W 1945 r. znaczną część rodziny Marii Tkacz z Tarnopola wysiedlono do Polski. W pierwszych latach liczyli, że wszystkie te przesiedlenia są tymczasowe i że wkrótce wszyscy wrócą do swoich domów. Pani Maria opowiada nam rodzinne historie Fostyków, Rojów i Leszczyszynów.
Fostykowie i Rojowie
«Moja rodzina ze strony matki pochodzi ze wsi Zabojki (rejon tarnopolski w obwodzie tarnopolskim – aut). Tu mieszkał Zachariasz Fostyk, posiadający dużo ziemi. Jeden z jego synów, Justyn, zaczął budować dom w Zabojkach. Jego dzieło kontynuował syn, Jan Fostyk, mój pradziadek. Urodził się ok. 1860 r. Uprawiał ziemniaki, buraki i ogólnie był dość przedsiębiorczy. Wiem, że swego czasu studiował we Lwowie, a później – w Tarnopolu.
W okresie międzywojennym pradziadek brał czynny udział w wyborach do Sejmu, prowadził kółko rolnicze w Tarnopolu. Mama opowiadała, że mieli dwóch stałych pracowników najemnych, a także ludzi, którzy pracowali u nich od czasu do czasu. Prababcia, żona Jana Fostyka, nazywała się Rozalia Szostak. Urodziła się ok. 1878 r. Była niewysoką kobietą, która rządziła w domu. Przypominam sobie, jak codziennie rano dawała wskazówki swojemu zięciowi Romanowi (uśmiecha się – aut.). W rodzinie Jana i Rozalii Fostyk wychowywało się sześcioro dzieci. Jeden chłopiec zmarł jako dziecko, a drugi, Włodzimierz, Włodzio, zginął w wyniku wybuchu granatu. Jedną z ich córek była moja babcia Maria. Urodziła się w 1914 r.» – mówi Maria Tkacz.
Jej babcia Maria Fostyk wyszła za mąż za Bazylego Roja, który pochodził z rodziny austriacko-polskiej i był synem Nicolasa i Anastazji Rojów: «To również była zamożna rodzina. W 1933 r. urodziła się moja mama Bronisława. Rok później dziadkowi przydarzyło się nieszczęście. Spadł z konia na pługi. Dziadka uratowano i zaczęto lać na niego zimną wodę, ponieważ był nieprzytomny. Przez to zachorował na zapalenie mózgu i zmarł w 1934 r. Prababcia Anastazja Roj kazała, aby jej drugi syn, Roman, poślubił jej synową Marię. Tłumaczyła to tym, że dziecko nie powinno dorastać jako sierota. Po ślubie żyli szczęśliwym życiem. To była wspaniała rodzina. Roman Roj był najlepszym dziadkiem i najlepszym zięciem».
«W domu wszyscy rozmawiali po polsku. W Zabojkach wówczas mieszkali głównie Polacy. Chodzili do miejscowego kościoła. Mama, gdy trochę dorosła, zaczęła uczęszczać na kurs w Tarnopolu, gdzie uczyła się prowadzenia prac domowych.
W 1937 r. Maria i Roman Rojowie przeprowadzili się do nowego domu w Zabojkach. Stał na górze, w pewnej odległości od rodzinnego majątku Fostyków. Kiedy w 1939 r. przyszli ruscy, zorganizowali w nim swoją kwaterę. Niemcy też się tam lokowali» – opowiada moja rozmówczyni.
Zabojki w czasie wojny
«Podczas II wojny światowej dziadek Roman wykopał w ogrodzie schron, aby można było ukrywać się podczas bombardowań. Pewnego razu naszej rodzinie zabrakło w nim miejsca, ponieważ zajęli go inni ludzie. Moi krewni wbiegli do piwnicy pod domem. Niestety niemiecka bomba zniszczyła budynek i zawaliła wejście do piwnicy. Wojska radzieckie, które były w pobliżu, uciekły do gorzelni we wsi Kozłów (dziś rejon tarnopolski – aut.). Jednak jeden z nich, Alosza, z jakiegoś powodu postanowił wrócić do Zabojek. Wówczas do piwnicy dostał się dym i ludzie, którzy w niej przebywali, zaczęli się dusić. Radzieccy żołnierze usunęli gruz i uratowali moją babcię, matkę i jej siostrę Anielę. Niestety nasza malutka krewna, która miała jedynie dwa lata, nie przeżyła. Było to wiosną 1944 r. podczas walk o Tarnopol. Dziadka wówczas zabierano do kopania okopów. Został ranny i z powodu zakażenia krwi stracił nogę» – mówi pani Maria.

Bronisława Roj (stoi) z siostrą Anielą. Tarnopol, początek lat 50.
Po tym, jak niemiecka bomba zniszczyła dom Romana i Marii Rojów, rodzina przeniosła się do rodzinnego majątku Fostyków w Zabojkach: «Wszyscy wrócili do pradziadka Jana i prababci Rozalii. Pradziadek martwił się o posiadłość oraz o to, że nasze ziemie przechodziły do innego państwa. Mimo swojego wieku był krzepkim mężczyzną. Jednak w tym samym 1944 r. zmarł po tym, jak podniosło się mu ciśnienie».
«Zasiejcie nasze pole»
«Latem 1945 r. bracia i siostry babci Marii wyjechali do Polski: Aniela i Bronisława z mężami, Gienek z żoną oraz Katarzyna. Babcia Maria wraz z prababcią Rozalią zostały, ponieważ dziadek Roman był jeszcze w szpitalu. Planowały pojechać następnym transportem. Jesienią 1946 r. przyszła ich kolej na wyjazd, ale w tym czasie zachorowała moja ciotka Aniela, więc prababcia Rozalia wyprosiła u towarzysza Prychodka, upoważnionego z rejonu, zezwolenie, by zostać w Zabojkach do kolejnego transportu. Na początku 1947 r. nasza rodzina przygotowywała się do wyjazdu.
W tym samym czasie nasi krewni, którzy już zostali wysiedleni do Polski, przybyli do miasta Wałbrzych (województwo dolnośląskie – aut.). Około miesiąca mieszkali w domach razem z Niemcami. Kiedy ci wyjeżdżali do Niemiec, powiedzieli naszym krewnym, że wszystkie te przesiedlenia są tymczasowe i że wkrótce wszyscy wrócą do swoich domów. Dodali: jeśli nie przyjedziemy do wiosny, zasiejcie nasze pole. Wtedy nasi krewni napisali list do babci Marii w Zabojkach, w którym powiedzieli, żeby nie wyjeżdżała do Polski, gdyż wkrótce wrócą. I tak przez ok. pięć lat wszyscy czekali na powrót do domu. Ani Niemcy nie wrócili do swoich domów, ani nasi do Zabojek» – opowiada pani Maria.
«Mimo że dziadek Roman stracił nogę, w okresie powojennym był zmuszany do pracy w kołchozie. Z naszej rodzinnej posiadłości zaczęto zabierać meble. Do nas kwaterowano nauczycieli lub urzędników z rejonu. Przez jakiś czas u nas w domu działało przedszkole. Nasza rodzina miała napięte stosunki z władzami sowieckimi. Uważano nas za kułaków» – kontynuuje pani Maria.
Leszczyszynowie
W 1954 r. Bronisława Roj, matka mojej rozmówczyni, wyszła za mąż za Michała Leszczyszyna. «Mój ojciec urodził się w 1929 r. we wsi Kozłów w rodzinie Piotra Leszczyszyna i Apolonii Falińskiej – mówi Maria Tkacz. – Była to zamożna rodzina, która miała dużo ziemi. Mój pradziadek Kanaś Faliński podczas przesiedleń udał się z młodszymi córkami do Kluczborka (województwo opolskie – aut.). Tam jest teraz pochowany. Inny mój pradziadek, Filip Leszczyszyn, pracował w gorzelni w Kozłowie. Tam często przyjeżdżał mój pradziadek z Zabojek, Jan Fostyk, który przywoził do zakładu buraki. Tak więc moi krewni, zarówno ze strony ojca, jak i matki, znali się od dawna».

Michał Leszczyszyn, ojciec Marii Tkacz, lata 70.

Bronisława Roj, matka Marii Tkacz
Z gorzelnią w Kozłowie współpracowała rodzina znanych lwowskich przedsiębiorców Baczewskich. «Moi krewni przyjaźnili się ze Stefanem Baczewskim – zauważa pani Maria. – W latach 30. rodzina ta dostarczała napoje alkoholowe do Stanów Zjednoczonych, Francji, Austrii i innych krajów».
W 1939 r. zakład Baczewskich ucierpiał na skutek niemieckich bombardowań. Potem został rozkradziony przez sowietów. W 1940 r. władze sowieckie rozstrzelały Stefana Baczewskiego i jego kuzyna Adama, którzy zarządzali firmą. Dotychczas nie wiadomo, gdzie są ich groby. Przypuszcza się, że Stefan jest pochowany w Bykowni. Jego rodzina w 1944 r. przeprowadziła się do Wielkiej Brytanii. Po wojnie wznowiła produkcję w Wiedniu.
Nie znałam języka ukraińskiego
«Urodziłam się w 1955 r., w 1957 r. – moja już zmarła siostra Nadia, a w 1958 r. – brat Bazyli. W rodzinie rozmawialiśmy po polsku, dlatego nie znałam ukraińskiego. Kiedy nastąpił czas na szkołę, rodzice zostawili mnie w Zabojkach, abym łatwiej się przyzwyczaiła do języka ukraińskiego. Sami z kolei przenieśli się do Tarnopola, gdzie najpierw mieszkali w domu pracowniczym. Do trzeciej klasy poszłam już w Tarnopolu. Na ten moment już się nauczyłam języka ukraińskiego» – wspomina pani Maria.
W Tarnopolu jej ojciec dostał pracę w cegielni: «Był bardzo zdolny, kierownictwo to doceniało. Dyrektor zakładu przekonywał ojca, by ten nie wyjeżdżał do Polski, obiecał pomóc w budowie domu w Tarnopolu. Początkowo zaproponowano mu miejsce, w którym kiedyś stał dom Polaków wysiedlonych do Polski, ale ojciec odmówił, bo «to jest czyjeś», jak powiedział dziadek. Następnie zaoferowano mu działkę budowlaną na nowej ulicy. Stopniowo ojciec wybudował dom, w którym mieszkamy do dziś».
Po wojnie mama Marii Tkacz, Bronisława Roj, została bez żadnych dokumentów: «Nasz ksiądz z Zabojek podczas wysiedlenia zabrał wszystkie jej dokumenty do Polski, ponieważ wiedział, że nasza rodzina będzie wyjeżdżała. Jednak okoliczności złożyły się tak, że zostaliśmy. Mama ciężko pracowała, układając asfalt razem z siostrą Anielą, sadziły też drzewa przydrożne. Dzięki temu dostały dokumenty tożsamości. Przez jakiś czas pracowała również jako wychowawczyni w domu pracowniczym. Mój ojciec Michał zmarł w 1990 r., matka – 17 lat później».

Michał i Bronisława Leszczyszynowie z wnukami, 1990 r.

Maria Tkacz z matką Bronisławą, 2003 r.
W Tarnopolu
«Byłam trochę rozpieszczonym dzieckiem» – żartuje pani Maria. Wspomina: «Do przedszkola nie chodziłam, ponieważ miałam dwie babcie, które mnie wychowywały. Nasi krewni z Polski korespondowali z nami, przysyłali różne produkty. Ukończyłam osiem klas szkoły w Tarnopolu. Następnie uczyłam się w szkole handlowej i studiowałam na wydziale wieczorowym Tarnopolskiego Instytutu Finansowego. W tym samym czasie w instytucie studiował przyszły prezydent Ukrainy Wiktor Juszczenko. Nawet wynajmował mieszkanie niedaleko mnie. Po ukończeniu studiów poszłam do pracy w Tarnopolskim Centralnym Domu Towarowym, później prowadziłam dokumentację w przedszkolu».
W 1975 r. wyszła za mąż za Igora Tkacza, s. Jarosława. «Pochodzi z Czernielowa Ruskiego (wieś w regionie tarnopolskim – aut.) z mieszanej polsko-ukraińskiej rodziny. Studiował zootechnikę we Lwowie. W 1976 r. urodziła się nam córka Irena, a w 1985 r. – syn Jurij. Mamy też dwoje wnuków: Anastazję i Damiana» – kontynuuje pani Maria.

Ślub Igora Tkacza i Marii Leszczyszynej, 1975 r.
Mówiąc o polskim życiu kulturalnym w Tarnopolu, zauważa, że w mieście zawsze było wiele osób polskiego pochodzenia, które się znały i komunikowały. W 1986 r. tarnopolscy Polacy założyli Polskie Towarzystwo Kulturalno-Oświatowe, które kilka lat temu przemianowano na Polskie Centrum Kultury i Edukacji im. prof. Mieczysława Krąpca w Tarnopolu. Dziś jest to jedna z najstarszych organizacji polskiej mniejszości w Ukrainie.

Maria Tkacz, 1996 r.
«Moi rodzice brali udział w zakładaniu towarzystwa. Podczas budowy kościoła nasza rodzina również pomagała, jak tylko mogła» – dodaje pani Maria.
«Po raz pierwszy pojechałam do swoich krewnych w Polsce, gdy byłam w szóstej klasie. Później były kolejne odwiedziny. Kiedy moja wnuczka rozpoczynała studia na Uniwersytecie Warszawskim, postanowiłam pojechać z nią, aby pomóc jej się urządzić. Jednak świetnie sobie radziła, zaczęła pracować równolegle ze studiami, a rok później to już ona mi pomagała» – uśmiecha się kończąc swoją opowieść Maria Tkacz.

Na zjeździe polonijnym w Pułtusku, 2004 r.
Serhij Hładyszuk
Na głównym zdjęciu: Maria Tkacz, 2023 r.
Fot. Serhij Hładyszuk.
Pozostałe zdjęcia pochodzą z rodzinnego archiwum Marii Tkacz.
