Antonina Trawczyńska z Kostopola pochodzi z polsko-ukraińskiej rodziny. Urodziła się w Małych Siedliszczach, wsi, której obecnie nie ma na mapie Ukrainy. O ówczesnym życiu i o rodzinnej historii z pierwszej połowy XX w. moja rozmówczyni opowiedziała zapraszając mnie do swojego domu.
Hutnik z Chełmszczyzny
«Moi przodkowie ze strony matki to Ukraińcy. Dziadek miał na imię Abram Andrejczuk, a babcia – Natalia, c. Kyryła. Pamiętam tylko babcię. Dożyła do 96 lat. Biegałam do niej ciągle po ciasto na pierogi. Kiedy byłam mała, bardzo lubiłam jeść surowe ciasto (uśmiecha się – aut.). Moi przodkowie pochodzili ze wsi Małe Siedliszcze w rejonie kostopolskim (dziś na jego terenie znajduje się Rówieński Poligon Wojskowy – aut.). Mieszkała tu wielonarodowa społeczność składająca się z Ukraińców, Polaków i Żydów. Dziadek i babcia byli rolnikami o średnim poziomie zamożności. Z dziesięciorga ich dzieci przeżyło tylko troje. Dzieci wówczas często umierały.
Moja mama Pystyna urodziła się w 1900 r. Była niepiśmienna. Opowiadała, że zaczęła chodzić do szkoły do diaka, ale porzuciła naukę (diak – pomocnik kapłana w Kościele prawosławnym – red.). Niczego jej tam nie nauczyli (uśmiecha się – aut.). W czasie I wojny światowej rodzina przebywała w Małych Siedliszczach. Mama pomagała rodzicom w gospodarstwie domowym» – opowiada pani Antonina.
Ojciec Antoniny Trawczyńskiej pochodził z Chełmszczyzny: «Dziadek ze strony ojca miał na imię Franciszek Trawczyński, a babcia – Marianna Justyńska. Mieszkali w kolonii Chromówka (dziś w powiecie chełmskim w województwie lubelskim – aut.). Była to zwykła polska katolicka chłopska rodzina. Mój ojciec Władysław urodził się w 1898 r. Nie wiem, czy chodził do szkoły, ale czytać umiał. Tata pracował jako dmuchacz szkła. W 1919 r. został zaproszony do pracy w hucie w Małych Siedliszczach. Przybył do naszej wsi razem z bratem Bolesławem. Rok później stryjek wrócił na Chełmszczyznę, a ojciec poznał moją matkę Pystynę i ok. 1920 r. ożenił się z nią».

Pogrzeb babci Marianny Justyńskiej, 1939 r., Chełmszczyzna
«Ze wszystkimi umiał się dogadać»
«W okresie międzywojennym nasza rodzina mieszkała głównie w Małych Siedliszczach. W 1921 r. urodził się mój starszy brat Mikołaj, w 1928 r. – siostra Anna, w 1933 r. – Maria. Ja urodziłam się w 1940 r. Ojciec pracował jako dmuchacz szkła, a mama zajmowała się dziećmi. W domu rozmawialiśmy zarówno po polsku, jak i po ukraińsku. Pod koniec lat 20. ojciec został zaproszony do pracy w mieście Piotrków Trybunalski (dziś województwo łódzkie w Polsce – aut.). Pojechał tam z matką, a starszego syna Mikołaja zostawiono we wsi z babcią Natalią. W Piotrkowie Trybunalskim było im dobrze. Ojciec pracował tam w swoim zawodzie, dostali mieszkanie. Do Małych Siedliszcz wrócili po kilku latach.
W latach 30. rodzice rozpoczęli budowę nowego domu. Mieliśmy tylko 5 ha ziemi. Nasza rodzina nie była zamożna. Ojciec powiedział, że nawet jeździł do Łucka po jakieś zaświadczenie, które potwierdziłoby naszą trudną sytuację materialną. Był bardzo dobrym człowiekiem. Z każdym potrafił się dogadać, miał złote ręce. Do Wojska Polskiego ojca nie powołano» – mówi pani Antonina.

Matka Pystyna Trawczyńska, ok. 1970 r.

Ojciec Władysław Trawczyński
«Starszego brata Mikołaja rodzice wysłali na naukę krawiectwa do pewnego Żyda w Małych Siedliszczach. Uczył się przez dwa miesiące, za które rodzice zapłacili. Potem ten Żyd powiedział, że sam zapłaci rodzicom, bo Mikołaj był bardzo dobry i umiał szyć piękne ubrania. Dla całej rodziny szył wspaniałe płaszcze. Niestety w czasie wojny zostaliśmy z tego wszystkiego ograbieni» – dodaje pani Antonina.
«Jeśli chcesz żyć, to jedź i pracuj»
«Po rozpoczęciu okupacji naszych ziem przez Niemców w czasie II wojny światowej mojego brata Mikołaja chcieli zabrać do pracy w Niemczech. Kiedy przechodził badanie lekarskie stwierdzono, że nie nadaje się do pracy, ale jakiś schutzman (czyli członek Schutzmannschaftu – specjalnej pomocniczej jednostki policji III Rzeszy, która była tworzona z miejscowej ludności i jeńców wojennych – aut.) nalegał, i Mikołaja zaliczono do ostarbaiterów. Pewnie ten schutzman dostawał jakąś premię za wysyłanie ludzi do pracy. Brat nie chciał pracować w Niemczech, nawet próbował uciec, ale został złapany i uwięziony. Później próbował uciec jeszcze raz. Zagrożono mu: jeśli chce żyć, musi jechać i pracować, inaczej go rozstrzelają. W ten sposób Mikołaj został wysłany na przymusowe roboty do Niemiec. Pracował w jakiejś wsi w gospodarstwie rolnym. W sąsiedniej miejscowości pracowała nasza kuzynka, która miała znacznie gorzej, ponieważ jej bauer (niemiecki rolnik – aut.) okropnie traktował robotników. Mikołaj pomagał kuzynce, jak tylko mógł, przynosił jej jedzenie. Kiedy wracał z Niemiec, dostał od znajomych informację, że nasza rodzina została w czasie wojny rozstrzelana. Dlatego postanowił zostać w Polsce» – opowiada pani Antonina.
«Powiesili go, ale gałąź się złamała»
«Urodziłam się podczas wojny. Nieraz nasza rodzina musiała ukrywać się w lesie przed Niemcami, a także partyzantami, zarówno czerwonymi, jak ukraińskimi. Wszyscy oni rabowali. W lasach spaliśmy na wozach. Mieliśmy ze sobą krowę. Pewnego dnia ojciec pojechał po drewno na opał i został zatrzymany przez jakąś bandę. Został powieszony, ale gałąź się złamała, więc pozostał przy życiu. Wówczas na miejsce egzekucji przybył ksiądz greckokatolicki i przekonał oprawców, by zostawili mojego ojca w spokoju, bo nie zrobił nic złego. To nie było wojsko ukraińskie, tylko jakaś banda, która rabowała ludzi. Trudno było zrozumieć ich język, ponieważ używali nietypowych dla nas słów i wykrzykników.
W czasie wojny Niemcy spalili we wsi wiele domów. Nasz budynek ocalał, dlatego że zorganizowano w nim łączność radiową. Wszystkich Żydów z naszej wsi wywieziono» – kontynuuje pani Antonina.
Zakończenie wojny moja rozmówczyni wspomina tak: «Kiedy Niemcy już się wycofywali, mama znalazła się pod ich ostrzałem. Akurat mnie kąpała, więc owinęła dziecko i pobiegła w krzaki, a jakiś Niemiec zaczął strzelać i trafił ją w nogę. Krwawiła, ale przeżyła. Pod koniec wojny ojciec został powołany do armii radzieckiej. Służył w jednostce zaopatrzeniowej».
Przeprowadzka do Kostopola
«Po wojnie mieszkaliśmy w Małych Siedliszczach. Skończyłam tam trzy klasy szkoły podstawowej i nigdzie indziej się nie uczyłam. Latem pasłam krowy, żeby jakoś dorobić. Ojciec cierpiał na astmę, a mama miała trudności przez nogę, w którą została ranna w czasie wojny. Niestety nasz dom później został częściowo zniszczony. Z tego powodu urządziliśmy sobie tymczasowe schronienie, nakrywając słupy dachem. W 1950 r. na terenie naszej wsi zaczęto budować poligon wojskowy, więc musieliśmy się stąd wynieść. W ten sposób znaleźliśmy się w Kostopolu» – wspomina pani Antonina.
W 1956 r. jej rodzina miała możliwość wyjazdu do Polski, ale ojciec nie chciał opuszczać ziemi, która po tylu latach stała się dla niego domem: «Jednocześnie dzięki znajomym dowiedzieliśmy się o moim bracie Mikołaju, który po pracy w Niemczech został na stałe we Wrocławiu. Ożenił się i dostał dom, w którym kiedyś mieszkała rodzina niemiecka. Mikołaj przyjeżdżał do nas w drugiej połowie lat 50. To było bardzo wzruszające spotkanie, bo nic nie wiedzieliśmy o jego losie. Ostatni raz widział mnie, gdy trzymał małą dziewczynkę na rękach przed wyjazdem do pracy w Niemczech. Ucieszył się, gdy zobaczył, że od razu rozpoznałam go wśród innych mężczyzn, którzy byli w naszym domu. Ojciec gościł u niego przez kilka miesięcy, ale wrócił i zostaliśmy w Kostopolu».
Później Antonina Trawczyńska poznała swojego przyszłego męża, Jana Dudka, który pochodził z polskiej rodziny katolickiej z Włodawy: «Urodził się w 1937 r. Dwaj starsi bracia mojego męża w czasie wojny niemiecko-radzieckiej zostali zmobilizowani do armii radzieckiej i zginęli. Mąż opowiadał także, że ich rodzina ukrywała jakiegoś więźnia, który przyszedł do nich w pasiakach i poprosił o pomoc».
Po II wojnie światowej rodzinę Jana Dudka przesiedlono na teren Ukrainy. Pani Antonina zaznacza, że początkowo mieszkali blisko białoruskiej granicy: «Mąż wspominał, że w ciągu dnia namawiano go do wstąpienia do Komsomołu, a w nocy przychodzili ukraińscy partyzanci i grozili mu rozprawą za współpracę z władzami radzieckimi. Najpierw do Kostopola przyjechała starsza siostra mojego męża, później zabrała też brata. Tutaj ukończył osiem klas szkoły, następnie udał się do Odessy, gdzie ukończył technikum i zdobył zawód mechanika. W 1960 r. wrócił do Kostopola».
«Pobraliśmy się w 1960 r. Urodziły się nam dwie córki – Tetiana i Władysława. Przez 26 lat pracowałam w hucie szkła w Kostopolu. Mąż pracował jako mechanik. Podobnie jak mój ojciec, był niezwykle dobrym człowiekiem. Pamiętam, że kiedy byłam smutna, przychodził do mnie i zawsze mnie uspokajał. Często mówił, że musimy być teraz razem, bo już się nie wydostaniemy z podwodnej łodzi. To było jego ulubione powiedzenie. W 2019 r. zmarł, więc zostałam sama. Teraz mam troje wnuków i troje prawnuków» – mówi pani Antonina.

Antonina Trawczyńska z ojcem i córkami, lata 70. XX w.
Moja rozmówczyni jest członkinią miejscowego Towarzystwa Kultury Polskiej. Mówiąc o polskiej społeczności w Kostopolu, pani Antonina zauważa: «Na początku Polacy, którzy przenieśli się tu z obwodu żytomierskiego po wojnie, i my, którzy mieszkaliśmy na tych ziemiach wcześniej, trzymaliśmy się osobno, ale później się dogadaliśmy i zbliżyliśmy. Nic nas nie dzieli».

Antonina Trawczyńska koło swojego domu w Kostopolu, ok. 1970 r.
Wraz z mężem byli aktywnymi parafianami kościoła Najświętszego Serca Pana Jezusa w Kostopolu. Gdy rozpoczęto budowę świątyni, śp. Jan Dudek woził do administracji różne dokumenty do zatwierdzenia. Razem z panią Antoniną pomagali robić porządek na placu budowy, malować, urządzać teren. Kiedy przyjeżdżali robotnicy, często nocowali u nich w domu. Pani Antonina gotowała dla nich jedzenie. Mówi, że jak długo dała radę, to chodziła do kościoła: «Teraz niestety ze względu na stan zdrowia trudno mi chodzić, więc nie mogę uczęszczać do kościoła. Bardzo chciałabym pójść, pomodlić się, porozmawiać z naszymi parafianami».
Serhij Hładyszuk
Na głównym zdjęciu: Antonina Trawczyńska, 2023 r.
Fot. Serhij Hładyszuk.
Pozostałe zdjęcia pochodzą z rodzinnego archiwum Antoniny Trawczyńskiej.
