«Moi rodzice pochodzili z polskich katolickich rodzin. Zawsze mieliśmy wiarę. Modliliśmy się tylko po polsku. Do dziś modlę się po polsku» – powiedziała Franciszka Holik ze Zdołbunowa. Jest członkinią miejscowego Towarzystwa Kultury Polskiej. Jej rodzinna historia jest związana z dzisiejszym obwodem żytomierskim.
Pani Frania podzieliła się z «Monitorem Wołyńskim» wspomnieniami o Wielkim Głodzie, kontuzji wojennej ojca, sowieckich represjach, wizytach papieża Jana Pawła II i przywróceniu kościołów katolikom. Oddajemy głos naszej rozmówczyni.
Kościół w Żytomierzu zawsze był pełny po brzegi
Urodziłam się na Żytomierszczyźnie, we wsi Kurhańce. W tym czasie był to rejon wołodarsko-wołyński, a teraz Hromada Horoszów w rejonie żytomierskim. Ukończyłam cztery klasy w Kurhańcach, a następnie poszłam do szkoły w pobliskiej wsi Daszynka. Wkrótce przenieśliśmy się do wsi Myrne i do ósmej klasy włącznie chodziłam do szkoły we wsi Zełena Polana. Przed 1946 r. wieś ta nazywała się Grintal. Dawniej mieszkało tam wiele niemieckich rodzin.
Po ukończeniu ośmiu klas pracowałam najpierw jako listonosz, a później wstąpiłam do technikum spółdzielczego w Żytomierzu. Tam poznałam swojego męża Mykołę (1945–2013). Pobraliśmy się w 1975 r. i najpierw mieszkaliśmy w Równem.

Franciszka i Mykoła Holikowie, 1975 r.

Dzieci Franciszki i Mykoły Holików: Wiktoria, Roman i Maria, 1990 r.
Bardzo chciałam poznać miejscowych Polaków. Pracowałam w sklepie i tuż przed początkiem listopada pewna kobieta kupiła świece. Zapytałam, czy pójdzie na cmentarz. Powiedziała, że tak. Dowiedziałam się od niej, gdzie w Równem zbierają się Polacy, gdzie jeżdżą na msze święte, bo wtedy miejscowy kościół był nieczynny. I już mi ulżyło. Pamiętam, kiedy po raz ostatni miał przyjechać o. Serafin Kaszuba, długo na niego czekaliśmy. Śpieszyłam się gdzieś i niestety się nie doczekałam. Bardzo mi przykro, że wtedy go nie zobaczyłam.
Następnie przenieśliśmy się do Zdołbunowa. Moja córka uczyła się w szkole razem z synem Zofii Michalewicz (prezes Towarzystwa Kultury Polskiej Ziemi Zdołbunowskiej – aut.). Pewnego dnia nauczycielka powiedziała: myślę, że tutaj, w klasie, wszyscy są prawosławni. Syn Zofii odpowiedział, że jest katolikiem. Córka wróciła do domu i podzieliła się informacją, że nie jest jedyną katoliczką w klasie. Ponadto poznałam kilku Polaków ze Zdołbunowa jeszcze kiedy razem z rówieńczanami jeździłam do kościoła w Połonnem (obwód chmielnicki – aut). Z nami jeździli w szczególności Bednarczykowie i Zofia Szełudko.
W Żytomierzu chodziłam do kościoła co niedzielę. Dlatego w Równem, a później w Zdołbunowie bardzo mi brakowało świątyni. Mąż ustawił radio tak, abym mogła słuchać Polski i Watykanu. Jeździłam też do Połonnego. To ponad 100 km, ale starałam się jeździć co niedzielę. Zabierałam ze sobą dzieci. A kiedy urządzono kaplicę w Sławucie (również obwód chmielnicki – aut.), zaczęłam jeździć tam: było trochę bliżej. Od czasu do czasu jeździłam do Krzemieńca. A kiedy odwiedzałam rodziców, chodziłam do kościoła w Żytomierzu. Zawsze był pełny po brzegi, ponieważ w tamtym czasie był to jeden z niewielu czynnych kościołów. Pamiętam księży Stanisława Szczyptę i Romana Jankowskiego.
Cieszę się, że trafiłam na spotkanie z papieżem
W 1990 r. kościół Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Równem został zwrócony katolikom. Pamiętam, jak przenosiliśmy do kościoła rzeźby z Domu Nauczyciela, gdzie wcześniej pozwolono nam odprawiać msze. W kościele dawniej była hala sportowa. Wewnątrz był namalowany sportowiec ze wstążką. Jeszcze ksiądz Antoni Andruszczyszyn powiedział: wyobrażajcie sobie, że to anioł… Teraz też czasami jeżdżę do kościoła w Równem. W Zdołbunowie pierwsze nabożeństwo zostało odprawione w 1991 r., w drugim dniu Świąt Bożego Narodzenia, chociaż kościół został oficjalnie przekazany katolikom dopiero pół roku później. Pamiętam, jak w radiu nadawano o polskich Świętach Bożego Narodzenia w Zdołbunowie.
W 1991 r. papież Jan Paweł II pielgrzymował do Lubaczowa. Z Ukrainy były organizowane wówczas autobusy. Jechaliśmy z Równego. Wyjazd zorganizował ks. Władysław Czajka. Wtedy padało, przemokły mi nogi, ale w ogóle się tym nie przejmowałam. Cieszę się, że pojechałam na to spotkanie z Janem Pawłem II. Choć nie widziałam go z bliska, brakuje mi słów, by opisać wrażenia, emocje… Jechali też ludzie z Kijowa. Nasz autobus na granicy przepuszczono, a oni przyjechali później i trzymano ich jeszcze długo. Puszczono ich, kiedy akurat przyleciał papież. Nie zdążyli. Z nimi był ksiądz Jan Krapan, stanęli wtedy w polu, a on odprawił mszę świętą. Później przyszli i zobaczyli tylko miejsce, w którym był Jan Paweł II.
Byłam także w Kijowie, kiedy Jan Paweł II przyjeżdżał w 2001 r. do Ukrainy. Na początku chciałam udać się do Lwowa, ale mój syn studiował w Kijowie, zatem zdecydowaliśmy, że pojadę do stolicy i spędzimy czas razem. Papież był na stadionie «Czajka». Nigdy w życiu nie widziałam tylu policjantów. Padało, wiało. Jednak kiedy Jan Paweł II wyszedł, nagle się wypogodziło i wiatr się uciszył. Pamiętam, jak skakałam i machałam chustą, aby powitać papieża. Wtedy widziałam go już z bliska.
Mama zawsze pytała: czy nie jesteś głodny?
Moi rodzice. Antonina Liniewicz (1914–2005) i Stanisław Zalewski (1908–1989), byli Polakami. Mieli trójkę dzieci: Witalija (1938–2024), Zofię (ur. 1940) i mnie, Franciszkę (ur. 1948).

Dzieci Antoniny i Stanisława Zalewskich. Franciszka najmniejsza
Babcia ze strony matki nazywała się Katarzyna Grozowska (1894–1972), dziadunio – Antoni Liniewicz (?–1933). Wychowali 11 dzieci, z których przeżyło siedmioro: Adolf, Witalij, Hipolit, Franciszek, Wiktoria, Antonina (moja matka) i Apolonia.

Babcia Katarzyna

U babci Katarzyny (siedzi pierwsza od prawej strony). W górnym rzędzie stoją od prawej: ojciec Stanisław, wujek Hipolit, Witalij, Adolf. Początek lat 60., obwód żytomierski

Pogrzeb babci Katarzyny. Matka Antonina w drugim rzędzie pierwsza od prawej strony. W centrum wujkowie Adolf i Witalij. Nad nimi Franciszek, Hipolit i Wiktoria. Franciszka druga po prawej stronie od krzyża. Na pierwszym planie ze świecą stoi Maria. 1972 r., obwód żytomierski
Wiem, że wśród zmarłych dzieci były Wiktoria, Stanisław i Zygmunt. Wiktoria i Stanisław byli nierozłączni. Zmarli w wieku około czterech-pięciu lat na błonicę. Stanisław zmarł jako pierwszy. Siostrzyczka chodziła wokół niego i płakała: wstań, Stasiu, wstań. Zmarła następnego dnia. Zostali pochowani razem.
Dziadunio pochodził z rejonu czerniachowskiego w obwodzie żytomierskim. Był kamieniarzem. Tam, gdzie mieszkał, były pokłady granitu. Wydaje się, że robił pomniki. Mama opowiadała potem, że był zarządcą majątku jakiegoś pana. Następnie kupił ziemię we wsi Antonówka, gdzie mieszkała babcia (obecnie Hromada Korostyszów w rejonie żytomierskim – aut.). Kiedy zalecał się do babci, we wsi mówiono, że przyjechał jak szlachcic – w kapeluszu, białej koszuli i z laską. Wówczas w Antonówce mieszkali Polacy, Ukraińcy i Niemcy. Nauczyciel mojej matki był Niemcem, rozmawiał po niemiecku, polsku i ukraińsku. Mama też znała niemiecki.
Liniewiczowie byli zamożnymi gospodarzami: mieli piękny dom, 14 dziesięcin ziemi, trzymali konie, zatrudniali pracowników do pracy w polu. Rozkułaczono ich na początku lat 30. Przewodniczący rady wiejskiej był Niemcem. Powiedział: Antoni, oddaj trochę ziemi i wybrudź dom błotem, bo cię wywiozą na Syberię. Rodzina nie została zesłana na Syberię, ale dziadunio zmarł podczas Wielkiego Głodu w 1933 r.
Sowieci mówili, że głód w latach 1932–1933 był spowodowany słabym urodzajem. Mama opowiadała, że zbiory wtedy były bardzo duże, urodzaj był wspaniały. Przez dwa dni młócili zboże konną młocarką – tyle było chleba. Ponadto trzymali też bydło. Jednak przyszli do nich i zabrali wszystko, co mogli, a czego nie zdołali zabrać, zniszczyli, wysypali, wydeptali, by ludzie nie mieli co jeść. Dziadunio zmarł. Babcia została z dziećmi sama. Robili wszystko, by przetrwać: jedli komosę, pokrzywę. Wiosną, kiedy ziarno zaczęło wschodzić, poszli na pole. Mama opowiadała, że na miedzach leżeli zmarli, spuchnięci ludzie...
Przez całe życie, kiedy ktoś przychodził do domu, nawet ktoś nieznajomy, mama zawsze najpierw pytała, czy nie jest głodny, i zapraszała do stołu. Choć nie było nadmiaru pożywienia lub wykwintnych dań, ale zawsze pytała i podawała coś do jedzenia. Jak już mówiłam, głód to najstraszniejsza rzecz.
Tata mieszkał we wsi Kruk (dawniej rejon baraszowski, obecnie Hromada Horoszów w rejonie żytomierskim – aut.). W latach 30. nie było tam głodu. Mieli lepszego przewodniczącego rady wsi. Ogólnie rzecz biorąc, wieś ta nie była tak mocno dotknięta represjami.
W 1947 r. obwód żytomierski znowu dotknął głód, ale już nie taki straszny. Mama opowiadała: jak tylko zaczynała się wiosna, wiązali na sobie chusty i szli na łąkę po szczaw. Gotowali to z jakimś ziemniakiem.
Po brata babci przyjechał «czarny woron»
Babcia ze strony taty nazywała się Paulina Chomińska (?–1970), dziadunio – Marcin Zalewski (?–1947). Mieli piątkę dzieci: Stanisława (mojego ojca), Jana, Karola, Marię i Sabinę. Pochodzili ze wsi Kruk.
Siostra ojca, Maria, wyszła za mąż za brata babci Katarzyny, Franciszka Grozowskiego. Poznali ze sobą moich rodziców. Mama i tata pobrali się w 1938 r.
Przed wojną Franciszek i Maria mieszkali we wsi Stawky w obwodzie żytomierskim (obecnie Hromada Radomyśl w obwodzie żytomierskim – aut.). Kiedy przyszli sowieci i zaczęły się represje, kościół został zamknięty. Nie wiem, gdzie dokładnie się znajdował, prawdopodobnie chodzili do kościoła do którejś z pobliskich wsi. Franciszek i Maria zabrali z kościoła duże obrazy i krzyż. Krzyż postawili na podwórku, a obrazy – w osobnym pokoju. Ludzie przychodzili do nich na modlitwę. I ktoś złożył donos. Przyjechał, jak wtedy mówiono, «woronok» (radziecki samochód do transportu więźniów, również czarny woron, «czarna Marusia» – aut.). Franciszka zabrano. «Jesteś może księdzem, że odprawiasz msze?» Został wywieziony do Wołodarska Wołyńskiego (obecnie Horoszów – aut.). Wieczorem go zabrano, a następnego dnia rozstrzelano. Ciocia Maria została sama z trójką dzieci.
Oznaczali domy Polaków
Z rodziny w II wojnie światowej walczyli bracia matki Witalij i Hipolit. Byli w armii radzieckiej. Nie wezwano ich razem: najpierw jednego, potem drugiego. Jakoś spotkali się na wojnie, nawet zrobili wspólne zdjęcie. Wysłano ich na różne kierunki i następnym razem zobaczyli się już po wojnie.
Tata nie został zmobilizowany od razu. Zabrali go na wojnę prawdopodobnie w 1944 r. Był gdzieś pod Szepetówką. W pierwszej walce został ranny. Miał przebitą nogę. Wojsko poszło dalej, a on został. Medycy położyli go na siano czy słomę i powiedzieli, że później go zabiorą… Zobaczył jakiegoś mężczyznę z kobietą. Pomachał im. Poprosił o pomoc. Odpowiedzieli, że zobaczą, czy ich dom ocalał, jeśli tak, to go zabiorą. Ojciec już stracił nadzieję, ale ci ludzie po niego wrócili. Pochodzili z jakiejś wsi pod Szepetówką. Tata poprosił: jestem ranny, krwawię, połóżcie mnie na podłodze, żebym niczego nie pobrudził. Położyli go na łóżku i się nim zaopiekowali. Potem po ojca przyjechali wojskowi lekarze. Był w szpitalach w Tambowie i Nowosybirsku. Jednak cały czas wspominał tych ludzi. «Dlaczego nie zapytałem, jak się nazywają? Uratowali mnie. Pojechałbym i ich znalazł».
Do samej śmierci ojciec utykał na tę nogę. Pamiętam, że była jakby krótsza i nie mogła się zagoić.

Franciszka z ojcem Stanisławem

Franciszka z matką Antoniną

Franciszka z córkami Marią i Wiktorią oraz matką Antoniną
Kiedy tata był w szpitalu, matka z moim rodzeństwem mieszkali w Kurhańcach. Wojna jeszcze trwała. Matka wspominała: kiedyś przyszli, spisali jej imię, imiona dzieci i przypięli tę listę do drzwi. Kiedy przyszła sąsiadka, mama zapytała, czy im też powieszono na drzwiach taką kartkę. «Nie, nie mamy czegoś takiego. Antonino, ochrzcij dzieci w cerkwi. Będziecie mieli łatwiej». Moi brat i siostra jeszcze nie byli ochrzczeni. Matka się zdziwiła: dlaczego ma chrzcić dzieci w cerkwi, skoro i ona, i ojciec są ochrzczeni w kościele?
Jak się okazało, wszystkich Polaków we wsi, których nie było dużo, do dziesięciu rodzin, spisano i przypięto te listy na domy, by było widać, kogo bić. Podobnie jak naziści oznaczali domy Żydów Gwiazdą Dawida… Mówiono, że następnego dnia mieli zostać zabici, ale właśnie weszła Armia Czerwona.
Nigdy nie ukrywałam, że jestem Polką
Do Polski wyjechał tylko brat dziadka Antoniego Stanisław. Jego rodzina opuściła obwód żytomierski po II wojnie światowej. Razem z nimi ruszył przyjaciel Stanisława, który był prawosławnym Ukraińcem. Stanisława przyjęli bez problemu, ponieważ miał dokumenty, potwierdzające, że jest Polakiem, a przyjaciela już nie. Zapytali Stanisława, czy może potwierdzić, że jego przyjaciel jest Polakiem. Czy mógł zostawić przyjaciela? Przysiągł, że jest. Później, kiedy Stanisław się rozchorował, podkreślał: z Panem Bogiem nie wolno żartować. Nie ułożyło się mu życie w Polsce.
Nikt z naszej rodziny już nie wyjeżdżał. Wszyscy się bali, że będą prześladowani, że zostaną poddani represjom.
Moi rodzice pochodzili z polskich katolickich rodzin. Zawsze mieliśmy wiarę. Chociaż w domu mówiliśmy raz po polsku, raz po ukraińsku, modliliśmy się tylko po polsku. Do dziś modlę się po polsku. Obchodziliśmy wszystkie święta katolickie. Mama, kiedy coś robiła w domu, na przykład przy piecu, zawsze śpiewała polskie piosenki. Nauczyłam się czytać po polsku z modlitewnika: mama pokazała mi litery. Kiedy pracowałam jako listonosz, prenumerowałam polskie czasopisma: «Przyjaźń», «Przyjaciółka», «Kobieta i Życie», «Kultura».
Nie przypominam sobie jakichś zabaw z dzieciństwa. Nie bawiliśmy się dużo, ponieważ musieliśmy pomagać rodzicom, zwłaszcza w ogrodzie. Były trudne lata. Moja matka była dojarką. Pamiętam, że kiedy miałam około pięciu lat, przychodziłam do matki. Kiedy ona kończyła dojenie, doiłam sobie szklankę mleka, mama dawała skrawek chleba, a ja jadłam ten chleb z mlekiem i myślałam: oby trochę więcej chleba...
Ojciec opiekował się końmi. Kochał konie i muzykę dętą. Prenumerował czasopismo o koniarstwie. Kiedy zmarł, pochowano go z towarzyszeniem tego typu muzyki.
Nie ukrywaliśmy, że jesteśmy Polakami. Miałam zapisane w paszporcie, że jestem Polką. Kiedy wyszłam za mąż i przeprowadziłam się do Równego, zapytano mnie kiedyś, czy się nie boję. Powiedziałam, że jestem Polką i jestem zapisana jako Polka. Nigdy tego nie ukrywałam.

Franciszka Holik, 2024 r.
Olga Szerszeń
Zdjęcia pochodzą z rodzinnego archiwum Franciszki Holik.
Na głównym zdjęciu Franciszka i Mykoła Holikowie z córką Wiktorią
