraińcy, Polacy, Żydzi), wszyscy żyli w zgodzie i ratowali się nawzajem w trudnych czasach wojny. Niedawno jedna z parafianek naszego kościoła podziękowała nam za to, że w trudnych latach wojennych i powojennych babcia Paulina Kowalczuk (z domu Gurgurewicz) pomagała jej rodzinie przekazując żywność. W latach powojennych wiele wiosek nie było dla Polaków bezpiecznych. Piotr i Paulina Kowalczukowie przyjęli u siebie krewnych Polaków, którzy później wyjechali do Polski na stałe. Teraz również utrzymujemy ciepłe relacje z krewnymi mieszkającymi w Opolu, Kłodzku i innych miejscowościach w Polsce» – zaznacza pani Lubow.
«Kołchoźnicy byli niewolnikami»
«Moi rodzice Jarosław Diaczun i Stefania Kowalczuk spotkali się w Zbarażu, pobrali się w 1947 r. Najpierw urodził się mój starszy brat, który zmarł miesiąc po urodzeniu. Ja urodziłam się w 1951 r. Mieszkaliśmy u babci Franciszki i dziadka Oresta w Zbarażu. Rodzice mieli osobny pokój.
Podczas wojny, już po powrocie Armii Czerwonej, mama roznosiła listy, a następnie miała dyżury w remizie strażackiej. Kiedy wychodziła za mąż, sprzedawała słodką wodę i lody. Handlowałaby do emerytury, ale mieszkaliśmy na skraju miasta, gdzie był kołchoz. Do kołchozu nikt nie chciał iść, ale rodzice zostali zmuszeni. Kołchoz miał dużo ziemi, brakowało ludzi do pracy. Gdybyśmy mieszkali po drugiej stronie tzw. tarnopolskiego asfaltu, nadal żylibyśmy jak w Zbarażu. Nasza rodzina mieszkała jednak na terytorium kołchozu. Nasi przodkowie byli w zasadzie niewolnikami tego kołchozu. Jak nie pójdziesz tam do pracy, nie wypędzisz krowy na pastwisko, a zarobki nigdzie nie były wystarczające, aby utrzymać się bez gospodarstwa. Działek nikt nie dawał. Przewodniczący kołchozu nie podpisał babci dokumentów do emerytury, żyła z gospodarstwa przydomowego. Ojciec pracował w piekarni, browarze, przez pewien czas był leśniczym, a krowę wypasał o trzeciej w nocy. Później rodzice zostali zmuszeni do pracy w kołchozie. Ojciec dostał prawo jazdy i pracował jako kierowca, a mama – w brygadzie rolniczej» – wspomina Lubow Bajdecka.
Pani Lubow chodziła do szkoły w Zbarażu. Następnie wstąpiła do technikum handlowego w Tarnopolu, podjęła studia w Tarnopolskim Instytucie Finansowo-Ekonomicznym (dziś Zachodnioukraiński Uniwersytet Narodowy – aut.). Pracowała w handlu w Zbarażu. Jej śp. mąż Hryhorij Bajdecki urodził się w 1950 r. Pochodził z chutoru Łozyna k. Kochanówki. Również ukończył technikum handlowe w Tarnopolu, pracował jako towaroznawca. W 1974 r. urodził się im syn Piotr.
«Uczyłem się w szkole w Zbarażu. Pamiętam, że w czasach radzieckich dzieciom zakazywano kolędowania lub zasiewania (rano 14 stycznia, kiedy wg kalendarza juliańskiego obchodzony jest pierwszy dzień nowego roku, dzieci i młodzież w Ukrainie chodzą od domu do domu, sypiąc w nich, czyli zasiewając, pszenicę i życząc gospodarzom pomyślności w rozpoczętym właśnie roku – red.). Nauczyciele nakazywali, żebyśmy tego nie robili, więc kiedy moi koledzy z klasy przypadkowo przyszli zasiewać do kogoś z pedagogów, był wielki skandal. Groziło im wydalenie z organizacji pionierskiej. Zapamiętałem także wyjazd z prababcią Franciszką do kościoła w Hałuszczyńcach (wieś w rejonie tarnopolskim – aut.). Dzieci do kościoła nie puszczano, na mszy byli tylko dorośli. Widziałem kościół tylko od zewnątrz» – wspomina Piotr Bajdecki. Mówi, że prababcie Paulina i Franka oraz babcia Stefania, które były Polkami, miały ogromny wpływ na jego kształtowanie. Nie pamięta pradziadków, ponieważ zmarli w latach 1970.
«Jeszcze w szkole zacząłem interesować się komputerami. To było moje hobby. Później jednak wstąpiłem na nowy wówczas kierunek «Psychologia», nawet przez rok pracowałem jako psycholog w szkole» – opowiada. «Hobby przydało się później, kiedy miałem do czynienia z komputerami w różnych organizacjach. Dopiero po jakimś czasie zdobyłem drugie wykształcenie wyższe na kierunku «Komputerowe systemy informacyjne i administracyjne». Przez jakiś czas pracowałem w urzędzie pracy, zdobyłem jeszcze kolejne wykształcenie wyższe na kierunku «Służba publiczna». Obecnie pracuję jako inżynier systemów komputerowych w S. A. Ternopilgaz, a także w zbaraskim sądzie. Wraz z żoną Switłaną wychowujemy syna i córkę».
Odrodzenie
W okresie powojennym kościół w Zbarażu został zamknięty, był wykorzystywany jako magazyn fabryki wojskowej, która produkowała mikroobwody. Starsze osoby polskiego pochodzenia łączyły się w grupy i od czasu do czasu jeździły do kościołów w innych miejscowościach, zwłaszcza do Krzemieńca i Hałuszczyńców.
Pod koniec lat 80. XX wieku zaczęło się stopniowe przekazywanie kościoła w Zbarażu wspólnocie rzymskokatolickiej, która przez cały okres radziecki istniała w podziemiu.
«W naszej rodzinie zawsze obchodzono święta według obrządku zachodniego i wschodniego. Razem śpiewaliśmy ukraińskie i polskie kolędy» – zauważa Piotr Bajdecki.
Dodaje, że w Zbarażu od dawna mówiono o stworzeniu polskiego towarzystwa: «Przykro mi, że nie rozpoczęliśmy tej działalności wcześniej. Do mnie często przychodzili ludzie w sprawie organizacji towarzystwa i stopniowo zacząłem działać w tym kierunku. Do Zbaraża zaczęli przyjeżdżać wolontariusze, którzy sprzątali miejscowy cmentarz katolicki. Do tej pracy angażowaliśmy także miejscowych mieszkańców. Stopniowo w parafii zaczął dojrzewać pomysł stworzenia polskiego towarzystwa».
«Faktycznie Polskie Towarzystwo Kulturalno-Oświatowe «Zbaraż» istnieje od 2016 r., ale z różnych powodów jeszcze go nie zarejestrowaliśmy. Pracujemy, organizujemy różne spotkania, wydarzenia kulturalne i oświatowe, wyjeżdżamy do innych miejscowości, gdzie poznajemy działalność innych polskich towarzystw, porządkujemy miejscowy cmentarz. Mamy nadzieję, że w najbliższej przyszłości zakończymy proces rejestracji towarzystwa. W tym roku udało nam się po raz pierwszy zorganizować kurs języka polskiego dla dzieci członków towarzystwa i uczniów ze Zbaraża i okolic» – podsumowuje Piotr Bajdecki.
Serhij Hładyszuk
Na głównym zdjęciu: Piotr Bajdecki oraz jego mama Lubow Bajdecka, Zbaraż, lipiec 2023 r.
Fot. Serhij Hładyszuk.
Pozostałe zdjęcia pochodzą z rodzinnego archiwum Piotra Bajdeckiego.
